​Siła słabości
Wielu młodych ludzi uważa, że najlepszym przedsionkiem do kariery w dorosłym życiu jest dobra szkoła. Najlepsza szkoła. Wybitne liceum czy prestiżowy uniwersytet. Być może jeszcze mocniej są o tym przekonani rodzice, którzy wywierają na swych potomkach presję, by nie wybierali byle czego. Tylko zawsze „naj”.

Tymczasem to wcale nie jest takie proste. Czasem najlepsza szkoła jest pułapką, a nie trampoliną do kariery. Znam wielu absolwentów liceum Batorego w Warszawie (w stolicy to wzorzec elitarnego liceum), których największym osiągnięciem życiowym jest to, że do Batorego chodzili. Mimo wielu krzyżyków na karku, ględzą i ględzą o tym Batorym, bo… nie bardzo mają się czym innym chwalić.

Już wyjaśniam, o co mi chodzi, bo mimo wszystko ten tekst nie jest wyłącznie efektem moich edukacyjnych kompleksów. Otóż okazuje się, że najlepsze szkoły są świetnym miejscem, ale jedynie dla tych naprawdę najwybitniejszych uczniów. Tych bardzo dobrych albo po prostu dobrych mogą onieśmielać, a niekiedy wręcz łamać.

Bardzo ciekawie pisze o tym wybitny amerykański dziennikarz Malcolm Gladwell w książce „Dawid i Goliat” (przy okazji polecam wszystkie inne jego publikacje), która traktuje o dość nieoczekiwanych przewagach słabości. W rozdziale poświęconym edukacji opisuje on przypadki osób, które wybierały najlepsze uczelnie z tzw. Ivy League i kiepsko na tym wychodziły. Odwieczni prymusi nagle trafiali do świata, w którym po raz pierwszy napotykali lepszych od siebie. Po raz pierwszy dostawali złe oceny. Po raz pierwszy nie nadążali za materiałem. Po raz pierwszy czuli się głupi. A przynajmniej głupsi od innych. I byli tym przerażeni. W rezultacie ich świat się walił i w końcu porzucali studia albo z wydziałów przyrodniczo-technicznych przenosili się na znacznie mniej prestiżowe (a w przyszłości mniej karierotwórcze) kierunki humanistyczne.

Czy ich życie mogło się potoczyć inaczej, gdyby wybrali nie tak renomowane uczelnie? Czy zdecydowaliby się być dużą rybą w mniejszym stawie, a nie małą w dużym? Gladwell uważa, że tak. I nie jest to kwestia intuicji (którą skądinąd wychwala w książce „Błysk”), lecz statystyki i badań socjologicznych. Otóż okazuje się, że najlepsi absolwenci owych słabszych uczelni mogą liczyć na lepsze kariery (mierzone np. liczbą publikacji naukowych) niż dobrzy czy przeciętni absolwenci Ivy League. Przeciętność na dobrej uczelni wcale nie popłaca. Nawet jeśli ktoś na niej przetrwa, traci pewność siebie, poczucie własnej wartości. Nawet popada w kompleksy. Najlepsze uniwersytety są fantastycznym miejsce dla geniuszy. Całą resztę bezlitośnie mielą, odzierają z marzeń i zostawiają bolesne blizny na psychice.

Jeśli ktoś nie jest zatem przekonany o swym geniuszu, powinien unikać elitarnych szkół. Dla jego rozwoju będzie znacznie lepiej być ową dużą rybą w małym stawie niż malutką w oceanie. Ładnie ujął to kiedyś Juliusz Cezar, który wolał być pierwszym na prowincji niż drugim w Rzymie. Okazuje się, że taka postawa po prostu się opłaca. Czasem przebywanie wśród lepszych od nas – wbrew utartym schematom – może nas zniszczyć, a nie wzmocnić. A bycie pierwszym na owej prowincji spowoduje, że w przyszłości możemy powalczyć nawet o Rzym.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP