​Słów kilka o SOR-ach
SOR, czyli Szpitalny Oddział Ratunkowy, to specyficzne miejsce. Nikt nie chciałby się tam znaleźć, jednak w sytuacji nagłego zagrożenia zdrowia i życia jest pierwszą myślą w naszej głowie. To tam personel medyczny udziela niezbędnej i natychmiastowej pomocy. To tam codziennie toczy się walka o ludzkie życie.

Jeśli nigdy tam nie trafiłeś, to można z pewnością powiedzieć, że jesteś szczęściarzem. Jestem jednak pewna, że każdy z nas słyszał jakieś historie o tym miejscu, nawet jeśli nigdy go nie odwiedził. Czy były to pełne wdzięczności opowieści o heroizmie lekarzy i ratowaniu ludzkiego życia? Czy może jednak przepełnione goryczą przeżycia o długim oczekiwaniu i braku profesjonalnej opieki? Trudno powiedzieć, które z nich przeważają, a tym bardziej, które mają w sobie więcej prawdy. Bo ta najczęściej leży gdzieś pośrodku i aby ją dojrzeć, konieczne jest zrozumienie z czym i kiedy powinniśmy się zgłosić na SOR.

Z czym się zgłaszać?

Zdrowie to według Światowej Organizacji Zdrowia jedno z najważniejszych wartości i trudno się z tym nie zgodzić. W momencie, gdy zostanie ono w jakikolwiek sposób naruszone, zazwyczaj panikujemy i chcielibyśmy jak najszybciej uzyskać ratunek. Pierwszym odruchem jest wezwanie karetki lub zgłoszenie się do szpitala, gdzie zazwyczaj trafiamy właśnie na oddział ratunkowy. I jeśli faktycznie nasze dolegliwości stanowią dla nas zagrożenie i nie możemy poczekać kilku godzin, to nie powinniśmy się wahać. Aby skorzystać z pomocy, nie jest potrzebne ani skierowanie, ani wcześniejsza rejestracja. Objawy uzasadniające takie zgłoszenie to na przykład:

bardzo silny ból głowy,

silny ból brzucha,

trudności z oddychaniem,

nasilone zawroty głowy,

utrata przytomności,

problemy z widzeniem,

krwotoki, których nie jesteśmy w stanie zatamować podstawowymi metodami,

rozległe rany,

świeże urazy, które wystąpiły w ciągu ostatnich 24h.

Tam, gdzie wzrok nie sięga

Niestety wielu pacjentów zgłaszających się na SOR nie prezentuje powyższych symptomów.

Fakt, że jest on otwarty dla wszystkich bez wyjątku stwarza problem, który dotyka nie tylko personel medyczny, ale także pacjentów. Lekarze zamiast leczyć osoby w stanie zagrożenia życia, zajmują się przypadkami, które powinny znaleźć się w gabinecie lekarza rodzinnego.

I nagle pojawiają się historie o kilkugodzinnym czekaniu i poczuciu, że jest się ignorowanym, że nikt nie pracuje. Trudno się dziwić, bo tak to faktycznie może wyglądać. Problem polega jednak na tym, że oczekujący pacjenci nie widzą tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. W międzyczasie przyjeżdżają karetki, często więcej niż jedna w tym samym czasie, z przypadkami wymagającymi pilnej reakcji. W takich realiach zwykły kaszel czy ból głowy spowodowany zapaleniem zatok może, a nawet musi poczekać. Dlatego Oddział Ratunkowy to nie miejsce na ich diagnostykę i leczenie. To zadanie dla lekarza rodzinnego.

Gra w kolory warta świeczki

Przyjazd karetki na SOR wiąże się zazwyczaj z natychmiastową reakcją personelu. Zespół ratownictwa medycznego przekazuje chorego, a pielęgniarka, ratownik medyczny lub lekarz ocenia stan pacjenta, zbiera wywiad i na tej podstawie przeprowadza segregację medyczną, czyli tak zwany triaż. Badanym przydziela się odpowiednią kategorię stopnia pilności udzielenia pomocy. Dla ułatwienia każda z nich ma swój kolor. W Polsce w zależności od szpitala występuje skala 5- lub 3-stopniowa:

czerwona – pomoc natychmiastowa, pacjent przyjmowany poza kolejnością,

pomarańczowa – pomoc bardzo pilna, czas oczekiwania do 10 min,

żółta – pomoc pilna, czas oczekiwania do 60 min,

zielona – pomoc odroczona, czas oczekiwania średnio od 2 do 4h,

niebieska – wyczekujący, czas oczekiwania średnio od 4 do 8h.

Osoby z oznaczeniem zielonym lub niebieskim mogą zostać skierowane do placówki POZ lub punktu nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, tzw. „wieczorynki”. Pacjenci wymagający pilnej lub natychmiastowej pomocy są wstępnie diagnozowani, a następnie rozpoczyna się leczenie, które ma na celu stabilizację funkcji życiowych. Po tych czynnościach jest podejmowana decyzja – są oni wypisani lub przekazywani do oddziału zajmującego się daną jednostką chorobową albo transportowani do innej specjalistycznej placówki medycznej.

SOR od podszewki

Siedząc wygodnie w fotelu i czytając ten artykuł, można się zastanawiać, o co tyle krzyku. Wszystko jest klarowne i proste do przeprowadzenia, zasady są z góry określone i wystarczy ich przestrzegać. Na SOR-ach powinien panować ład i porządek. Wiele w tym prawdy, bo faktycznie triaż, stworzenie zespołów resuscytacyjnych oraz odpowiednie algorytmy postępowania mają ułatwić medykom działanie i leczenie pacjentów. Jednak na SOR nie trafia jeden czy dwóch pacjentów, lecz zazwyczaj kilku na raz. Brak wystarczającej liczby personelu medycznego tylko pogarsza sytuację, wszyscy są przemęczeni, a zazwyczaj w perspektywie mają kolejny dyżur, na którym nie ma kto ich zastąpić. Lekarze i pielęgniarki są sfrustrowani, bo na SOR nie tylko przychodzą osoby szukające darmowych badań lub z urazami sprzed tygodnia, ale także przywożeni są pijani, agresywni ludzie. I nie można odmówić im podstawowych badań, dopiero po wykluczeniu ewentualnych problemów zdrowotnych mogą zostać zabrani na izbę wytrzeźwień. Trafiają tu również starsi – często zaniedbani, z odleżynami, skrajnie niedożywieni. Personel od razu widzi, że są przewlekle pozbawieni odpowiedniej opieki i powinni być pod nadzorem lekarza rodzinnego i pielęgniarki środowiskowej. Pytanie, co zrobić dalej z takim pacjentem, bo na SOR-ze nie ma długotrwałego leczenia, a jeśli ktoś od dawna jest w takim stanie, to jego życiu w danej chwili nic nie zagraża. Takich przykładów jest mnóstwo, można je mnożyć bez końca. Najgorsze jest jednak to, że to i tak nic nie zmienia.

Niewydolny system

Siedem lat temu Najwyższa Izba Kontroli sprawdzała, jak działa system ratownictwa medycznego w Polsce. Raport zawierał tezę, że w niektórych SOR-ach nawet 80 proc. pacjentów stanowili ci, którzy w ogóle nie powinni się tam znaleźć.

Czterech na pięciu pacjentów. Te „nieuzasadnione przypadki” zmniejszają szanse pacjentów w rzeczywiście poważnym stanie – od „czerwonych” do „żółtych” na przeżycie. Zastanawiając się, z czego to wynika, nie da się dojść do innych wniosków, że coś jest nie tak z całym systemem ochrony zdrowia. Odległe terminy wizyt u specjalistów, operacji czy badań obrazowych powodują, że szukamy innych możliwości. Jeśli kogoś stać na leczenie się w prywatnym sektorze, to zazwyczaj nie ma problemu. Jednak dla większości z nas kilkaset złotych za rezonans magnetyczny czy wizytę u kardiologa jest zbyt dużym wydatkiem. Dlatego ludzie kombinują i trafiają na SOR. Trudno tego nie rozumieć, ale z drugiej strony wyobraźmy sobie, że jesteśmy po drugiej stronie kurtyny. To my mamy wypadek samochodowy i to my oczekujemy na karetkę pogotowania ratunkowego zbyt długo, bo ktoś znowu wezwał ratowników do kaszlu i kataru. Później czekamy w kolejce do tomografu z urazem głowy, bo ktoś akurat przypomniał sobie, że od 2 tygodni boli go głowa. A potem czekamy na lekarza, bo akurat walczy z agresywnym pacjentem w stanie upojenia alkoholowego. A czas ucieka i każda minuta jest na wagę złota w wyścigu o nasze życie.

Najprostsze rozwiązania są najlepsze

Systemu nie jesteśmy w stanie zmienić sami i nie wiemy, ile potrwa jego przekształcenie, tak aby funkcjonował prawidłowo. Jednak możemy zmienić swoje postępowanie. Następnym razem, gdy wpadniemy na pomysł zgłoszenia się do szpitalnego oddziału ratunkowego, możemy się zastanowić, czy na pewno naszemu zdrowiu lub życiu coś zagraża. Możemy sprawdzić, czy nasze objawy są alarmowe i koniecznie powinniśmy się tam udać. Możemy poszukać nocnej pomocy lekarskiej i tam otrzymać pomoc. Jeśli nie będziemy pochopnie podejmować decyzji i traktować SOR-u jako miejsca, gdzie można zgłosić się ze wszystkim, ułatwimy pracę lekarzom, ale przede wszystkim nie będziemy zajmować miejsca ludziom, którzy naprawdę potrzebują natychmiastowego leczenia.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP