Wyprzedzając to, co świadome. Wywiad z Henry David’s Gun
W dwa lata po debiutanckim „Over the fence... and far away” wydali właśnie swój kolejny album – „Tales from the Whale's belly”. O tym mrocznym albumie, piosenkach czarnych jak smoła i o organiczności w muzyce z wokalistą formacji Henry David’s Gun, Wawrzyńcem Dąbrowskim, rozmawia Alexandra Kozowicz.

Alexandra Kozowicz: Wszystkie swoje płyty nagrywacie na tzw. „setkę”? Dziś zespoły rzadko decydują się na taką formę pracy w studiu.

Wawrzyniec Dąbrowski: Staramy się nie nadużywać technologii produkcyjnych, ale nie jest też tak, że zupełnie z nich nie korzystamy. Szukamy drogi wypośrodkowanej. Wierzymy, że przy wspólnym nagrywaniu „na setkę“, w jakiś magiczny sposób w muzyce zapisuje się energia obecna między członkami zespołu.

To dlatego nagrywacie swoje płyty we wnętrzach wiejskiego, drewnianego domku?

Ważna jest dla nas bliskość natury. Stawiamy na naturalność, analogowe brzmienia i w zdecydowanej większości, akustyczne instrumenty. Na naszych płytach usłyszycie czasem skrzypnięcie krzesła czy niefortunne przesunięcie ręki po gryfie. Nie cyzelujemy za wszelką cenę. Być może dzięki temu tworzymy muzykę, o której lubimy myśleć, że jest prawdziwa.

Użyłabym określenia – „organiczna”.

Ta „organiczność, bliskość natury jest ściśle związana z protoplastą zespołu, z amerykańskim filozofem i pisarzem – Henrym Davidem Thoreau, twórcą idei „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, który w XIX wieku wpadł na eksperymentalny pomysł zaszycia się w leśnej chacie i życia z pracy własnych rąk. Napisał wówczas książkę zatytułowaną „Walden, czyli życie w lesie”...

Która stała się biblią dla ekologów i ekoentuzjastów.

Pisał bez patosu, a jego przemyślenia stały się dla nas inspiracją. Stąd wziął się pomysł na mój pseudonim (Henry David – przy. red). „Gun” w nazwie zespołu to spluwa jego idei, z którymi czujemy duży związek. W tworzeniu muzyki nie odcinamy się zupełnie od współczesnej techniki. Każde narzędzie jest dobre tak długo, jak długo wie się, jak się nim posługiwać i zna się cel, któremu ma służyć. Zależy nam, żeby nie przesadzić – jeśli w procesie nagrywania „przedobrzymy“ z ilością efektów, pogłosów i instrumentów, których nie zmieścimy potem na scenie, to ludzie na koncertach poczują się rozczarowani i oszukani, bo nie będziemy w stanie na żywo odtworzyć atmosfery z płyty.

Ważna jest dla nas bliskość natury. Stawiamy na naturalność, analogowe brzmienia.

Trochę tych warstw brzmieniowych na scenie jednak macie – oprócz twoich wokali, także ukulele, gitarę, pianino...

Byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli tego mniej! (śmiech) Ale z drugiej strony dzięki temu się nie nudzimy!

Zwłaszcza, że zdarza wam się grać na tzw. house gigach.

Fajnie jest zagrać na dużych scenach, które są przystosowane do takich projektów jak nasz. Ale chyba najbardziej lubię właśnie takie kameralne przestrzenie, koncerty w czyichś mieszkaniach – dlatego z Henry David’s Gun wyewoluował mój solowy projekt – Henry No Hurry! Każdy koncert jest rodzajem spotkania i to spotkanie jest najpełniejsze, gdy nie ma wyraźnej granicy między sceną a widownią. Gdy kończymy grać, to schodząc ze sceny, nie uciekamy do garderoby, tylko od razu wychodzimy do ludzi. Impreza zmienia się w domówkę, zaczynamy ze sobą rozmawiać, poznawać się, dowiadywać czegoś o miejscu, w którym żyją słuchacze.

Organiczność waszego projektu to także fakt, że staracie się mieć kontrolę nad większością rzeczy związanych z wydaniem płyty. Czy to czasochłonne?

Powiedziałbym, że zabójczo czasochłonne! Niezdrowe. Dobrze byłoby być może oddać to komuś, ale jestem control freakiem, chciałbym mieć nad wszystkim kontrolę, bo gdy raz puści się stery, to projekt może zacząć dryfować w niebezpiecznym kierunku...

Śpiewając w języku angielskim, masz poczucie, że płyniesz tam gdzie chcesz?

Śpiewanie w tym języku wiąże się z obraną przez nas stylistyką, wypadkową brzmień amerykańskich i skandynawskich. Próbowałem śpiewać po polsku i... brzmiało to trochę eklektycznie. Jak śpiewanie flamenco po niemiecku. Są projekty, w których śpiewam wyłącznie po polsku. Ale nie w Henry David’s Gun.

„Tales from the Whale's belly”, wasz nowy album, jest od poprzedniego zdecydowanie mroczniejszy. Dlaczego?

Zaczynając prace nad drugą płytą, każdy z nas miał dobry moment w swoim życiu – wszystko nam się układało. Tylko te nowe utwory, które tworzyliśmy wypływały takie... czarne jak smoła. Nie do końca wiadomo dlaczego. To jest coś, co mnie fascynuje w procesie twórczym. Owocem pracy jest coś, co wychodzi z naszej nieświadomości, wyprzedzając być może to, co świadome. Napisany utwór zaczyna się często rozumieć dopiero później, kiedy się dojrzeje, wypełni się.

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP