Powstanie styczniowe w szponach ignorantów
Spór o ocenę powstania styczniowego to mieszanka debaty o wybór metod w polityce i ujawniających się traum narodu mocno zranionego przez dzieje. Wszystko podlane największym grzechem wobec nauk muzy Clio, czyli prezentyzmem. Na początek anegdota. Na Wydziale Historii UW, gdzieś ze dwadzieścia lat temu i wcześniej, zbierała się grupa profesorów i debatowała, co można było zrobić w 1939 r., aby uniknąć katastrofy wrześniowej. Obserwatorzy podśmiewali się z ich debat, nazywając ich „klubem wygrywaczy kampanii wrześniowej“.
Spór o ocenę powstania styczniowego to mieszanka debaty o wybór metod w polityce i ujawniających się traum narodu mocno zranionego przez dzieje. Wszystko podlane największym grzechem wobec nauk muzy Clio, czyli prezentyzmem. Na początek anegdota. Na Wydziale Historii UW, gdzieś ze dwadzieścia lat temu i wcześniej, zbierała się grupa profesorów i debatowała, co można było zrobić w 1939 r., aby uniknąć katastrofy wrześniowej. Obserwatorzy podśmiewali się z ich debat, nazywając ich „klubem wygrywaczy kampanii wrześniowej“. Byli to profesorowie różnych specjalności - od historii starożytnej po najnowszą. Był jednak jeden łącznik: wszyscy, lub większość z nich, pamiętali wrzesień 1939 r. Czasem jako dzieci, czasem jako dorośli. Dla wszystkich była to trauma, którą musieli przedyskutować. Zresztą nie tylko starzy profesorowie rozważali warianty alternatywne. Autor tego tekstu spotkał raz fanatycznie przywiązanego do swojej wizji miłośnika historii, który upierał się, że był patent na militarne zwycięstwo. Bo skoro Wojsko Polskie miało 600 tankietek i 1200 działek Boforsa to trzeba było połowę z nich zamontować na owych tankietkach. Wtedy owe tankietki, jako pojazdy małe i zwrotne, znienacka podjeżdżałyby do niemieckich czołgów i je rozwalały. Groteska i absurd? Z pewnością tak. Często słyszymy w przypadku oceny zdarzeń przeszłych, szczególnie narodowych klęsk, zdania nacechowane pychą wobec decyzji naszych przodków i prezentyzmem, czyli przykładaniem całkowicie anachronicznych miar. Do końca jednak nie można ganić owych rozważań. Tchórzostwo gorsze niż nadgorliwość Trauma wielkich klęsk jest usprawiedliwieniem dla ludzi zastanawiających się nad tym, czy był możliwy inny bieg wypadków. Jest w tym też myśl o tym, która polityka jest bardziej skuteczna - aktywistyczna, dążąca do czynu i gwałtownych szybkich rozwiązań, czy też polityka ugody, drobnych kroków, stopniowego dążenia do celu. Tak wyglądała debata nad powstaniem styczniowym w II RP. Wtedy było to zupełnie zrozumiałe, bo dwie główne strony sporu tuż przed odzyskaniem niepodległości prowadziły dwie różne polityki. Admirator czynu powstańczego Józef Piłsudski dążył do zaostrzenia walki z caratem już w czasie rewolucji 1905 r., a potem próbował wywołać insurekcję w sierpniu 1914 r. Endecy zwalczali PPS-owskie bojówki w 1905 r., a potem woleli paktować, wpierw z Rosją, a potem z wielkimi mocarstwami. Obie drogi oznaczały w sumie jednakowe ryzyko, bo Piłsudskiemu nie udało się wywołać insurekcji, a w końcu wszedł w konflikt z mocarstwami centralnymi. Zaś endecy prowadząc politykę ugodową włazili od czasu do czasu w bagno lojalizmu, czy wręcz zdrady, tak jak wtedy, gdy w rosyjskiej Dumie Państwowej zagłosowali za odłączeniem Chełmszczyzny od Kongresówki. Tu zresztą, kiedy oceniamy czyjąś skuteczność, warto zawsze pamiętać, że żadna z tych dwóch metod nie jest tą złotą, która w każdym przypadku zagwarantuje skuteczność. Aktywizm może prowadzić do niepotrzebnych strat i zniszczenia tego, co funkcjonowało wcześniej. Polityka ugody i małych kroczków może zakończyć się równie strasznym grzechem zaniechania i nieskorzystania z dobrych okazji. Skądinąd dzieje innego zrywu - powstania listopadowego - to udowadniają. Walczyła wtedy regularna armia polska, wsparta solidnym zapleczem gospodarczym. Żaden historyk nie kwestionuje tego, że kunktatorstwo polskiego dowództwa zaprzepaściło możliwość zadania bolesnych strat wojskom rosyjskim. Dyskusja o powstaniu styczniowym także w PRL miała swój praktyczny wymiar. Wpisywała się w spór między tymi, którzy nie chcieli siedzieć z założonymi rękami, a tymi, co uważali, że nie wolno kopać się z koniem zwanym Jałtą. Tylko trzeba chronić to, co zostało; ewentualnie prowadzić działania „pozytywistyczne“. I jeśli w sporze między piłsudczykami a endekami racje były podzielone, to w przypadku oceny tej postawy mamy już jasną odpowiedź. Dziś wiemy, że mądrzej było jednak kopać się z koniem zwanym Jałtą. Dzisiejsze spory o powstanie to splot różnych przyczyn i intencji. Z jednej strony ekspresja osobistych poglądów, czy nawet fobii, jak w przypadku Kazimierza Kutza, który twierdzi, iż nie ma sensu czcić przegranych powstań. Warto tu zauważyć, że mówi tak człowiek, który swoimi filmami oddawał hołd uczestnikom trzech powstań śląskich - dwóch całkowicie przegranych, trzeciego, które zakończyło się połowicznym sukcesem. Widzimy też spór na uchwały upamiętniające między partiami. To jednak klasyczna sejmowa przepychanka o to, kto będzie pierwszy, oraz o to, żeby konkurencji popsuć „zabawę“. Jednak najbardziej irytujące w debacie są wypowiadane z pełnym przekonaniem, wręcz pychą, twierdzenia. Z jednej strony o całkowitym bezsensie powstania styczniowego - no bo „poszli nasi w bój bez broni“. Z drugiej - te akurat są rzadsze - o sukcesie powstania, które jak wiadomo zakończyło się militarną klęską. Najpierw się ucz, a potem potępiaj Brakuje spokoju i rozsądku w tej dyskusji. Zamienia się ona w wyważanie otwartych drzwi. Dosłownie, gdyż odbywa się ona w oderwaniu od tego, o czym dyskutowano wcześniej i w oderwaniu od tego, co napisano. Gdy słucha się jej uczestników można być niemal pewnym, że nie czytali oni pomnikowej monografii powstania prof. Stefana Kieniewicza. Ani znakomitego eseju Pawła Jasienicy „Dwie drogi“. A jest to - obok „Rozważań o wojnie domowej“ - chyba najdoskonalsze dzieło Lecha Beynara (jak naprawdę nazywał się Jasienica). Tak, esej, ale nadzwyczajnie dojrzały intelektualnie. Najbardziej pewne opinie wydają ci, którzy nie przeczytali też „Roku 1863“ Piłsudskiego, czy prac prof. Henryka Wereszyckiego. Ci wszyscy autorzy, bogaci swoją wiedzą, przedstawiają zniuansowany obraz. Żałują strat, ale też widzą, że kolizja była nieunikniona. Nie był to wynik rzekomego polskiego „liberum conspiro“, ale zderzenie brutalnej i durnej polityki caratu z coraz bardziej dynamicznym, modernizującym się społeczeństwem polskim. Taki bunt wybuchłby nie tylko w Polsce. Zdesperowani i rozwścieczeni ludzie najpierw protestują, a potem, gdy ktoś do nich strzela, chwytają za broń na całym świecie. Taka jest natura ludzka. Tak było w Kongresówce, bo powstanie poprzedziła kilkuletnia walka cywilna. Walka o minimum autonomii, czyli czegoś, co - de facto - nie było rzeczą do zaakceptowania dla caratu. Ci autorzy widzą też pozytywy wstrząsu, które powstanie przyniosło narodowi polskiemu. A są one niebagatelne. Zresztą, czy można zawsze potępiać tych, co „poszli w bój bez broni“? Robotnicy w Poznaniu w 1956, Trójmieście 1970, wreszcie cały ruch „Solidarności“ to był pójście w „bój bez broni“. Nikt nie potępia tych wybuchów. Dlaczego? Bo dobrze znamy okoliczności ich wybuchu. W przypadku powstania styczniowego dobrze też jest je poznać, aby móc potem wyrokować.   Piotr Gursztyn

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP