Prawda z nietoperza
Powiedz mi, jaki masz stosunek do koronawirusa, to powiem ci, kim jesteś. Niestety, diagnoza często będzie ponura, i to w przypadku osób fizycznie doskonale zdrowych.

Od kilku dni czuję się jak w piosence Kazika, który śpiewał: „Niosę torby do domu, nie przeszkadzam nikomu, nie chcę się narażać. W mieście zaraza. Lekarze się zjechali, księża porozgrzeszali. Napawa ich odrazą. W mieście zaraza”.

Oczywiście za kilka dni, kiedy ten felieton do Was trafi, pewnie wreszcie potwierdzi się, że kornawirus jest już w Polsce; a może nawet zbierze pierwsze ofiary i nie będzie już tak wesoło. Póki co jednak jeszcze nie ma potwierdzenia, choć jest duże prawdopodobieństwo, że chińskie paskudztwo jest już w Polsce. Ale zanim się tu znalazło, już zdążyło mnie dopaść dwa razy. Pierwszy raz trzy tygodnie temu na amerykańskim lotnisku, kiedy spędziłem z rodziną kilka godzin w potwornej kolejce, w dusznej hali, bez wody, bo bracia zza Oceanu musieli dokładnie sprawdzić, że przyjezdni jedli ostatnio raczej schabowe niż chińskie nietoperze.

Drugi raz kiedy próbowałem naprawić chiński telefon, który niedawno sobie kupiłem. Modny model, robi śliczne zdjęcia, szkoda, że przycisk włączania nie działa. Jak się rozładuje, to mogiła. Naprawa gwarancyjna to kilka tygodni czekania, a telefon potrzebny mi teraz, więc powędrowałem do nieautoryzowanego serwisu, a tam facet rozkłada ręce: to prosta naprawa, taka gumka do wymiany, ale gumek nie ma, bo części z Chin nie ma. Jest koronawirus zamiast części.

Części z Chin nie ma. Jest koronawirus zamiast części.

Nie tylko mnie dopada. Wczoraj wiózł mnie taksówkarz przez środek Warszawy. Piątkowy wieczór, nie najgorsza pogoda; przynajmniej na Nowym Świecie, w okolicy „pawilonów”, powinien być tłumek. Ale międzynarodowe towarzystwo, które tam na co dzień przyciąga, tym razem odstrasza. Taksówkarz mówił, że tak źle nigdy pod koniec karnawału nie było. Jeszcze nie miał tak złego tłustego czwartku ani ostatków. Ludzie się pochowali w mieszkaniach. To ciekawa forma paniki, taka cicha, niepozorna. Ludzie nie biegają, nie krzyczą, nie tratują się nawzajem. Po prostu zamykają się w domach. Potem jest tylko gorzej, na zdjęciach z niektórych miejsc we Włoszech widać puste półki sklepowe. Ale zaraza, a raczej zagrożenie nią (w Polsce, gdy to piszę) ma też pewne zalety. Pokazuje, z kim mamy do czynienia, szczególnie w sferze publicznej.

Oto jeden z polityków, ten, co takie rzeczy zawsze wygaduje, ogłosił, że koronawirus w sumie jest pożyteczny. Zabija słabsze jednostki, przede wszystkim starsze, a więc dochodzi do selekcji naturalnej gatunku. Pan Janusz zapomniał, że sam ma grubo po siedemdziesiątce, a fakt zachowania jurności do późnego wieku niekoniecznie musi ochronić tego darwinistę społecznego.

Inny z polityków, ten najbardziej nowoczesno-liberalno-lewicowy wesołek, ogłosił, że ze swoim „mężem”, także politykiem, pojedzie na wczasy do Chin, bo chwilowo tam jest tanio. Potem, jak się zrobiła wokół tego wrzawa, stwierdził, że te Chiny to taka miejscowość na Śląsku.

Najważniejsi politycy w kraju pokłócili się, czy dozownik z mydłem wciska się kciukiem, łokciem czy nadgarstkiem. Inni zaczęli snuć teorie spiskowe. To władza ukrywa istnienie w Polsce wirusa albo i samego wirusa, by go rozsiać w odpowiedniej dla siebie chwili. No i oczywiście wszystkiemu winni Azjaci. Pewien Azjata relacjonował mi, że spotkały go tego typu nieprzyjemności. Kłopot w tym, że facet jest… Turkiem.

Ignorancja, małość, wariactwo i podłość nie potrzebują wielkiej zarazy, by się objawić, wystarczy zagrożenie nią, obawa, którą można wykorzystać, dać upust swoim fobiom. Mam nadzieję, że ten cały koronawirus nas jakoś w miarę minie. Ale nie on pierwszy i nie ostatni pokazuje nam lustro, wcale nie krzywe, w którym niektórzy powinni się przejrzeć i poważnie nad sobą zastanowić.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP