Melina story
W ramach zachwycania się polską prowincją byłem ostatnio w pewnej małej miejscowości. Bardzo mi się tam podobało, ale jedna rzecz niebywale mnie zaskoczyła. Otóż nie było tam sklepu nocnego. Skłoniło mnie to do rozważań, czy funkcjonuje tam jakaś melina. A to z kolei przywołało wspomnienia.

Otóż w bloku, w którym spędziłem dzieciństwo i wiek pacholęcy, istniała tak zwana meta. Czyli – wyjaśniając młodzieży – miejsce, w którym można było nielegalnie nabyć alkohol. Meliny istniały dlatego, że nie istniały sklepy nocne. Ale też dlatego, że sprzedaż napojów wyskokowych była w smętnych latach 80. reglamentowana. Mówiąc prościej – wódka była na kartki. Kto zużył swój przydział, nie pił. Chyba że odwiedził melinę.

Była jeszcze jedna opcja ratunkowa – Pewex. Czyli sklep, w którym kupowało się nie za złotówki, które były nic nie warte, lecz za wraże, kapitalistyczne dolary. Ewentualnie bony, które były – jakże u licha wyjaśnić ten absurd? – takimi PRL-owskimi niby-dolarami. W Peweksach kartki nie obowiązywały, toteż przed świętami albo szczególnie popularnym imieninami sklepy dewizowe wypełniały się ludźmi spragnionymi Żytniej lub Wyborowej.

Ale Peweksy były w dużych miastach. W Otwocku, jak już się karkowe wypiło, a dalej suszyło, trzeba było iść na metę. Jedną z nich prowadziła nasza sąsiadka. Broń Boże, nie była jakąś żulicą. Przeciwnie. Byłą wdową na rencie, która wychowywała samotnie córkę, ciężko pracowała i dorabiałam sprzedając potrzebującym wódkę (inny alkohol w tych czasach nie był zbyt popularny, jakoś nie wyobrażam sobie, by ktoś na melinie poszukiwał merlota). Była więc de facto przedsiębiorcą, który korzystał z pokaźnej niszy na rynku.

Ta zaradna kobieta – nazwijmy ją panią Haliną – znalazła się po pewnym czasie na celowniku Milicji Obywatelskiej. Na wszelki wypadek nie przechowywała więc towaru w swoim mieszkaniu. Była bardzo zaprzyjaźniona z moim dziadkiem. Przez lata budziły mnie ich poranne kawy i omawianie wydarzeń politycznych. Dziadek opowiadał, co mówiła Wolna Europa, a pani Halina relacjonowała, co się działo na osiedlu. Znała bowiem wszystkich i wiedziała wszystko.

A że mieszkała pół piętra pod nami, lokalizacja tajnego składziku z trunkiem narzucała się sama. Jako że dzieci są wścibskie, dość szybko odkryłem, że za wersalką dziadka pręży się zazwyczaj z tuzin butelek Żytniej albo Bałtyku. Dziadek za kołnierz nie wylewał, ale na pewno nie w takich ilościach. Dość szybko skojarzyłem fakty i nie dziwiły mnie nocne wizyty pani Haliny, która wpadała na chwilę do pokoju dziadka, a potem szybko z niego wychodziła czymś objuczona.

Proceder – używając żargonu programów zwalczających spekulację – trwał latami. System był bardzo prosty i skuteczny. W razie zagrożenia sąsiadka była czysta, a że magazyn znajdował się tuż pod ręką, spragniony klient w potrzebie nie musiał długo czekać. W razie nieobecności dziadka ja wpuszczałem panią Halinę, więc miałem swój drobny wkład w prowadzenie meliny. Działała ona prężnie od jakiegoś 1983 roku – przynajmniej wtedy odkryłem jej istnienie – a wykończył ją ostatecznie dopiero Leszek Balcerowicz. Karki zniesiono, pojawiły się sklepy nocne, meliny wymarły jak dinozaury.

Jakiś czas temu, podczas rodzinnego zgromadzenia, wspomniałem z sentymentem metę pani Haliny. Opowiedziałem o alkoholowej sztamie, jaką mieli sąsiadka i dziadek. I nagle zauważyłem, że moja rodzona matka otwiera usta ze zdumienia. – Halina trzymała u nas wódkę? – spytała z niedowierzaniem. – I handlowała alkoholem?! A ja przez lata wykłócałam się z ludźmi, którzy twierdzili, że u niej jest melina! Przysięgałam, że to bzdury!

To zdumiewające, jak bardzo jesteśmy ślepi na to, co mamy pod samym nosem.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP