Twarda ręka pod siatką
Mateusz Bieniek to siatkarz złotej ekipy mistrzów świata sprzed dwóch lat. Przed 26-letnim środkowym reprezentacji następne imprezy i zapewne kolejne sukcesy. Marzenia o medalu olimpijskim musi odłożyć przynajmniej o rok, po przesunięciu igrzysk z powodu pandemii koronawirusa.

Koncept: Nie wszyscy reprezentanci Polski byli zawiedzeni przesunięciem igrzysk olimpijskich w Tokio, bo dzięki temu mogą zregenerować siły po wcześniejszym trudnym sezonie albo wyleczyć kontuzje, tak jak w Pana przypadku.

Mateusz Bieniek: To prawda. Patrząc przez pryzmat moich kłopotów zdrowotnych, przełożenie igrzysk dało mi czas na wyleczenie kontuzji kolana.

Kiedy i co dokładnie stało się z kolanem?

Chyba każdy zawodowy sportowiec odczuwa jakieś mniejsze czy większy bóle. Mnie też od czasu do czasu pobolewały kolana, ale gdy w maju przyjechałem po dwóch miesiącach lockdownu na pierwsze zgrupowanie kadry, wszystko wydawało się być w porządku.

Wystarczył jeden niefortunny ruch na treningu i pojawił się problem z rzepką w kolanie. Potrzebna była operacja. Dobrze, że zdarzyło się to w idealnym czasie, bo sezonu reprezentacyjnego w tym roku nie było, a igrzyska zostały przełożone. Jestem trzy miesiące po zabiegu i nie odczuwam żadnych dolegliwości. Po operacji wszystko szybko się zagoiło, wznowiłem treningi i zagrałem już w oficjalny meczu, choć cały czas wzmacniam mięśnie nogi.

Cofnijmy się w czasie – dlaczego wybrał Pan siatkówkę, a nie na przykład koszykówkę? Wzrost (210 cm) do tej dyscypliny też ma Pan odpowiedni.

Popularność siatkówki w Polsce jest większa i miało to znaczenie. Do koszykówki nigdy mnie nie ciągnęło, chociaż teraz lubię czasami obejrzeć mecz ligi NBA w telewizji.

Urodziłem się w Blachowni pod Częstochową, a wiadomo, że to miasto zawsze słynęło z pracy z siatkarską młodzieżą. Z domu do Częstochowy dojazd zajmował mi 20 minut, a tam miałem duży wybór klubów. Regularnie zacząłem trenować, będąc w drugiej klasie gimnazjum, a później trafiłem do Politechniki Częstochowa, skąd trenerzy wzięli mnie do klubu Norwid. Zbiegło to się z rozpoczęciem nauki w liceum w klasie sportowej.

Na pierwszy rzut oka Pana kariera wygląda modelowo. Debiut w reprezentacji w wieku 21 lat, zdobyte mistrzostwo świata, medal na mistrzostwach Europy, a przed rokiem wyjazd do silnej i atrakcyjnej finansowo ligi włoskiej. Była po drodze jakaś porażka, którą Pan zapamiętał?

Igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro i ćwierćfinałową porażkę z USA przeżyłem mocno. Igrzyska są co cztery lata, więc trzeba czekać, żeby się odegrać. Poza tym, tak naprawdę, to od 2015 roku do 2018 nic wielkiego nie wygraliśmy, odpadaliśmy w drodze do finałów dużych imprez. Dopiero przyjście trenera Vitala Heynena i zdobycie mistrzostwa świata wiele zmieniło. Pozwoliło mi to jeszcze bardziej uwierzyć w swoje możliwości.

Na czym polega siła i umiejętności Heynena?

To trener nieszablonowy, jakich zazwyczaj się nie spotyka. „Kupił nas” swoją szczerością. Jak Vital powiedział, tak zawsze później było. Można z nim porozmawiać na każdy temat. Zaufał nam i nie były potrzebne jakieś zakazy i reguły w kadrze, które często wprowadzają trenerzy. Vital uznał, że jesteśmy profesjonalistami i naszym celem, podobnie jak jego, są zwycięstwa na parkiecie.

Metody szkoleniowe też ma nieszablonowe i prowadzi treningi inaczej. Przed treningiem w formie rozgrzewki mamy zawsze jakieś „dziwne” gierki, którymi wzbudza w nas rywalizację. Odbijaliśmy piłkę... krzesłami, wózkami sklepowymi, sztucznymi drzewami – mógłbym dalej tak wymieniać. Miał milion różnych pomysłów i pewnie poznamy jeszcze milion następnych. Ale bronią go wyniki i inni zaczynają takie formy treningu naśladować.

Wyjazdy i życie w innych krajach to chyba duża zaleta kariery sportowca?

Ma to swoje plusy i minusy, bo jest to często życie na walizkach. Żyjesz w jednym miejscu, ale gdy kończy się kontrakt, to nie wiesz, co będzie dalej – czy zostaniesz w tym miejscu, czy wyjedziesz gdzie indziej. Oczywiście, że są i plusy, bo dzięki grze w reprezentacji i w klubach zobaczyłem kawał świata i jestem bogatszy o wiele doświadczeń.

Dlaczego zdecydował się Pan na powrót do Polski i grę w Skrze Bełchatów przez rok, skoro z włoskim klubem Cucine Lube Civitanova wiąże Pana jeszcze 3-letni kontrakt?

Przede wszystkim ze względu na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie. Nie chciałem mieć tak rwanego sezonu, jaki miałem poprzedni we Włoszech. W jednym tygodniu grałem dwa mecze, a przez następne dwa żadnego. Miał na to wpływ zarówno limit cudzoziemców mogących występować w meczu, jak i silna konkurencja w zespole. W Skrze chciałbym grać regularnie i zagrać jak najwięcej spotkań, żeby walczyć o miejsce w reprezentacji i pojechać do Tokio.

W Skrze, oprócz Pana, gra dwóch innych kadrowiczów na pozycji środkowych – Karol Kłos i Norbert Huber. Nie utrudni to walki o miejsce w kadrze na igrzyska? A może wszyscy trzej znajdziecie się w reprezentacji?

O to raczej będzie trudno, bo jest Piotrek Nowakowski, który jest numerem 1 wśród środkowych i najbardziej doświadczony. Niejednokrotnie udowadniał swoją klasę i jest w światowym topie od wielu lat. Łatwiej jest wejść na szczyt, ale trudniej się na nim utrzymać. A jemu się to udaje.

Jaką jedną cechę dobrego środkowego wziąłby Pan od Nowakowskiego?

Do swojego repertuaru wsadziłbym blok Piotrka i byłbym kompletnym środkowym. W tym elemencie jest znakomity i dzięki doświadczeniu ma też twarde palce i ręce.

Po zdobyciu dwóch kolejnych tytułów mistrzów świata reprezentacja Polski postawiła sama sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Każda porażka może być przyjmowana przez kibiców jako duże rozczarowanie. Czuje Pan z tego powodu presję przed ważnym meczem?

Tak, jest trochę presji. Wiem, że jesteśmy mocną drużyną, którą stać na wygrywanie. Z drugiej strony wiem też, że reprezentujemy nasz kraj i miliony Polaków trzymają za nas kciuki, co jest dla mnie zaszczytem, ale przede wszystkim chcemy wygrywać dla samych siebie. Na dużą imprezę jedzie się po medal, a nie po to, żeby po trzech meczach wracać do domu. Łatwiej jest walczyć z presją doświadczonemu zawodnikowi, który ma za sobą już zwycięstwa i porażki w ważnych meczach.

Zdarzyło się Panu nie zasnąć przed ważnym meczem?

Nie miałem czegoś takiego, natomiast zdarzyło się, że nie mogłem zasnąć po meczu. Było to po spotkaniu, w którym debiutowałem w kadrze, gdy pokonaliśmy Rosję, a ja zostałem wybrany MVP meczu.

Czyli były wyłącznie pozytywne emocje?

To prawda, było ich aż za dużo. Wierciłem się w łóżku do czwartej rano, zanim zasnąłem.

Sportowcy większości dyscyplin korzystają regularnie z pomocy trenera mentalnego. Jest to popularne wśród siatkarzy?

Za kadencji trenerów Stephana Antigi, a później Ferdinando De Giorgi’ego mieliśmy psychologa w reprezentacji. Nie będę się wypowiadał za innych, ale gdy wchodziłem do kadry, to korzystałem z takiej pomocy. Zapamiętałem z tamtego okresu kilka rzeczy, które stosuję do dziś, i to mi pomaga. Innej dodatkowej pomocy nie potrzebuję, bo dobrze radzę sobie z emocjami.

Igrzyska olimpijskie to jest ta impreza, gdy emocje są największe.

Tak, i to nie tylko na boisku. Cała otoczka, wioska olimpijska, w której są tysiące sportowców, spotykanie na stołówce największych gwiazd jest czymś innym. Podczas pozostałych turniejów mieszkamy zazwyczaj w hotelu blisko hali i przejazd trwa 10 minut. W Brazylii z wioski olimpijskiej na mecz jechaliśmy 1,5 godziny, więc to zupełnie coś innego, pojawiają się myśli w głowie i trzeba umieć sobie z tym poradzić.

Przed ponad rokiem dołączył do reprezentacji Wilfredo Leon, siatkarz urodzony na Kubie. Były pewne kontrowersje wśród opinii publicznej, czy powinien grać dla Polski. Wy siatkarze reprezentacji mieliście jakieś wątpliwości?

Nie było żadnych dyskusji w tym temacie. Cieszyliśmy się z tego, że przychodzi dobry zawodnik, który chce grać w naszej drużynie. Wilfredo ma żonę Polkę i dziecko, mówi po polsku, więc nie mieliśmy żądnych wątpliwości, żeby grał w reprezentacji. Jest utytułowanym siatkarzem, a przy tym bardzo ambitnym i – co ważne – normalnym człowiekiem.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP