Polska piłka nożna: utytłana w błocie i obita na klepisku na Polaków wciąż działa niczym kokaina
Polska piłka ligowa co sezon udowadnia, że może być jeszcze gorzej. A my ją i tak bez wzajemności kochamy. Co zrobić, by do gamy futbolowych uczuć dołączyła też duma?
Polska piłka ligowa co sezon udowadnia, że może być jeszcze gorzej. A my ją i tak bez wzajemności kochamy. Co zrobić, by do gamy futbolowych uczuć dołączyła też duma?Zacznijmy z grubej rury, od klasyka. Bill Shankly, legendarny trener FC Liverpool: „Niektórzy przekonują, że futbol to sprawa życia i śmierci. Nic bardziej mylnego. Piłka nożna to coś znacznie poważniejszego”. Na dobrą sprawę, patrząc na wyniki naszych kopaczy nie tylko na międzynarodowym, ale i krajowym podwórku, powinniśmy dawno uznać Shankly’ego za pomyleńca i dać sobie z kopaną spokój. Tym bardziej, że wyniki polskich ligowych drużyn pokazują, że to nie tylko w piłkarzach znad Wisły tkwi problem. Tak właściwie, to problem w polskiej piłce nie tkwi. Nie ma raka, który ją toczy. Bo cała piłka biało-czerwona to obraz nędzy i rozpaczy, gdzie jedynie co jakiś czas można się natknąć na zdrowe tkanki. - Ot, produkt czekoladopodobny – drwił ostatnio jeden z publicystów na łamach „Rzeczpospolitej” i tak uchodząc za optymistę, bo przecież dojrzał w naszym futbolu cukier, podczas gdy wielu czuje tam tylko gorzki smak rozczarowania. A jednak co tydzień w sezonie rytuał powtarza się: psioczymy, wyśmiewamy, ale karne 100 tys. ludzi maszeruje na stadiony, by z trybun oglądać polską kopaninę. Kolejne kilkaset tysięcy ślęczy przed telewizorami, oglądając zmagania ukochanych klubów, dziennikarze z wypiekami na twarzy zaczerniają papier i serwisy internetowe. A więc - choć utytłana w błocie i obita na klepisku, piłka na Polaków wciąż działa niczym kokaina. Co zrobić, co zmienić, by choć czasem zamiast kaca po meczu była euforia? Jak uzdrowić polską piłkę ligową?  System error Spece od lat powtarzają to samo: trzeba zmienić lekarza. Bo ten obecny bierze koperty pod stołem, stosuje przestarzałe terapie, a do tego sam jest chory. Mowa oczywiście o działaczach piłkarskich, dla których piłka to sprawa ważniejsza niźli życie – dla nich piłka to pieniądz. Dlatego z teorii są świetni – zakładają, że piłka nożna to nie misja a przede wszystkim biznes. Po latach dokładania do interesu nauczył się od nich tego nawet największy piłkarski marzyciel nad Wisłą czyli Bogusław Cupiał, prezes Wisły Kraków. W ostatnich latach Cupiał, przyciśnięty do muru gorszą koniunkturą w biznesie, dramatycznie obciął budżet klubu. I co? I okazało się, że gra on równie słabo co w czasach, gdy w Wiśle płacono najlepiej na lokalnym rynku. Jednak wciąż wielu podobnych Cupiałowi piłkarskich właścicieli zakłada, że w rok, no góra w dwa, przebije się z drużyną do Ligi Mistrzów. Wystarczy wpompować w drużynę z 50 mln zł, kupić kilku grajków zza granicy i już szykować się do pojedynków w fazie grupowej z FC Barceloną. A jednak raz po raz okazuje się, że i taki system nie działa. Burdy w operze Dlaczego pieniądze w futbolu to nie wszystko? Dobrze mówi o tym Dariusz Mioduski, była prawa ręka Jana Kulczyka, od niedawna właściciel Legii Warszawa. - Na szybko nic się nie da zrobić. Inwestowanie w piłkę to proces długofalowy, to konsekwentny rozwój całej struktury biznesowej. Traktuję klub jak biznes o tyle, że nie zamierzam do niego dokładać. Ma się sam finansować i z roku na rok mieć coraz wyższy budżet. Ma rosnąć do góry w zrównoważony, przewidywalny sposób. Jak Bayern Monachium, który swoją potęgę budował nie przez lata a dekady – uważa właściciel 80 proc. akcji Legii. Ktoś powie, że od strony biznesowej coś drgnęło – mamy przecież choćby kilka wspaniałych stadionów, które powstały przy okazji Euro 2012. I owszem, areny imponują – tyle, że na meczach ligowych zapełniane są w średnio około 50 proc. W sumie to nie dziwota: kto chciałby iść do pięknej opery posłuchać ryków pijanych amatorów i jeszcze obejrzeć ich bójkę z częścią widowni? Piwko z Messim Koniec końców, marudzenie nad wyraz widocznymi niedociągnięciami futbolu spod flagi biało-czerwonej sprowadza się do konstatacji, że mogą być najlepsze stadiony, najlepsi działacze, ale kopaczy to najlepszych nie znajdziemy. Wszyscy na krajowym podwórku czekoladopodobni, ci czekoladowi wyjechali dawno na Zachód. Zgoda, jednak pamiętajmy, że grupie 16-19 latków mamy wielu dobrze rokujących grajków. Gdy ledwie zabłysną, w mediach pojawiają się hurraoptymistyczne teksty wpasowujące młodych kopaczy do najlepszych niemieckich i hiszpańskich klubów. Mija rok, dwa i medialne, rozpieszczone gwiazdy zamiast grać w Monachium, co najwyżej popijają piwo z Bawarii. Optymista skontruje w takiej chwili: kluby nie dają rady, ale idzie nowe. Np. szkółka Barcelony w Warszawie - ta da nowy impuls. Tyle, że szkółkę prowadzi prywatna, obrotna firma znad Wisły, licencjonująca znak słowno-graficzny od katalońskiej potęgi. A jej szarą eminencją jest… działacz sportowy, który niedawno w atmosferze skandalu stracił stanowisko w stołecznym ratuszu. I w sprawie przyszłego polskiego Messiego chyba wszystko jasne. Witold Skrzat fot. Legia i Pogoń Szczecin, wiki

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP