Uroczysta groteska (Bez)sens Euro 2020 a sprawa polska
Końcówka roku to okres prezentowego szaleństwa i obdarowywania bliskich. Intuicyjnie załóżmy, że jego celem zazwyczaj jest wywołanie na twarzach głównych zainteresowanych uśmiechu. W Gwiazdora swego czasu postanowił zabawić się były prezydent UEFA Michel Platini i zmienił zasady Euro 2020 tak, by cały Stary Kontynent mógł cieszyć się tym turniejem. Uśmiechu przy tym jest niewiele, pozostał raczej śmiech. I sporo bólu głowy. Francuz zamiast na order zasłużył na rózgę, a my, przymierzając się do niechcianego prezentu, możemy tylko udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Udawać jednak trudno. Szczęśliwie Platini nie jest dobrym wujkiem (co więcej, prędzej – jak mówi się o „przegniłych” sportowych działaczach – leśnym dziadkiem, do tego zupełnie w ostatnich latach zdyskredytowanym), przed którym wypadałoby grać w to, że prezent jest idealny i będziemy go używać. To, co ujrzeliśmy po otwarciu ładnie zapakowanej paczuszki podpisanej hasłem „Euro 2020”, nadaje się na śmietnik. I na ten pewnie trafi – historii. Tylko co my zrobimy, gdy dzieci zapytają, jakim cudem mógł odbyć się taki turniej?

Świąteczny prezent czy żart na prima aprilis?

To od początku. W 2020 roku UEFA świętować będzie 60-lecie funkcjonowania mistrzostw Europy. Były prezes federacji Michel Platini zadbał o to, byśmy 16. turniej tej rangi w historii zapamiętali na długo. Założenie było romantyczne – jubileusz mieliśmy świętować wspólnie, oglądać mecze w najróżniejszych punktach kontynentów, mieć swoich przedstawicieli niemal niezależnie od piłkarskiego potencjału. Liczba gospodarzy turnieju została zwiększona z jednego do dwunastu, a występujących drużyn z 16 do 24 (przedsmak tego mieliśmy już na turnieju we Francji cztery lata temu). Wywrócono też do góry nogami system kwalifikacji, tak by żadna z czołowych reprezentacji, nawet jeśli powinie jej się noga w eliminacjach, nie straciła możliwości występu na turnieju.

Założenie było romantyczne – jubileusz mieliśmy świętować wspólnie, oglądać mecze w najróżniejszych punktach kontynentów, mieć swoich przedstawicieli niemal niezależnie od piłkarskiego potencjału.

Szczytna, romantyczna idea zaczęła pękać już przy pierwszym zderzeniu z racjonalnym myśleniem. Gdy patrzyło się na mapę stadionów, które będą gościć Euro, człowiek szybko orientował się, że rozgrywanie turnieju na całym kontynencie raczej nie posłuży ani kibicom, ani piłkarzom. Ci z grupy A będą musieli przemieszczać się np. między Rzymem i Baku. Grupa B swoje mecze będzie rozgrywać w Kopenhadze i Petersburgu, a ci z E w Dublinie i Bilbao. Na przemieszczenie się często będą 4 dni. Kosztów, jakie poniosą ci, którzy zechcą oglądać swoją reprezentację w każdym meczu, już delikatnie współczujemy.

Musimy też obalić tezę o turnieju wyrównanych szans, dzięki któremu to cała Europa będzie mogła zobaczyć na żywo najlepsze reprezentacje świata. Regulamin został sformułowany tak, że Włosi, Hiszpanie czy Niemcy wszystkie grupowe mecze zagrają u siebie. Konieczność podróżowania po kontynencie nie będzie więc dotyczyła wszystkich kibiców i drużyn narodowych. Najbardziej absurdalnie wygląda sytuacja Anglików. Jeśli dojdą do finału, to poza ojczyzną mogą zagrać tylko jeden mecz (ćwierćfinał). W Londynie rozegrane zostaną bowiem finał, półfinały, jeden z meczów 1/8 finału i – oczywiście – wszystkie mecze grupowe Anglików.

To, że Brytyjczycy trafią do tej grupy, która będzie swoje mecze rozgrywać m.in. w Londynie, było oczywiście jasne już przed oficjalnym losowaniem. To losowanie, które zazwyczaj jest kulminacyjnym momentem ekscytacji na pół roku przed startem wielkiego turnieju, w przypadku Euro 2020 stało się groteską. Konieczność umieszczenia w konkretnych grupach gospodarzy, relacje polityczne uniemożliwiające zestawienie ze sobą niektórych drużyn czy wysłanie innych w dany zakątek Europy, a także szereg innych niezrozumiałych zależności zamiast realnego losowania dał nam żmudne dobieranie wąskiej grupy drużyn do tych, które konkretne miejsca w turniejowej drabince zajęły ze względu nie na los, a obostrzenia wynikające z regulaminu. To tak, jakby zacząć układać 1000-elementowe, skomplikowane puzzle, gdy do wykorzystania zostało już tylko pięć wolnych elementów. Chwilę pogłówkujemy, przymierzymy coś metodą prób i błędów i po dwóch minutach zabawę będziemy mieli z głowy, nie zbliżając się nawet do choćby najmniejszej ekscytacji.

Dowodów tej groteski nie brakuje. Skład grupy B znaliśmy już praktycznie przed losowaniem – jasne było, że zagrają w niej Rosja, Dania (gospodarze) i Belgia. Do nich trzeba było dolosować kogoś, na kogo pozwalał szereg regulaminowych obostrzeń. W efekcie mogła to być wyłącznie Walia lub Finlandia. – To hańba i zwyczajne lekceważenie. Piłka nożna coraz bardziej zamienia się w biznes – grzmiał pomocnik Manchesteru City i reprezentacji Belgii Kevin de Bruyne.

Dowodów tej groteski nie brakuje. Skład grupy B znaliśmy już praktycznie przed losowaniem.

Trochę emocji odebrano także Polakom. Z góry wiadomo było, że nie trafimy do grupy B (jw.) i C (tam przydzielono Holandię, gospodarza, która tak jak my została umieszczona w drugim koszyku). Tyle na poziomie losowania. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że przy tej konstrukcji mistrzostw zbyt emocjonujące nie mogły być nawet poprzedzające je eliminacje. Biało-czerwoni dostaliby bowiem szansę gry na Euro, nawet gdyby wyjątkowo spartolili tę klasyczną drogę na wielki turniej. Regulamin rozpisano bowiem tak, by ciągnąć za uszy drużyny znajdujące się wyżej w rankingu FIFA. Przykładem niech będzie nasz ligowy rywal, Izrael, który w drodze na Euro wygrał tylko dwa mecze w Lidze Narodów (ona też miała znikomy wpływ na awanse), w grupie eliminacyjnej zaledwie trzy, a finalnie i tak przystąpi do baraży o awans.

Bez pompowiania

1. Anglia, 2. Polska, 3. Portugalia, 4. Gruzja… tak to czuję – przewidywał za pośrednictwem Twittera wyniki losowania „polskiej grupy” na Euro 2020 Zbigniew Boniek. Przy okazji nadział się na regulaminowe zawiłości, których, jak się okazało, nie rozumie nawet on. Zgodnie z wytycznymi Gruzini nie mogli bowiem zająć miejsca w grupie D. Prezesowi PZPN pod zalewem prześmiewczych komentarzy pozostało więc nieco się zarumienić, a nam mieć nadzieję, że finalny kształt grupy będzie odrobinę choćby łatwiejszy dla biało-czerwonych niż w wizji Bońka.

Rzeczywistość zafundowała nam jednak najgorsze losowanie od lat. Grać będziemy z Hiszpanią, Szwecją i kimś z czwórki Bośnia i Hercegowina/Irlandia/Irlandia Północna/Słowacja (uczestnika wyłonią baraże). O ile z ostatnią ekipą powinniśmy sobie poradzić, to dwie pierwsze bynajmniej nie przywołują u nas dobrych futbolowych wspomnień.

1

Zacznijmy od Hiszpanów. Na 10 spotkań, które z nimi rozegraliśmy, ekipa z półwyspu Iberyjskiego wygrała aż osiem. Ostatni raz choćby remis ugraliśmy z nimi w 1994 roku, ale trudno mówić tu o „urwaniu punktów”, bo był to tylko mecz towarzyski. Nasza historia naszpikowana jest bolesnymi porażkami z byłymi mistrzami świata i Europy, jak ta z finału igrzysk olimpijskich w 1992 roku czy słynny sparing z 2010, kiedy Polacy zostali brutalnie sprowadzeni na ziemię, a Hiszpanie rozbili nas aż 6:0.

Ze Szwedami jest niewiele lepiej. Ostatnie zwycięstwo w 1992 roku, a remis pięć lat później. Od tego czasu same porażki – 0:1 i 0:2 w eliminacjach do Euro 2000, 0:3 i 0:2 walcząc o Euro 2004, później 1:3 w meczu towarzyskim. Choć od ostatniego spotkania Polaków z tą reprezentacją minęło już niemal 16 lat, trudno nie podchodzić do skandynawskiego rywala z szacunkiem. Szwedzi, choć bez Zlatana Ibrahimovicia, przeżywają jeden z najlepszych okresów piłkarskich w historii. W kadrze nie brakuje gwiazd. W drodze na Euro przegrali tylko jedno spotkanie – właśnie z Hiszpanią, którą los przypisał także do ich grupy eliminacyjnej.

Mamy też jednak światełko w tunelu. Grupa E, do której trafili Polacy, rozgrywać będzie swoje spotkania w Bilbao i Dublinie. Nie jest tajemnicą, że w tym drugim mieście biało-czerwoni będą mogli liczyć na szczególne wsparcie. Biało-czerwone trybuny mogą pomóc nam w walce o punkty i awans. Pomóc, paradoksalnie, może także to, że po raz pierwszy od bardzo dawna trafiliśmy do trudnej piłkarsko grupy. Historia pokazała, że naszą kadrę nie raz gubiło przedturniejowe „pompowanie balonika”. Tym razem, zamiast brutalnie się zawieść, możemy wreszcie miło się zaskoczyć.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP