Tylko bez polityki
Tymi słowy zamawiał u mnie ten felieton naczelny. - Tak, tak - potakiwałem myśląc sobie w cichości „A guzik się doczekasz!” Bo właśnie będzie o polityce. Rację mają bowiem - nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę - z lekka oszalali koledzy z „Krytyki Politycznej” mówiąc, że wszystko jest polityką, bo wszystko zależy od decyzji politycznej. I nie chodzi tu o quasikorupcyjne układy, gdy łatwym gestem polityk daje lub odbiera forsę jakiemuś pismu czy zatrudnia na publicznej posadzie szwagra.
Tymi słowy zamawiał u mnie ten felieton naczelny. - Tak, tak - potakiwałem myśląc sobie w cichości „A guzik się doczekasz!” Bo właśnie będzie o polityce. Rację mają bowiem - nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę - z lekka oszalali koledzy z „Krytyki Politycznej” mówiąc, że wszystko jest polityką, bo wszystko zależy od decyzji politycznej. I nie chodzi tu o quasikorupcyjne układy, gdy łatwym gestem polityk daje lub odbiera forsę jakiemuś pismu czy zatrudnia na publicznej posadzie szwagra. Myślę o czymś innym. To politycy ustalają co jest naszym priorytetem. Czy dajemy na badania naukowe czy na zasiłki dla bezrobotnych, likwidujemy gimnazja czy nie, przykręcamy śrubę w walce z korupcją czy mówimy „dość tej podejrzliwości”. Wbrew pozorom to nie są łatwe pytania, bo każda z odpowiedzi niesie ze sobą dziesiątki konsekwencji. I warto o tym wiedzieć, zanim się taką decyzję podejmie, bo później, to - bardzo przepraszam, ale sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. I tu dochodzimy do sedna (prawda, jak szybko?). Otóż ludzie nie widzą polityki tam, gdzie ona jest (choćby rzeczone gimnazja), a dostrzegają ją, myloną zresztą często z partyjnością, zwykle tam, gdzie nie występuje. Czy naprawdę dyskusja o wraku prezydenckiego tupolewa musi być polityczna? Owszem musi, jeśli nie możemy już rozmawiać używając tak starożytnych pojęć jak honor, godność czy pamięć. Skoro jednak polityka musi być wszędzie, to ludzie bezstronni, europejscy i cywilizowani chętnie zgodzą się z tezą, że prawda zawsze leży pośrodku. Bo trzeba pogodzić różne, polityczne racje. Istotę tego rozumowania pokazał mi znajomy, notabene, kompletny wariat. - Jeśli ktoś ci mówi, że dwa plus dwa to sześć - ciągnął mój przyjaciel szaleniec - a ty uważasz, że jednak cztery, to zawsze znajdzie się grono ludzi światłych, którzy zaproponują ci pójście na kompromis. Będą zresztą używali argumentów dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, o prawdzie, która leży pośrodku. Ale będą też tacy, którzy mrugną okiem: „Stary, dobrze wiem, że cztery, ale co ci szkodzi, zgódź się na pięć, zawsze to bliżej prawdy niż sześć”. Lustrzana sytuacja każe ci powiedzieć, że i wina musi się rozkładać po równo. Przykład? Ot, ostatnio szaleniec, tym razem nie mój znajomy, rzucił farbą w obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. „Któż winny: Palikot czy Kościół” - pytał znany ze specyficznie praktykowanej bezstronności portal Tomasza Lisa. Teza o moralnej, politycznej właśnie, odpowiedzialności Palikota i wszystkich tych, którzy się antyklerykalizmem brzydko bawią podsycając radykalne nastroje i szczując realnych wariatów jest dość oczywista. Skoro ktoś bawi się zapałkami w stodole, nie powinien się zdziwić, jeśli siano mu spłonie. A teza odwrotna, że Kościół sam sobie winien? Bo o. Rydzyk, bo katecheci, bo proboszcz w Wólce? Tak, oczywiście, oni są sobie winni. Bo istnieją i ludzi drażnią, nieprawdaż? Tylko, że przypomina to jako żywo argumentację o winie zgwałconej dziewczyny. Przecież mogła, do cholery, nie chodzić w krótkiej spódniczce i nie prowokować.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP