Prawdziwa sztuka płynie z serca
Artur Urbanowicz to pisarz młodego pokolenia, o którym w ostatnim czasie jest bardzo głośno. Specjalizuje się głównie w horrorach, choć z wykształcenia jest... matematykiem. Laureat Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego i autor bestsellerowego „Inkuba” w rozmowie z magazynem „Koncept”.

„Koncept”: Kiedy pomyślał Pan o tym, by zostać pisarzem? Jak to się właściwie zaczęło?

Artur Urbanowicz: Od zawsze miałem smykałkę do tworzenia. W podstawówce na języku polskim pisałem wiersze, w gimnazjum z kolei lubiłem prace domowe, w których należało wymyślić opowiadanie. Pierwszą powieść napisałem w wieku czternastu lat. Było to sci-fi dla młodzieży o chłopcu w stalowej masce, który przenosi się w przyszłość i walczy z robotami przy użyciu ognistego miecza. W liceum miałem epizod, w którym tworzyłem muzykę elektroniczną, zresztą amatorsko bawię się dźwiękiem i grafiką do dziś. Na poważnie pomyślałem o tym, by napisać książkę, podczas spaceru z rodziną po Puszczy Rominckiej. Zainspirowała mnie twórczość Stefana Dardy, który poprzez powieści grozy promował Roztocze, skupiając się na walorach krajobrazowych. Uznałem, że suwalczanie „nie gęsi”, stąd pomysł, by coś podobnego osadzić na Suwalszczyźnie. Tak powstało „Gałęziste”.

Z tego co mi wiadomo, ukończył Pan matematykę. Skąd taka rozbieżność zainteresowań? Jest Pan zaprzeczeniem stereotypu mówiącego o tym, że umysły ścisłe nie przepadają za przedmiotami humanistycznymi...

Ten stereotyp jest błędny! Jestem zdania, że osoby o umysłach ścisłych są bardzo kreatywne, ponieważ mają nadzwyczaj wygimnastykowane mózgi. Zresztą uważam, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować i tak naprawdę niczyje życie nie zamyka się w tylko jednej sferze zainteresowań. Wszyscy – czy tego chcemy, czy nie – w pewien sposób obcujemy z tworami kulturalnymi, nawet matematycy, fizycy czy informatycy – oglądamy filmy, słuchamy muzyki, gramy w gry (to też historie, które trzeba wymyślić!) i czytamy książki. Nie wiem, jak to wygląda ogólnie, ale w moim otoczeniu widzę korelację łączenia umysłu ścisłego z pasją artystyczną. Mój brat zaczął studiować informatykę, a skończył jako aktor. Mój przyjaciel, który pracuje w Google, współtworzył festiwal Teatr-Akcje. Wielu moich znajomych z pracy w korporacji – z wykształcenia matematyków lub informatyków – lubi pograć na gitarze i sobie pośpiewać. Takie przykłady można mnożyć.

Dlaczego akurat kariera pisarza? Przecież Polacy, podobno, książek nie czytają...

Prawdziwa sztuka, taka płynąca prosto z serca, nie patrzy na trendy. Nigdy nie postrzegałem swojej przygody z pisaniem pod kątem, czy to się opłaca komercyjnie, czy nie. Swoje powieści traktuję jak dzieła, nie produkty, nawet pomimo ich rozrywkowego charakteru. Bardzo angażuję się w nie emocjonalnie, sporo nad nimi pracuję, poprawiam je wręcz w nieskończoność. Nie powstają dla pieniędzy. To pasja i ogromna frajda.

Na co dzień łączy Pan pisanie z pracą w korporacji i na uczelni. Jak udaje się to wszystko pogodzić? A może coś się w tym zakresie zmieniło?

Ostatnio zajęcia na uczelni zmieniłem na zajęcia w szkole kreatywnego pisania, gdzie uczę innych.

Godzę to w taki sposób, że mam sztywny harmonogram dziennych zajęć, nie prowadzę życia towarzyskiego, nie założyłem rodziny, nie mam dziewczyny, nie marnuję bezcennych minut na rzeczy, które nie posuwają mnie naprzód. Zdziwiłbyś się, jak wiele czasu dziennie człowiek marnuje na takie czynności. Grunt to dobre zarządzanie czasem, panowanie nad tym, bez podejścia „jakoś to będzie”.

Wydaje mi się, że w karierze pisarza najtrudniej jest zacząć. Jak zainteresować wydawców, by zdecydowali się wydać debiutancką publikację nieznanego autora? Jak jest potem np. z kwestią dystrybucji? Mógłby Pan zdradzić, jak to się zaczęło?

Nie da się ukryć, że w kwestii debiutu wiele zależy od szczęścia – choćby to, czy wydawca w ogóle otworzy e-mail od ciebie, a potem czy wpasujesz się w subiektywny gust literacki osoby, która przeczyta twój tekst. Ja wolę jednak podejście, w którym mam nad wszystkim jak największą kontrolę. Swoją pierwszą powieść wydałem w systemie vanity press, polegającym na tym, że płaci się wydawcy za publikację. System ten ma złą renomę, ponieważ wielu zakłada z góry, że skoro książka nie znalazła tradycyjnego wydawcy, to znaczy, że jest słaba. To duże uproszczenie i krzywdzące uogólnienie, o którym stworzyłem nawet dwugodzinną prezentację na konwenty fantastyczne. Wierzyłem w swoją prozę i choć „Gałęziste” odrzucili wszyscy tradycyjni wydawcy, zdecydowałem się mimo to wejść na rynek w taki sposób i jak najszybciej zacząć powiększać bazę swoich odbiorców, bo na szczęście nie wszyscy z góry skreślają powieści wydane w systemie vanity, które są normalnie dystrybuowane w księgarniach internetowych. Moje zaangażowanie sprawiło, że wydawnictwo Vesper w końcu odezwało się do mnie samo. Skończyło się tak, że „Gałęziste” dziś jest w nim wznowione, czyli jednak okazało się wystarczająco dobre, by zostać wydane tradycyjnie.

Jakich porad udzieliłby Pan początkującym pisarzom lub osobom piszącym do szuflady i dopiero marzącym o wydaniu swojej pierwszej książki?

Wierzcie w siebie, poszerzajcie wiedzę o pisaniu, szukajcie sposobów, jak zainteresować innych swoją twórczością, i przede wszystkim nie zakładajcie, że wydawcy są wyrocznią, która rozstrzyga, czy coś jest dobre. Nie, taką wyrocznią są wyłącznie czytelnicy. Ale jednocześnie zachowajcie pokorę i bądźcie swoimi umiarkowanymi krytykami, wciąż szukajcie możliwości rozwoju, zastanawiajcie się, co robić, by być coraz lepszym. Nie słuchajcie osób, które niepytane i nieproszone o radę mówią wam, że nie powinniście czegoś robić, oczywiście pod warunkiem, że to, co chcecie zrobić, nie czyni nikomu krzywdy. Róbcie to, co podpowiada wam serce, bo w pisarstwie chodzi przede wszystkim o szczerość. Odetnijcie się od ludzi, którzy ciągną was w dół, demotywują, wysysają z was energię. Nawet przestańcie obserwować ich w mediach społecznościowych. Otaczajcie się za to pozytywnymi osobami, które was wspierają. Nie krytykujcie i nie atakujcie popularniejszych od siebie twórców. Wykorzystajcie tę energię na promowanie siebie albo napisanie nowego akapitu swojej książki, a nie robienie czarnego PR-u innym. Dzielcie duże cele na mniejsze i konsekwentnie je odhaczajcie. Wyróbcie sobie odpowiednie, dobre nawyki, by konsekwencja stała się dla Was czymś naturalnym. Nie marnujcie czasu na Facebooka, memy, seriale czy bezsensowne dyskusje w internecie, z których nic nie wynika. Nie oznacza to oczywiście, że nie należy robić sobie przerw, ostrzenie piły jest konieczne, ale należy podchodzić do tego uczciwie. Miejcie odwagę pokazać waszą twórczość światu. W wielu przypadkach jedynie to odróżnia was od twórców, którzy się wybili – że mieli odwagę pokazać komuś, co stworzyli. Obserwujcie osoby, które odniosły prawdziwy sukces i nie zrobiły tego po trupach. Naśladujcie je. Bądźcie dobrymi ludźmi. Dziękujcie, wyrażajcie wdzięczność i odwdzięczajcie się. Zaprogramujcie się na pozytywne myślenie, optymizm i działanie. Szukajcie okazji. Jeżeli nie możecie ich znaleźć, sami je sobie stwórzcie. Nie twórzcie dla pieniędzy. Nie traktujcie tego jako pracę, a jako pasję. Dajcie sobie prawo do popełniania błędów i wyciągania z nich nauki. Czytajcie innych. Zawsze zapisujcie swoje pomysły. I przede wszystkim – usiądźcie przed kompem i coś napiszcie! Uff, to chyba wszystko!

Czy jest Pan fanem twórczości Mistrza Grozy z Maine? Pytam, bo jak to z naszymi autorami horrorów bywa, także i Pana już parokrotnie mianowano „polskim Stephenem Kingiem”...

Piszemy zupełnie inaczej. Niektóre jego książki, jak „Cmętarz zwieżąt”, uwielbiam, inne z kolei „wchodzą” mi o wiele ciężej. Nie nazwałbym się fanem, ostatnio czytam go głównie pod kątem warsztatowym, aby odkryć, co w jego prozie działa dobrze, i dzięki temu wzbogacić swoje rzemiosło.

Jeżeli chodzi o powieści, które są dla mnie wzorem w kwestii tempa, kreacji postaci, konstrukcji świata i fabuły, to jest to zdecydowanie cykl „Harry Potter”.

Dzieło J.K. Rowling łączy z moimi historiami chociażby to, że każdą swoją książkę staram się kończyć dużym zwrotem akcji, twistem, który wywoła u czytelnika efekt „wow!”. Poza tym ich lektura ma być po prostu dobrą zabawą. Jestem zdania, że można ubogacić czytelnika intelektualnie i duchowo, a przy tym zapewnić mu świetną rozrywkę. To połączenie idealne.

Dlaczego właśnie literatura grozy, a nie np. kryminały?

Z miłości do tego nurtu. Kocham grozę, więc ją tworzę. Nie broni to jednak łączyć jej z innymi gatunkami. Przykładowo „Inkub” to połączenie grozy z kryminałem, natomiast „Grzesznik” to horror zmieszany z powieścią gangsterską. Pisanie takich książek tak, by zgrabnie pogodzić oba gatunki, to wielkie wyzwanie, ale i dobra zabawa. Każda dobra opowieść – nawet horror – powinna być o ludziach i ich problemach, a elementy czysto gatunkowe powinny być wyłącznie jej ozdobnikiem.

Wydał Pan do tej pory trzy książki. Każda kolejna zbiera jeszcze lepsze recenzje, a o Panu robi się coraz głośniej. Czuje Pan z tego powodu satysfakcję, czy (i) większą presję?

Jestem swoim największym krytykiem. Kiedy powieść pojawia się już na rynku, zbytnio się już nią nie zajmuję, ponieważ absorbuje mnie praca nad kolejną – w momencie premiery nowej książki pierwsza, surowa wersja następnej jest już zawsze napisana. Poprzednia to zamknięty rozdział w moim życiu i skupiam się na przyszłości. Dobre recenzje do mnie docierają i cieszą, ale ich negatywnym aspektem jest presja, by sprostać oczekiwaniom czytelników w kolejnych książkach. Bo czy chcę tego, czy nie – moje nowe historie będą porównywane ze starymi. Tak naprawdę nigdy nie jestem z siebie w pełni zadowolony i sodówka mi nie grozi.

Podejrzewam, że każdy pisarz ma swój własny schemat działania. Czy Pan, zabierając się do pisania, ma w głowie ogólny motyw przewodni, zarys postaci, a może zna już Pan zakończenie powieści? Czy zabierając się np. za „Inkuba”, wiedział Pan, jak skończy Vitek?

Zaczyna się od najkrótszego możliwego streszczenia historii, w którym zawiera się również zakończenie. Tylko w takiej sytuacji fabuła będzie pracować na końcowy twist już od prologu, dzięki czemu wywoła większą satysfakcję u czytelnika. Jestem zwolennikiem szczegółowego planowania, choć nie unikam improwizacji, zwłaszcza przy pisaniu pojedynczych scen, w których jeszcze przed pisaniem znam początek i koniec, ale środek trzeba czymś zapełnić. Niemniej ścieżka od punktu A do punktu B zazwyczaj jest intuicyjna.

Wracając do "Inkuba" - mnie chyba najbardziej przeraził fakt, iż część opisanych historii, wydarzyła się naprawdę...

Tak przynajmniej twierdzi osoba, która opowiedziała mi rzekomo prawdziwą historię stanowiącą podkładkę pod tę powieść. Sporo jednak dodałem od siebie i w posłowiu książki wymieniam, co zostało oparte na faktach, a co nie. Niemniej było to tak inspirujące, że kiedy spisywałem pomysły w związku z fabułą, doznawałem ciarek. To najprostszy sposób na szukanie inspiracji – chodzenie po ludziach i słuchanie ich historii. A ludzie naprawdę lubią opowiadać o sobie, zwłaszcza starsi. I nawet jeżeli coś podkoloryzują albo pomylą, ciebie to nie obchodzi, bo sam chcesz stworzyć dobrą fikcyjną opowieść.

Czy spodziewał się Pan aż takiego pozytywnego zamieszania wokół tej książki?

Zdecydowanie nie. Czułem, że to może być jak dotąd najlepsza powieść w moim dorobku, ale jej ogólny odbiór przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jestem za to bardzo wdzięczny moim czytelnikom, a dobra energia i życzliwość, jakie mi przesyłają, jeszcze bardziej mnie napędzają.

Myślę, że swoje zrobiła także bardzo dobrze zorganizowana akcja promocyjna. Nie mówię, że był to czynnik decydujący o sukcesie - dobre opinie nie biorą się znikąd - ale dzięki temu więcej odbiorców mogło dowiedzieć się o jej pojawieniu na rynku.

Sporo pracuję przy promocji swoich książek, to nie wygląda tak, że oddaję tekst wydawcy, a potem tylko czekam na tantiemy. Jeżdżę na spotkania autorskie i targi książki, odwiedzam szkoły i zachęcam młodzież do czytania, szukam nietypowych sposobów na zainteresowanie innych swoją twórczością – np. napisałem program stand-upowy o swoich książkach, który prezentuję na spotkaniach z czytelnikami. Szukanie sposobów na promocję to dobre ćwiczenie kreatywności, a tych nigdy dość. Mój najnowszy pomysł to bonus do mojej czwartej powieści. Każdego, kto przeczyta „Paradoks”, na końcu książki, za posłowiem, czeka duża niespodzianka, nad którą dużo pracowaliśmy.

Wiem, że w planach ma Pan już czwartą powieść – „Paradoks”. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy?

Będzie to thriller psychologiczny z elementami horroru i sci-fi, w którym biorę na tapet motyw sobowtóra. Bohaterem tej książki będzie chorobliwy perfekcjonista, który ma obsesję, by wszystko robić bezbłędnie, co nie zawsze mu się udaje, i ściąga to na niego spore kłopoty. To powieść, w którą włożyłem jak dotąd najwięcej pracy, najdojrzalsza z dotychczasowych. Liczę, że zmusi czytelnika do myślenia i zapadnie mu w pamięć. Mnie, za przeproszeniem, „ryła beret” tak samo podczas każdej redakcji autorskiej tekstu, a było ich ponad dwadzieścia.

Czego zatem życzyć Arturowi Urbanowiczowi w najbliższym czasie? Przeniesienia którejś z powieści na duży ekran?

Napisania czegoś, co będzie „Wiedźminem” polskiego horroru – współczesnym kanonem, który sprawi, że moje prace wypłyną na szersze wody, także zagraniczne. Wtedy o ekranizację, o której również marzę, będzie o wiele łatwiej. Ale najważniejsze było, jest i będzie tworzenie jak najlepszych historii. Reszta to tylko przyjemne skutki uboczne.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP