Władcy marionetek
Kto pociąga za sznurki w sporcie? Każdy zna nazwiska wielkich sportowców. Nikt jednak nie zna tych, którzy stoją za ich milionowymi kontraktami. Menedżer sportowy musi być zarówno twardym negocjatorem, jak i super nianią. Oczywiście, nie za darmo.

Kto pociąga za sznurki w sporcie? Każdy zna nazwiska wielkich sportowców. Nikt jednak nie zna tych, którzy stoją za ich milionowymi kontraktami. Menedżer sportowy musi być zarówno twardym negocjatorem, jak i super nianią. Oczywiście, nie za darmo.

Lato 2009 roku. Sportowy i futbolowy świat jest w szoku, bo niemożliwe stało się możliwe. Cristiano Ronaldo - najbardziej medialny piłkarz, najbardziej kochany i jednocześnie najbardziej nienawidzony - zmienia klubowe barwy. Goodbye Manchester, witaj słoneczny Madrycie. Pada niepobity do dziś transferowy rekord - Real płaci prawie 100 mln euro. I tylko jedna osoba, stojąca za kulisami tego całego zamieszania, pozostaje anonimowa dla szerszej publiki: to Jorge Mendes, agent genialnego Portugalczyka, główny sprawca tej gigantycznej operacji biznesowej i medialnej. Jemu wystarczy kilkanaście milionów euro, które z transferu piłkarza trafią na jego konto.

Główni aktorzy grają za kulisami

Agenci i menedżerowie sportowi - ludzie, którzy działają za kulisami tego, co oglądamy na szklanym ekranie i na stadionach. To oni kreują wydarzenia i kierują nasze emocje w konkretnym kierunku. To oni stoją za przepływami gigantycznych pieniędzy. Zwykli kibice i czytelnicy mediów nic lub niewiele wiedzą o tych „władcach marionetek”. Wspomniany Mendes od 2004 roku jest jednym z największych biznesowych graczy w futbolowym świecie. Związani są z nim czołowi portugalscy piłkarze i trenerzy. To on stoi za najbardziej rozpoznawalnym trenerem piłkarskim, Jose Mourinho, który z kolei do prowadzonego przez siebie Realu ściągnął kilku graczy ze stajni Mendesa. I w ten sposób koło się domyka. Na przykładzie futbolu widać jak na dłoni czym stał się sport w ostatnich 25 latach, czym stał się w epoce telewizji. Stał się biznesem, w którym krążą olbrzymie pieniądze. Kim są ci stojący w cieniu? Co powinni robić, a czego nie? Czy dbają w pierwszej kolejności o interes klienta, czy jednak własny?

Rodzina, byli sportowcy, partnerzy biznesowi

To najprostszy sposób podziału środowiska agentów i menedżerów. W dyscyplinach indywidualnych, takich jak tenis, narciarstwo czy motoryzacja to często rodzice lub rodzeństwo zajmują się prowadzeniem interesów zawodnika. Plusem jest brak konieczności dzielenia się dochodami z kimś spoza rodziny, minusem zaś łączenie sfery prywatnej z zawodową. Bycie agentem tenisisty, pływaka czy kierowcy to znacznie trudniejsza profesja niż prowadzenie zawodnika sportów zespołowych. Dlaczego? Bo w dyscyplinach indywidualnych nie ma relacji z klubem, który jest podstawowym miejscem pracy i zarabiania. Ojciec, a zarazem menedżer duńskiej tenisistki polskiego pochodzenia, Karoliny Woźniackiej, na początku 2012 roku, stwierdził wprost, że pieniądze podnoszone z kortu stanowią około 20 proc. przychodów jego córki. Reszta to kontrakty reklamowe i sponsoring. A ile lat trzeba było czekać, by siostry Radwańskie czy Williams zaczęły zarabiać? To wiedzą tylko ich najbliżsi, którzy ryzykowali majątkiem i oddali cały swój czas, by umożliwić im osiągnięcie sukcesu. W takiej relacji też trudno sobie wyobrazić, by rodzina w przypadku poważnej kontuzji pozostawiła taką zawodniczkę bez pomocy. A to często zdarza się zwłaszcza w światku piłkarskim.

To właśnie byli zawodnicy, którzy znają wszystkie niuanse od podszewki stanowią pokaźną grupę agentów w sportach zespołowych. Ale też sporo tam ludzi, którzy nigdy nie zetknęli się czynnie z zawodowym sportem.  Dziś, zwłaszcza w Polsce, ten świat jest bardziej cywilizowany niż jeszcze miało to miejsce 10 lat temu. Federacje i związki sportowe musiały przyjąć regulacje prawne obowiązujące na poziomie międzynarodowym (np. w ramach FIFA). By zostać legalnym, oficjalnym menedżerem trzeba zdobyć licencję. Dziś związanie się przez zawodnika umową z kimś, kto jej nie ma jest bardzo ryzykowne. Praktycznie nie ma on wtedy szans w żadnym prawnym czy finansowym sporze. Żadna instytucja nie potraktuje go poważnie.

Załatwia mieszkanie, konto w banku…

Zawodnik ma skupić się na trenowaniu i graniu, a jego menedżer na dbaniu o wszystko wokół: pieniądze, rozwój, mieszkanie czy ubezpieczenie. Jest to bardzo istotne zwłaszcza przy grze w innym kraju. To menedżer we współpracy z klubem powinien ogarnąć wszystkie codzienne sprawy, takie jak przedszkole dla dziecka czy otwarcie konta w banku, żeby gracz stresem nie obniżał swojej sportowej dyspozycji. Niestety nie zawsze tak jest. I winne są temu obie strony. Sportowcy, bo nie mają świadomości jak może i powinna wyglądać taka współpraca. Agenci zaś często uaktywniają się wtedy, gdy można osiągnąć jeszcze dodatkowe korzyści. Lub też ukrywają brak kompetencji, np. znajomości języka obcego. Kariera zawodnika trwa kilkanaście lat. Okres, w którym zarobić można duże pieniądze, mogące dać niezależność finansową na całe życie lub nawet kilku pokoleniom, jest zdecydowanie krótszy. Lenistwo czy krótkowzroczność może przynieść efekty pozytywne doraźnie, a nie długofalowo.

Przeciwieństwa, czyli Jeleń i Lewandowski

Dobry menedżer to taki, który zmotywuje zawodnika do rozwoju, uzupełniania umiejętności czy kompetencji: nauki języka, radzenia sobie z mediami czy nawet zdania matury. Świadomy sportowiec to ten, który w odpowiednim momencie zakończy współpracę z kimś, kto tylko chętnie kasuje prowizję za transfer czy procent od otrzymanej podwyżki. Pod tym względem jeszcze daleko Polakom do zachodnich czy amerykańskich standardów. Warto przytoczyć historię Ireneusza Jelenia, dobrego piłkarza, reprezentanta kraju, który podczas sześcioletniej gry we Francji nie nauczył się w stopniu komunikatywnym tego języka. A przecież taka umiejętność połączona z kapitałem w postaci wyniesionych stamtąd znajomości otwierałaby przed nim szerokie perspektywy po zakończeniu kariery. Jego menedżera nie powinien już wybrać żadnej polski zawodnik.

Są też oczywiście i pozytywne przykłady. Robert Lewandowski uczył się angielskiego i niemieckiego na kilka miesięcy przed transferem do ligi naszych zachodnich sąsiadów. W Polsce ciągle jest dużo białych plam, które w innych krajach – np. w USA czy w Anglii – są jednymi z kluczowych obszarów pracy agentów i menedżerów. To PR, marketing i budowanie wizerunku. Ilu polskich sportowców prowadzi ciekawego bloga, konto na Twitterze, profil na Facebooku czy kanał na Youtube? Niestety pewnie kilku. A są to miejsca, gdzie wygrywa się zainteresowanie mediów, ludzi, sponsorów i które przynoszą realne zyski.

Zajęcie dla łebskich pasjonatów, nie cwaniaków

Branża menedżerów sportowych ma przed sobą przyszłość. Może to być interesujące zajęcie dla tych, którzy mają zmysł handlowy, nie boją się nauki, są przedsiębiorczy i zaradni. Menedżerki nie można nauczyć się na studiach, niezbędne jest zdobycie doświadczenia, poznanie prawa sportowego, regulaminów poszczególnych federacji czy dyscyplin, podstaw prawa handlowego i marketingu. AWF, SGH czy specjalistyczne kursy pozwalają na pewne uzupełnienie wiedzy. Oczywiście angielski to podstawa. Na najlepszych czekają wielkie pieniądze. Taki Cezary Kucharski, niegdyś piłkarz, a dziś menedżer, dzięki związaniu się z Robertem Lewandowskim zarobił już parę milionów złotych. A największy zysk dopiero przed nim.

  Mikołaj Różycki, Autor jest absolwentem Podyplomowych studiów Marketingu Sportu Szkoły Głównej Handlowej.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP