Zbrodnia doskonała w centrum Warszawy
Napad z bronią w ręku, kradzież ponad miliona złotych, ofiary śmiertelne. Sprawcy? Nieznani. To nie jest kolejny scenariusz filmu akcji. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku doszło w Warszawie do najsłynniejszego rabunku w naszej historii, znanego jako napad stulecia. W tym roku mija 55 lat od tego wstrząsającego wydarzenia, a w sprawie wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi.

Dom Pod Orłami znajduje się w ścisłym centrum Warszawy. Nazwa odnosi się wprost do rzeźb orłów zdobiących kopuły na narożnikach dachu. Budynek powstawał w latach 1912–1917. Jego architektem był Jan Fryderyk Heurich, który na początku lat dwudziestych piastował urząd ministra sztuki i kultury. Kompleks zniszczony pod koniec II wojny światowej został odbudowany i zmodyfikowany według projektu Barbary Brukalskiej. Dom Pod Orłami przez ponad 100 lat swojego istnienia spełniał różne funkcje. Najpierw stanowił siedzibę Banku Towarzystw Spółdzielczych. Obecnie znajduje się tu siedziba Krajowej Rady Spółdzielczej, Muzeum Historii Spółdzielczości w Polsce i oddział banku Pekao SA. W latach sześćdziesiątych mieścił się tu III Oddział Narodowego Banku Polskiego. Wtedy też z powodu wydarzeń, które miały tu miejsce, pojawił się na ustach całego kraju.

Czas i miejsce

22 grudnia 1964 roku. Polacy przygotowywali się do Świąt Bożego Narodzenia. Myślami byli już przy wigilijnym stole. Kupowali prezenty i artykuły spożywcze. Oczywiście na miarę swoich możliwości. Należy pamiętać, że był to czas głębokiego PRL-u. Mimo wszystko handlowcy nie narzekali. Nie od dziś wiadomo, że okres przedświąteczny wiąże się ze wzrostem sprzedaży, a tym samym – większym zyskiem. Wiedzieli o tym również tajemniczy jegomościowie, którzy postanowili wzbogacić się na cudzej krzywdzie. Termin, ze względu na okoliczności, nie został wybrany przypadkowo.

Bank pod Orłami, choć stanowił miejsce całej akcji, nie był bezpośrednim celem rabusiów. Ich uwaga skupiała się na Centralnym Domu Towarowym przy ulicy Kruczej. Budynek pierwszy raz został oddany do użytku latem 1951 roku. Wówczas zachwycał swoją nowoczesnością i funkcjonalnością. Znajdował się tu chociażby rewolucyjny jak na tamte czasy parking podziemny czy schody ruchome, a fasadę budynku ozdobiono neonami. To właśnie utarg CDT stanowił łakomy kąsek dla bandytów.

Przebieg zdarzeń

Dwa dni przed Wigilią Dom Towarowy jak zwykle został zamknięty o godzinie 18:00. Następnie, zgodnie z procedurami, dzienny przychód był transportowany do znajdującego się nieopodal banku przy ulicy Jasnej. Jak to zazwyczaj bywa, zimą o tej porze było już kompletnie ciemno. Napastnicy zdawali sobie sprawę, że działając w mroku, mają zdecydowanie większe szanse.

Sekundy, może minuty. Dosłownie chwila zadecydowała o tym, że ktoś tego mroźnego grudniowego popołudnia stracił życie w samym centrum Warszawy, a nieznani sprawcy bez konsekwencji zrabowali ponad 1,3 miliona złotych. Samochód marki Warszawa podjechał pod gmach Domu Towarowego po godzinie osiemnastej. Kierowca pojazdu i jego towarzysze mieli do pokonania niespełna kilometr, zanim znaleźli się pod III Oddziałem Narodowego Banku Polskiego. Z auta wysiadła kasjerka Centralnego Domu Towarowego i dwóch konwojentów. Mężczyzna kierujący pojazdem pozostał na miejscu. Mniej więcej o wpół do siódmej padły strzały.

Jeden z pracowników samodzielnie wyjął ważący niemal 10 kg wór pełen banknotów, który docelowo zamierzał jak zawsze dostarczyć do banku. W chwili, gdy otwierał drzwi placówki, drogę zagrodził mu nieznany mężczyzna. Nie kalkulował. Strzelił w okolice klatki piersiowej, zabrał łup i uciekł. Strażnik ostatkami sił zdołał wczołgać się do środka budynku. Dosłownie chwilę później został zaatakowany drugi konwojent. Kolejny napastnik wykorzystał powstałe zamieszanie i oddał kilka strzałów. Niestety, strażnik był bez szans – kule trafiły w głowę. Było to morderstwo z zimną krwią. Po tym, jak ofiara osunęła się na ziemię, oprawca dobił konwojenta kolejnym strzałem.

To cud, że nie było więcej ofiar. Kasjerka schowała się za samochodem i zapewne tylko dlatego uszła z życiem. Kierowca Warszawy, kiedy zorientował się, co się dzieje, zaczął intensywnie trąbić, by ostrzec uczestników ruchu o zagrożeniu. Ryzykował życiem, by zasygnalizować niebezpieczeństwo przechodniom. Bandyci oddali strzały w jego kierunku podczas ucieczki, ale kule szczęśliwie nie znalazły celu. Ucierpiała jedynie szyba i fotele. Po wszystkim napastnicy skręcili w dzisiejszą ulicę Zgody i zniknęli bez śladu. Niedaleko miał czekać na nich samochód, którym oddalili się od miejsca zdarzenia. Ich łupem padło ponad 1 355 000 zł.

Teorie spiskowe

Nawet jeśli próbowano wyciszyć tę sprawę, było to zadanie nierealne. Napad w centrum Warszawy odbił się szerokim echem w całej peerelowskiej Polsce. Na podstawie zeznań kilku świadków udało się zrekonstruować przebieg zdarzeń, prawdopodobną drogę ucieczki sprawców, jak i podobizny poszukiwanych. Wykorzystano do tego papier mâché – twardniejącą po wysuszeniu masę, którą, zanim to nastąpiło, dało się formować. Stworzone w ten sposób portrety pamięciowe mężczyzn, zdaniem przesłuchiwanych, dość wiernie odzwierciedlały rzeczywisty wygląd sprawców.

Intensywne działania milicji nie przynosiły rezultatu. Sprawie nadano kryptonim P-64, co nawiązywało bezpośrednio do broni, jaką posługiwali się kryminaliści. Sprawcy napadu pozostawali cały czas nieuchwytni. Wszystko to spowodowało, że wokół tej historii zaczęły pojawiać się kolejne hipotezy. Jedna z nich mówiła o tym, że bandyci byli związani ze Służbami Bezpieczeństwa. I tutaj pojawiają się kolejne sensacyjne insynuacje. Według jednej sprawę zwyczajnie zamieciono pod dywan. Wersja druga mówi o tym, że sprawców zlikwidowano po cichu, by nie wywoływać kolejnego skandalu. W 1997 roku w jednej z gazet opublikowano artykuł na temat tego napadu. Odpowiedzią na tekst był list od anonimowego nadawcy, który potwierdzał rewelacje o powiązaniu sprawców z bezpieką i ich potajemnej likwidacji. Nigdy jednak nie zweryfikowano, czy tak było naprawdę. Oficjalnie do dziś nie postawiono nikomu zarzutów w tej sprawie.

Śledztwo przyniosło kilka tropów. Na podstawie rysopisów świadków i łusek znalezionych na miejscu zdarzenia przy ulicy Jasnej wykazano, że ci sami ludzie byli odpowiedzialni za inne rabunki, począwszy od napadu na sklep obuwniczy w 1957 roku. Dwa lata później bandyci zastrzelili milicjanta w celu zdobycia kolejnej broni i napadli na pocztę. W każdym z tych rabunków sprawcy wykazywali się dobrą znajomością terenu, co sugerowało, że mieszkali w Warszawie lub okolicy. Ponadto nie odzywali się do siebie podczas akcji, przez co nikt nie mógł rozpoznać ich po głosie.

Za późno na rozwiązanie zagadki

W artykule opublikowanym przez ogólnopolski dziennik „Rzeczpospolita” z maja 2019 roku pojawiły się niezwykle interesujące informacje. Ponad pół wieku po skoku stulecia zgłosił się rzekomy świadek, który miał znać sprawców rabunku z 1964 roku. Byli to koledzy, którzy w tamtym czasie zajmowali się sprzedażą samochodów. Jeden z nich miał w tamtym czasie iść do więzienia za niepłacenie podatków, dzięki czemu odsunął od siebie ewentualne podejrzenia o napad przy ulicy Jasnej. Po tym jak sprawa się wyciszyła, miał prowadzić udane interesy i wieść dostatnie życie. Czy rzeczywiście wyjaśnienie skoku było na wyciągnięcie ręki? Tego się nie dowiemy. Prokuratura, ze względu na fakt, iż minęło tak wiele lat, nie zdecydowała się na ponowne wszczęcie postępowania. Sprawa bowiem uległa przedawnieniu w… 1989 roku. Ponadto domniemany sprawca nie żyje od 2013 roku.

Rabunek przy ulicy Jasnej z 22 grudnia 1964 roku przeszedł do historii polskiej kryminalistyki. Nie był to co prawda największy skok w naszym kraju, ani nawet klasyczny napad na bank. Swoją złą sławę zawdzięcza jednak niezwykłej bezwzględności sprawców. Wrażenie robi nie tylko wartość skradzionego łupu, ale to, że napastnicy najprawdopodobniej pozostali bezkarni. Do dziś napad w centrum stolicy skrywa w sobie wiele tajemnic. Niektóre z nich chyba już na zawsze pozostaną bez odpowiedzi, a sam rabunek pozostanie synonimem zbrodni doskonałej.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP