Koniec status quo

O USA, Rosji, Unii Europejskiej i załamaniu dotychczasowego porządku świata z prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, doradcą Ministra Spraw Zagranicznych rozmawiają Oliwia Kacprzak i Mikołaj Mirowski.

Mikołaj Mirowski i Oliwia Kacprzak: Czy obecna sytuacja geopolityczna nie jest Pana zdaniem najbardziej skomplikowana od wielu lat? Z jakim momentem z historii można porównać obecne uczucie niepewności?

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski: Ostatni raz potencjał zmian tej skali miał miejsce w czasie schyłku zimnej wojny i rozpadu bloku wschodniego. Wówczas jednak był to potencjał zmian optymistycznych, dziś zaś mamy do czynienia z potencjałem pesymistycznym, któremu usiłujemy zapobiegać. Prognozowanie w tej sytuacji jest wyjątkowo trudne wobec niemożności przewidzenia, które z wielu możliwych podmiotów politycznych będą decydować o kształcie świata. W Stanach Zjednoczonych nowa administracja od niedawna sprawuje władzę, zatem rokowania na temat jej polityki zagranicznej przebiegają jedynie w oparciuo znajomość nazwisk. W roku 2017 czekają nas jeszcze wybory w Holandii, we Włoszech – tam partia rządząca przegrała referendum i zapewne trzeba będzie rozwiązać ten problem na drodze wyborów – oraz, z całą pewnością najważniejsze, w Niemczech i we Francji. Od tego, jak rozłożą się siły w rządach tych krajów, zależy, w jakich warunkach będziemy musieli działać. Do tego dochodzi dynamiczna sytuacja na wschodzie Europy – wciąż grożący eskalacją konflikt zbrojny na wschodniej Ukrainie oraz nieprzewidywalna sytuacja na Białorusi. Oddziaływanie wielkich aktorów, którzy mogą stabilizować nasze pole bezpieczeństwa – ze Stanami Zjednoczonymi na czele – zależy od tego, jaka będzie skala ich zaangażowania na innych obszarach. Z tego względu interesuje nas sytuacja na Bałkanach, stanowiących szlak przemarszu kolejnych potencjalnych fal imigrantów, którzy mogą zostać złapani w rodzaj pułapki terytorialnej w razie zamknięcia granic zewnętrznych Unii Europejskiej, co jest, moim zdaniem, nieuniknione. Decydujący jest rozwój spraw na Bliskim Wschodzie z całą skomplikowaną grą amerykańsko-rosyjsko-turecko-irańsko-saudyjską oraz kluczowym udziałem Izraela, Syrii, opozycji nieislamistycznej i skrajnie islamistycznej w postaci ISIS. Mnożenie uczestników tej gry świadczy jedynie o skali trudności przewidywania, jak rozwinie się sytuacja w tej części świata. Siły głównego stabilizatora będzie również angażował Daleki Wschód z grą chińsko-japońsko-filipińsko-wietnamsko-hinduską oraz Tajwanem i obiema Koreami w tle. Stany Zjednoczone mają określone zobowiązania militarne w każdym z wymienionych regionów, co powoduje, że główny czynnik zapewniający bezpieczeństwo Europie Środkowo-Wschodniej nie może w pełni tej roli wypełniać. Unia Europejska przeżywa w dodatku trzy równoległe kryzysy, na czele z wciąż niewygaszonym kryzysem finansowym. Potencjał gospodarki niemieckiej i potencjał polityczny elektoratu niemieckiego muszą obecnie zgodnie działać na rzecz stabilizacji strefy euro, ta zaś może obejmować już nie tylko stosunkowo niewielką Grecję, ale i kolejne państwa objęte kryzysem. Na to nakłada się problem migracyjny, który dał w ręce tureckie potężną dźwignię nacisku na Unię Europejską, a jednocześnie uczynił z Turcji atrakcyjnego partnera gry rosyjskiej. Każda nowa odsłona tego kryzysu w Unii Europejskiej powoduje bowiem wzrost popularności partii radykalnych, które – czy to z lewa, czy z prawa – są właśnie prorosyjskie. W roku wyborczym aż się prosi, by uruchomić ten mechanizm. Imigranci nie mogą przecież zostać, tak jak to sobie wyobrażały początkowo Niemcy i kanclerz Merkel, rozdzieleni na zasadzie kwot przymusowych, ponieważ żadne szanujące się państwo nie może się zgodzić na bycie miejscem zesłania ludzi. Wyzwanie w tym zakresie okazało się większe, niż zakładano, co nadszarpnęło z jednej strony prestiż Niemiec jako przywódcy Unii Europejskiej, z drugiej zaś – prestiż Kanclerz Angeli Merkel jako przywódczyni Niemiec. W tej sytuacji główny partner Polski do reformy Unii Europejskiej, czyli Wielka Brytania, zdecydował się wyjść z tej konstrukcji. Inni trzeźwi partnerzy, czyli Skandynawowie, nie dysponują wystarczającym potencjałem politycznym. Obiecującym sojusznikiem jest za to Rumunia, która stanowi dla nas również partnera na wschodniej flance NATO. Mamy wreszcie Grupę Wyszehradzką, ponownie skonsolidowaną wobec wyzwania kryzysu migracyjnego. To płaszczyzna, którą należy rozszerzać o inne zagadnienia, przede wszystkim infrastrukturalne z poszerzeniem na Rumunię, Bułgarię i Chorwację, dotyczące transportu gazu ziemnego czy też transportu kolejowego i kołowego. Istotną kwestią jest również utrzymanie sankcji unijnych i amerykańskich wobec Rosji za aneksję Krymu i najazd na Ukrainę – ich zniesienie będzie bowiem dla Putina sygnałem oznaczającym zachętę do kolejnej inwazji.

Ostatni raz potencjał zmian tej skali miał miejsce w czasie schyłku zimnej wojny i rozpadu bloku wschodniego. Wówczas jednak był to potencjał zmian optymistycznych, dziś zaś mamy do czynienia z potencjałem pesymistycznym

Skomplikowana sytuacja polityczna wskazuje na głęboką potrzebę reform w samej Unii Europejskiej. Czy możemy spodziewać się zmian i nowego kierunku politycznego? Jeśli tak, to jakiego?

Utrzymanie status quo jest niemożliwe. Niestety nie uważam, żeby wiodący przywódcy unijni – w rozumieniu biurokratycznych struktur tej organizacji – zdawali sobie z tego sprawę. Niemcy z pewnością są tego świadome i przynajmniej w kwestii strefy euro prowadzą swoistą grę na czas. Ten system oczywiście się załamie – chodzi o to, by do tego czasu znaleźć alternatywne rynki zbytu, na przykład chiński. To z kolei oznacza jednak wejście w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, a przynajmniej ze Stanami Zjednoczonymi Donalda Trumpa. Nie ma dobrego wyjścia. Jednocześnie w sytuacji rządów wielkiej kolacji SPD-CDU-CSU niezadowolony elektorat nie ma możliwości głosowania na inne partie mainstreamowe i musi optować za radykałami z prawicy, takimi jak Alternative für Deutschlad czy populistyczna PEGIDA, lub z lewicy, takim jak Die Linke. Istnieje ryzyko, że po tegorocznych wyborach pojawi się przymus arytmetyki parlamentarnej. Z jednej strony może utworzyć się prawicowa chadecja z radykałami z prawicy oraz CDU-CSU w roli głównej. Z drugiej strony powstać może koalicja lewicowa SPD, Die Linke oraz Zielonych, co z kolei wytworzy system silnie prorosyjski. Żadne z tych rozwiązań nie jest obiecujące z naszego punktu widzenia. Podobnie jest z Francją, gdzie wybory odbywają się wyraźnie między politykiem prorosyjskim, mającym szacunek w innych krajach Unii Europejskiej a politykiem prorosyjskim, który się szacunkiem nie cieszy. Nie przypuszczam jednak, żeby wybory we Francji wygrała Marine Le Pen. Z jednym wyjątkiem – jeśli dojdzie do wielu zamachów na dużą skalę, szczególnie poruszających emocjonalnie, czyli na przykład wymierzonych w dzieci, radykalizacja sceny politycznej może być daleko posunięta, co leży w interesie Rosji.

Na ilu fortepianach zatem gra Rosja i jakie są jej rzeczywiste cele? Istnieje teoria, że Putin poprzez działania na polu międzynarodowym chce umocnić swoją własną pozycję w ramach rosyjskiego establishmentu. A może to po prostu droga do powrotu Rosji na scenę wielkomocarstwową?

Według badań Olgi Krysztanowskiej, przeprowadzonych już kilka lat temu, 78% rosyjskich elit politycznych to dawni oficerowie KGB i GRU. Są oni w stanie poświęcać interesy narodowe na rzecz swoich interesów klanowych, a zwłaszcza jednego: utrzymania się u władzy za wszelką cenę. Obecnie Putin musi poradzić sobie w warunkach kurczenia się rosyjskiej gospodarki, które jest nieuchronne wobec zmian na rynku paliw kopalnych. Teraz, jeśli Amerykanie uwolnią – a jest prawdopodobne, że Trump to zrobi – handel wszystkimi swoimi źródłami ropy naftowej, to na rynku pojawi się jej tyle, że ostatnie ustalenia OPEC zostaną momentalnie złamane. Nie będzie powrotu do wysokich cen ropy, a wówczas rosyjska gospodarka będzie się niewątpliwie kurczyć. Putin, który dotychczas kupował pokój społeczny podnoszeniem poziomu życia w związku z dobrą koniunkturą gospodarczą na gaz i ropę, nie będzie już dysponował tym instrumentem. Jedynym gwarantem stabilizacji wewnętrznej pozostanie wezwanie do wojny zewnętrznej, a to z kolei spowoduje uruchomienie całego kostiumu imperialnego. Z tego punktu widzenia Putin potrzebuje sukcesu – zawsze jednak istnieje wybór między małym sukcesem mało ryzykownym a dużym i bardzo ryzykownym. Mały sukces to wchłonięcie Białorusi. Wstrząsnęły mną niedawno dane, które przeczytałem – w roku 2015 na potrzeby manewrów na Białorusi Rosja zamówiła 125 wagonów kolejowych, w roku 2016 – 50 wagonów, a na rok 2017 – 4178. Wprowadzenie takiej ilości wojsk na Białoruś daje gwarancję, że one z niej nie wyjdą, a Łukaszenko zginie na przykład w katastrofie śmigłowca. Każdy cyniczny scenariusz jest możliwy. Ewentualne zajęcie Białorusi i formalne wcielenie jej jako kolejnej guberni do Federacji Rosyjskiej byłoby wielkim sukcesem imperialnym Putina, a zatem wypełniłoby cel stabilizacji wewnętrznej. A wojny o Białoruś przecież by nie było. Rosja ma dobrze przemyślane instrumenty służące tworzeniu legendy na użytek danego celu propagandy. Inny wizerunek tworzony jest dla Francuzów, Włochów czy państw południa Europy – to krzyżowiec w błyszczącej zbroi walczący z islamistami, inny na użytek konserwatystów – to z kolei neokatechumen broniący tradycyjnych chrześcijańskich wartości, inny na użytek sił lewicowych, dla których jest dziedzicem wartości marksistowskich i leninowskich, a jeszcze inny na użytek liberałów, którym oferuje wielki rynek rosyjski o nieograniczonych możliwościach zakupu. Kluczowe znaczenie ma też podżeganie wszelkich sił skrajnych do walk wewnętrznych. Za każdym razem Rosja stara się pokazać jako atrakcyjny sojusznik albo przynajmniej jedyna odpowiedzialna siła w regionie, która może zapanować nad szaleńcami pragnącymi zrealizować swoje nacjonalistyczne, partykularne interesy.

Utrzymanie status quo jest niemożliwe. Niestety nie uważam, żeby wiodący przywódcy unijni – w rozumieniu biurokratycznych struktur tej organizacji – zdawali sobie z tego sprawę.

Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu, kluczowemu dla kształtu obecnej polityki międzynarodowej, aktorowi – Państwu Islamskiemu. Jakie mogą być dalsze etapy „świętej wojny” prowadzonej przez islamistów i w jaki sposób ich działania wpłyną na sytuację na naszym kontynencie?

Zaryzykuję posądzenie o obsesję antyrosyjską i stwierdzę, że cele islamistów i Rosji są w tym przypadku zbieżne. Pamięć o skutkach zamachu w Madrycie w 2004 roku, które wpłynęły na wynik wyborów, jest ciągle żywa. Pokusa przeprowadzenia podobnej operacji, czy to przez Rosję, czy przez Państwo Islamskie, w roku wyborczym w Niemczech i we Francji jest oczywiście duża. W obecnej sytuacji mamy silną emigrację muzułmańską z rosyjskiego Kaukazu, spośród której nie da się wyodrębnić osób kontrolowanych przez rosyjskie służby specjalne. Sprawa zabójstwa Niemcowa pokazała, jak szerokimi narzędziami do skrytego inspirowania zamachów, o które będzie oskarżane i do których z ogromną ochotą przyzna się Państwo Islamskie, dysponuje Rosja. Ostatni zamach w Turcji był przecież przeprowadzony przez Uzbeka. Rodzinie zamachowca z Nicei wypłacono ogromną sumę pieniędzy, a przecież fanatyczni bojownicy nie muszą być opłacani. To oczywiście spekulacje. Ale spójrzmy choćby na sytuację, w której rosyjscy kibice w Marsylii zabijają człowieka podczas zeszłorocznego Euro, co może się zdarzyć każdej grupie kibiców, a rząd ich kraju deklaruje dumę z ich czynu i się z nimi solidaryzuje, co już zazwyczaj rządom się nie zdarza. Z jednym wyjątkiem – Rosji. I z jednym celem politycznym – zademonstrowania francuskiej opinii publicznej, że francuski rząd nie radzi sobie z utrzymaniem porządku publicznego i należy wybrać radykałów, co leży w interesie rządu rosyjskiego. Cała ta kombinacja islamsko-terrorystyczno-rosyjsko-bliskowschodnio-zachodnioeuropejska moim zdaniem pozwala nam obawiać się, że pokusa oddziaływania na proces wyborczy w Niemczech i we Francji poprzez zamachy terrorystyczne stwarza podstawę współpracy dla Państwa Islamskiego i Rosji.

Zaryzykuję posądzenie o obsesję antyrosyjską i stwierdzę, że cele islamistów i Rosji są w tym przypadku zbieżne.

Jedynym realnym przeciwnikiem dla Rosji są Stany Zjednoczone, jednak ich przyszłość za prezydentury Trumpa pozostaje wielką niewiadomą. Czy grozi nam powrót do koncertu mocarstw? Czy Trump byłby zdolny dogadać się z Rosją w sprawie podziału wpływów?

Nie mogę przywołać żadnego porozumienia, którego Rosja dotrzymała – z wyjątkiem paktu Ribbentrop-Mołotow, ale tylko dlatego, że Niemcy zerwały go wcześniej. Nawet jeśli taka próba zostanie podjęta, Rosja nie dotrzyma jej warunków i ostatecznie sprowokuje reakcję Stanów Zjednoczonych. Problem polega na tym, że Amerykę stać na zapłacenie ceny takiej pomyłki, ale jej istotny ciężar spadnie na Europę Środkową. Tego, czy taka sytuacja nastąpi, nie możemy jednak wiedzieć na pewno. Elity waszyngtońskie z obu partii mają pełną świadomość zagrożenia rosyjskiego oraz jego natury i nie mają żadnego zaufania do Rosji. Jak wykorzysta to Trump – pokaże jedynie czas.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP