Rzucamy egoizm z egoizmu
Kto jest szczęśliwszy i lepiej zadbał o własne szczęście? Jeden do niedawna z najbogatszych ludzi na świecie, uważany niegdyś za geniusza instrumentów finansowych, właściciel luksusowych rezydencji, jachtów, odrzutowców, czy południowoamerykański jezuita taksówki zamieniający na autobusy, żyjący pomiędzy hospicjami a dzielnicami nędzy?
Kto jest szczęśliwszy i lepiej zadbał o własne szczęście? Jeden do niedawna z najbogatszych ludzi na świecie, uważany niegdyś za geniusza instrumentów finansowych, właściciel luksusowych rezydencji, jachtów, odrzutowców, czy południowoamerykański jezuita taksówki zamieniający na autobusy, żyjący pomiędzy hospicjami a dzielnicami nędzy? - Państwo zwolniło się samo z wielu rzeczy. Weźmy pod uwagę budowę dróg, zmiany na kolei, Pocztę Polską, przedszkola, szkoły. Długo można by wymieniać. Mam wrażenie, że państwo za nic już nie odpowiada. Polacy wiele też od państwa nie wymagają. To taka nasza cecha narodowa, że przez 50 lat komunizmu nauczyliśmy się liczyć na siebie, na rodzinę, a nie na państwo. Polacy mało się oburzają na to co się dzieje, bo nigdy nie oczekiwali więcej ponad to, co jest. Dlatego w tym kontekście jeden procent pozwala dotrzeć z pomocą w obszary, do których państwo nigdy by nie dotarło - mówi w rozmowie z „Konceptem” dziennikarz TVP Krzysztof Ziemiec. Czy jednak nasze wsparcie dla innych nie ogranicza się do tego jednego procenta? Czy jesteśmy w stanie wyrwać się z ciasnego egoizmu? Wiele wskazuje, że to proces, który już zachodzi. Taki wniosek można wysnuć z reakcji na początki pontyfikatu papieża Franciszka i jego pierwsze publiczne wypowiedzi i gesty. Nowy gospodarz Watykanu obudził spontaniczne reakcje społeczeństw zachodnich, zmęczonych i zepsutych, jak bohaterowie książek Michela Houellebecqa. Rozpieszczonych komfortem, który dawały państwa opiekuńcze pozornie zwalniające z myślenia o innych. Ale też wyalienowanych, potrzebujących wspólnoty, a do tego przestraszonych kryzysem. Chcących w tym wszystkim na nowo widzieć siebie nawzajem. Pewnego rodzaju przeciwieństwem papieża Franciszka w dzisiejszej kulturze i świadomości społeczeństw jest Bernard Madoff, były rekin Wall Street, kiedyś uważany za geniusza, ostatecznie okazał się największym oszustem świata. Działalność Madoffa oparta była na łamaniu prawa. Zawiodły przede wszystkim mechanizmy kontrolne. Zabrakło państwa, którego nie brakowało wtedy, gdy trzeba było rozluźniać ramy przepisów kredytowych, co w efekcie doprowadziło do kryzysu. Ale gniew społeczny odbił się nie na oszustach i nie pilnujących ich instytucjach państwowych, a bogatych w ogóle, także tych, którzy doszli do swoich pieniędzy uczciwie. - Podnieść podatki, stworzyć nowe opłaty, oprocentować konta, zabrać najbardziej przedsiębiorczym, bo przecież oni generują najwięcej - oto recepta elit politycznych w Polsce, Europie i na świecie. Cechuje ją specyficzny rodzaj charytatywności, bo taki, w którym donatorami mają być całe społeczeństwa, a głównym beneficjentem te właśnie elity polityczne utrzymujące się na swoich stołkach. Czy nie lepszy zamiast redystrybucji dóbr, interwencjonizmu, prób przymusowych opodatkowań banków, nie byłby powrót do czasów kiedy to ludzie sami sobie nawzajem pomagali? Odpowiedzi chyba można szukać w starości obu mężczyzn. Jezuita Jorge Mario Bergoglio, dziś jest papieżem, przywódcą największej religii świata i ma ambicje ten świat zmienić. W pierwszych dniach swojego panowania potrafił do tej zmiany przekonać nawet wielu ludzi o dotychczas wrogim do Watykanu nastawieniu. Młodszy od papieża Franciszka o dwa lata Bernard Madoff ma jeszcze 147 lat do odsiedzenia w więzieniu. Ma także szanse - jeśli się będzie dobrze sprawował - na to, by jego wyrok został skrócony do około 130 lat. Jego majątek przepadł, syn popełnił samobójstwo, a żona udziela wywiadów, w których opowiada o planach samobójczych. W tych dwóch historiach zawarty jest paradoks, który zawsze towarzyszył rozważaniom na temat altruizmu i życia nie tylko dla siebie. Prowadzą one często do większej szczęśliwości. A więc warto jest przezwyciężyć własny egoizm i dostrzec innych wokoło siebie, także z pobudek egoistycznych, po to by być szczęśliwszym. Urząd nie zastąpi serca i rozumu Od pięciu lat media bombardują społeczeństwa opowieściami o surrealistycznie wysokich zarobkach ludzi zarządzających rozmaitymi instytucjami finansowymi, często będącymi poza należytą kontrolą, a do dyskursu publicznego w stopniu większym niż wcześniej powraca argument potrzeby redystrybucji dóbr - mówiąc krótko tego, żeby odebrać bogatym na rzecz biednych. Argumentu tego oczywiście chętnie używają także rządy, które kolejne podwyżki podatków, opłat, rozmaitych ukrytych i jawnych danin, a także rozrost biurokracji tłumaczą tym, że będzie to sprzyjać właśnie „sprawiedliwości społecznej”, „ochronie najsłabszych” i tak dalej. Ale czy urząd, siła i poborca podatkowy to na pewno najlepsza droga? W Polsce po okresie propagandy PRL wciąż pokutuje obraz amerykańskiego kapitalisty z początku 20. wieku jako grubasa we fraku stojącego na grzbiecie wygłodniałego robotnika i palącego ogromne cygaro. USA sprzed wieku było niewątpliwie krajem o ogromnych problemach społecznych, gdzie pieniądze i siła odgrywały potężną rolę. Ale to właśnie w warunkach tego „krwiożerczego” kapitalizmu rodzili się najwięksi filantropii w dziejach. Ludzie, których symbolem stał się Henry Ford - twardo i konsekwentnie budował swój majątek, a zarazem rozwijał cywilizację, ale także przeznaczał potem swoje pieniądze na wielkie fundacje mające służyć rodakom, pośmiertnie realizować ich wizje na rzecz rozwoju Ameryki, czy świata. Podobnych przykładów, powszechnych za oceanem, dużo mniej można znaleźć w kontynentalnej Europie, a w dzisiejszej Europie Środkowo-Wschodniej to rzadkość. Indywidualista nie egoista Dla wielu ludzi obrazem pokoleń, które wchodziły w Polsce w dorosłość po 1989 roku mógłby być film „Egoiści” sprzed kilkunastu lat. Skupieni na sobie, cyniczni, odruchy serca uważający za „obciach”, ambicje redukujący do kasy, młodzi lat 90. kończyli często na prochach, u psychologów, wyniszczeni kokainą albo po prostu samotni. Autor niniejszego tekstu niegdyś zgodził się z innym dziennikarzem w podobnym wieku, Adamem Leszczyńskim z „Gazety Wyborczej”, również trzydziestokilkulatkiem, co do tej cechy naszego pokolenia. Pomimo różniących nas doświadczeń, systemu wartości, poglądów, obaj mieliśmy poczucie otaczającego naszych rówieśników cynizmu i egoizmu. I obaj dostrzegliśmy, że pokolenia ludzi od nas kilkanaście lat młodszych, dzisiejszych studentów, częściej egoizm odrzuca w zatomizowanym świecie poszukując ideałów, wartości, a także wspólnotowości. Wspólnotowość jest to ta potrzeba, która wśród wielu innych elementów, przyciąga tak bardzo dziś Europejczyków, w tym Polaków do Azji, gdzie nawet biedne społeczeństwa są zdecydowanie lepiej zorganizowane i funkcjonują w dużo większym stopniu jak mrowisko, organizacja. Ta cecha, niegdyś pogardzana przez dumnych ze swojego indywidualizmu Europejczyków, dziś ich ciągnie i wzbudza zazdrość. Moi znajomi, którzy regularnie wracają do Azji Południowo-Wschodniej zwracają uwagę na komfort przemieszczania się z małymi dziećmi po biednym Wietnamie lub Indonezji. Ludzie pomagają, zajmują się cudzym dzieckiem niemalże automatycznie. Ale taki automatyzm też ma swoje wady, bo kończy się tam, gdzie ktoś do mrowiska nie pasuje albo decyduje się ono go odrzucić. Wówczas bywa bezwzględny. Zachodni indywidualizm potrafi doceniać jednostkę, a także krytycznie spojrzeć na samego siebie. To jego unikatowość. Ale by nie zamieniał się w wyniszczający egoizm, by nie tracił duszy, musi być kiełznany, musi dostrzegać nie tylko własne idee, rozwój, komfort, ale i czasem rezygnować z bogactwa i komfortu na rzecz innych, którzy przecież są także częścią nas. To właśnie przekaz papieża Franciszka, a także biznesmenów, którzy poświęcają wolny czas pracując w hospicjach, harcerzy pomagających Polakom na Wschodzie. W gruncie rzeczy wszyscy ci ludzie pomagają nie tylko innym, ale i sobie.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP