Mam na imię Anna
Jestem przekonany, że wszystko nam się wspólnie uda – sala przyjęła jego słowa wybuchem entuzjazmu.

Między słowami

Co roku, w okolicy świąt, gdzieś pomiędzy newsami dotyczącymi matek, dzieci, rządu i najtańszego karpia w mieście, pojawia się wzmianka dotycząca tych, którzy informacje przekazują. 65 zabitych. 54 uprowadzonych. 326 aresztowanych. Raport Reporterów bez Granic Anno Domini 2017 podaje, że nie jest tak źle. Mniej mordują, więcej porywają. Co kraj, to obyczaj. Bombowa Malta. Szalony duński naukowiec. Chińskie wysublimowanie bazujące na haśle: ,,Po co zabijać, więzienie go wykończy”. ISIS też dorzuca swoje trzy grosze, a raczej się o nie ubiega – porywanie ludzi z branży medialnej to bardzo lukratywny interes. Trochę mówi się w tym roku o Turcji. O Rosji raczej cicho. A to właśnie tam 15 grudnia obchodzony jest Dzień Pamięci Dziennikarzy Zabitych w Czasie Wypełniania Obowiązków.

MY – WY – ona

Byłam przerażona, kiedy mały chłopczyk czeczeński, któremu zabili ojca, nie pozwalał krewnym słuchać piosenek śpiewanych po rosyjsku. Przeżyłam wtedy szok. Zrozumiałam, że to już koniec. Struny są już przecięte. Już niczego nie zdołam mu wyjaśnić. Ten chłopiec dorośnie (…) Wtedy ogarnęła mnie złość. Może też na siebie, że źle pracuję, że nie umiem tego zastopować – w dokumencie ,,Anna. 7 lat na froncie” mówi kobieta o sarnich oczach. Znajomi dziennikarki Anny Politkowskiej – tytułowej bohaterki – w kolejnych scenach filmu wspominają, że jej odejście było dla nich jak grom z jasnego nieba. Śmierć czaiła się na nią już tyle razy, a jej zawsze udawało się uciec.

Mała Ania Mazepa jako córka przedstawiciela ZSRR przy ONZ wyrosła pod parasolem nomenklatury ówczesnego systemu. W 1980 roku została absolwentką dziennikarstwa na Uniwersytecie Moskiewskim. Później przyszło małżeństwo. Przyjmując nazwisko Politkowska była na początku po prostu żoną swojego męża – znajdującego się na Olimpie antysystemowego dziennikarstwa początku lat 90. Aż do momentu, kiedy w jej życiu pojawiła się Czeczenia. A z nią przyszła ,,Nowaja Gazieta”.

Anna – to imię zaczęło elektryzować przeróżne środowiska. Matki wysłanych na front żołnierzy, rosyjskich chłopców wciskanych w mundury, wystraszonych Czeczenów, głównych sprawców wycieczek rosyjskich czołgów do Dżochar-Gala (albo, jak kto woli, Groznego)... Politkowska była w swoich artykułach wybitnie subiektywna – obchodził ją tylko Człowiek.

Nord-Ost (północny wschód)

Nowy Jork, już po wietrze zmian w Europie. W jednym z teatrów grają Les Misérables. Wśród zasiadających na widowni znajduje się niejaki Gieorgij Wasiliew. Mężczyzna ogląda sztukę i stawia sobie za cel przenieść Nędzników do wymęczonej Rosji. Rosji ze zdezorientowanym wzrokiem, która pomału zaczyna wstawać z kolan. Plany spełzają jednak na niczym. Broadwayu w Moskwie nie będzie, powstaje za to Nord-Ost.

Przysięgamy Allahowi, że pragniemy śmierci bardziej, niż wy pragniecie życia – mówi Mowsar Barajew, przywódca czeczeńskich terrorystów.

Nord-Ost był rodzajem protestu przeciwko szarganiu naszej historii, przeciwko utracie wiary we własne siły, przeciwko temu wszechogarniającemu, przygnębiającemu, ohydnemu czemuś w mass mediach. Nord-Ost to przeciwieństwo. To romantyczna historia dotycząca rodziny. […] To opowieść, która pozwala nam spojrzeć na naszą historię nie jako historię walk klasowych, wojen i represji, ale historię ludzi i ich osiągnięć – mówił Vasiliyev.

322 razy spektakl odbył się tak, jak wymarzył to sobie jego twórca. Później wtrąciła się sama historia. Wzięła do ręki scenariusz i przekreśliła słowo musical. Zamiast niego pojawił się dramat rozpisany na 3 dni z aktami rozpaczy, przemocy i miłosierdzia. Powstała tragedia z wojną i represjami w tle – z tym, o czym Gieorgij Wasiliew tak bardzo chciał zapomnieć. Misternie skonstruowany świat musicalu zawalił się w momencie ataku na teatr na Dubrowce.

Przysięgamy Allahowi, że pragniemy śmierci bardziej, niż wy pragniecie życia mówi Mowsar Barajew, przywódca czeczeńskich terrorystów. Filmik, w którym się pojawia, zostaje nagrany przed wniesieniem 120 kg materiałów wybuchowych na widownię moskiewskiego teatru.

Nagle jeden z zamaskowanych strzela w sufit, słychać okrzyk: „Wojna przyszła do Moskwy!".

23.10.2002.. W czasie II aktu Nord-Ost na scenę wbiega grupa uzbrojonych mężczyzn. Oglądający spektakl myślą początkowo, że to część przedstawienia. Nagle jeden z zamaskowanych strzela w sufit, słychać okrzyk: „Wojna przyszła do Moskwy!” Po chwili około 850 – 900 widzów zostaje wziętych za zakładników (dane podają różne liczby; niektórym udaje się uciec). Wśród nich rozlokowane zostają czarne wdowy – kobiety w burkach, które na froncie straciły swoich bliskich, mające na sobie ładunki wybuchowe. Przesłanie Czeczenów do Federacji Rosyjskiej jest proste: wycofajcie wszystkie swoje wojska z naszej ziemi. Na spełnienie warunku zostaje dany tydzień, w przeciwnym wypadku na Dubrowce poleje się krew. Wypuszczone zostają najmłodsze dzieci, muzułmanie, kobiety w ciąży i część obcokrajowców. W teatrze zaczyna robić się duszno, czas ucieka. Rozpoczynają się negocjacje. Czeczeni chcą rozmawiać z Politkowską. Dziennikarka w ekspresowym tempie przylatuje ze Stanów. Wysłuchuje żądań przybyszów. Udaje jej się wynegocjować dostarczenie zakładnikom czegoś do picia. Znajdujące się w pobliżu rosyjskie służby nie są na to przygotowane. Politkowska robi więc zrzutkę wśród reporterów i strażaków, woda i soki zostają wniesione. Terroryści chcą, żeby na Placu Czerwonym odbyła się antywojenna demonstracja zorganizowana przez rodziny przetrzymywanych. Około 200 osób pojawia się w centrum Moskwy. Manifestacja zostają jednak szybko zablokowani – wg milicji na protest nie wydano odpowiedniego zezwolenia. O tym incydencie nigdzie nie słychać, media nabierają wody w usta.

Chwilę później członkowie jednostek specjalnych po kolei likwidują Czeczenów. W tym momencie zaczyna się bodajże najtragiczniejszy akt dramatu na Dubrowce.

PRZYCZYNA ŚMIERCI: TERRORYZM

W czasie gdy na Dubrowce rozlegają się miarowe kroki terrorystów, w znajdującym się kilka kilometrów dalej teatrze przeprowadzana jest próba szturmu. Rosyjskie służby specjalne nie chcą czekać. Decydują się na akcję odbicia zakładników. Do otworów wentylacyjnych wprowadzony zostaje gaz – pochodna fentanylu, środek przeciwbólowy mocniejszy od morfiny. Prawie wszyscy w środku zasypiają. Chwilę później członkowie jednostek specjalnych po kolei likwidują Czeczenów. W tym momencie zaczyna się bodajże najtragiczniejszy akt dramatu na Dubrowce. O ile samo wkroczenie do teatru i pozbycie się terrorystów przez ekspertów oceniane są jako majstersztyk, o tyle to, co nastąpiło później, stanowi jedną z najczarniejszych kart w historii nowej Rosji.

Ceną za nieskoordynowaną akcję ratunkową i zaniedbania ze strony rządu była śmierć aż 129 osób. W teatrze rozpylono duże ilości gazu, który powoli zaczął zabijać. W nieruchomych ciałach rosło stężenie dwutlenku węgla. Ludzie powoli umierali. Zgon przypominał ten w przypadku przedawkowaniu heroiny. Komandosi mieli przy sobie antidotum – ale jego ilość była zdecydowanie zbyt mała. Nie każdy potrafił je też zaaplikować. Przeciętny zakładnik był więc wywlekany na zewnątrz i zostawiany na śniegu albo wpychany do autobusu miejskiego. Jeśli nie umarł leżąc i dusząc się własnym językiem albo wymiocinami, próbowano przewieźć go do szpitala. Rosyjskie służby nie pomyślały jednak wcześniej, że widzów Nord-Ost trzeba będzie gdziekolwiek zawozić. Pod teatrem nie było karetek. Szybko sprowadzano więc autobusy miejskie, których kierowcy mieli problem ze znalezieniem drogi – jazda mogła trwać nawet kilka godzin. W szpitalu rozgrywał się kolejny dramat. Lekarze nie mieli pojęcia, jakie leki podawać

. Rząd bowiem nie chciał zdradzić, co dokładnie rozpylono. Do zdezorientowanych medyków w końcu dotarła informacja, żeby użyć naloksonu. W aktach zgonu w rubryce „przyczyna śmierci” najczęściej wpisywano: „terroryzm”.

1

Rozgoryczeni bliscy ofiar domagali się zadośćuczynienia. Wszczęto śledztwo, którego wyniki zgromadzone przez zespół prokuratora miejskiego Jurija Sinielszczykowa odpowiednio zmodyfikowano. Miały pokrywać się ze stwierdzeniami FSB i prokuratora generalnego. Na niekorzyść skarżących działał mały szczegół: zbliżały się wybory parlamentarne i sprawę jak najszybciej chciano zamieść pod dywan. Głównym adwokatem rodzin w żałobie została Politkowska. Wyraźnie stwierdziła, że w tym, żeby w centrum Moskwy znalazło się 40 terrorystów z pełnym ekwipunkiem służącym do zabijania,, palce musiały maczać rosyjskie służby specjalne. Albo przynajmniej przymykały oczy, kiedy było to konieczne. Jej teoria spotkała się z krytyką, także ze strony niezależnych, zagranicznych dziennikarzy.

Mozaika z papieru i krwi

Słowa w rosyjskiej prasie od zawsze przybierały czerwone zabarwienie. O ile jednak w ZSRR cenzura mogła swobodnie posługiwać się niewidzialnym pędzlem, który skutecznie zamalowywał wszystkie inne kolory, o tyle nowa Rosja częściej wykorzystuje narzędzia większego kalibru. W ten sposób słowa niezależnych dziennikarzy nie są już przesiąknięte wyłącznie krwią Czeczenów. Papier nierozerwalnie łączy się z ofiarą samych autorów artykułów. Od czasów Jelcyna, w układanej przez bezimiennych, nietykalnych sprawców mozaice z papieru i krwi, znajduje się 165 nazwisk. Jedno z centralnych miejsc w tej tragicznej układance zajmuje Anna Politkowska.

Reportaże dziennikarki trafiały do ograniczonej liczby odbiorców, ale często odbijały się szerokim echem. Dochodziło do sytuacji, w których władza nie mogła nie reagować – wszczynano śledztwa przeciwko skompromitowanym urzędnikom. Politkowska miała wielu wrogów. Raz próbowano nie dopuścić do jej pojawienia się w okupowanej przez terrorystów szkole w Biesłanie. Do herbaty podanej w samolocie ktoś dosypał truciznę. Dziennikarka szła jednak dalej w zaparte. Wątpliwości pojawiły się po kilku latach, kiedy dowiedziała się, że zostanie babcią. Postanowiła przystopować. Tamtego dnia szukała wanienki dla przyszłego wnuka. Po wyjściu z windy, przed drzwiami swojego mieszkania, została zastrzelona przez nieznanego mężczyznę.

W procesie dotyczącym zabójstwa Politkowskiej za winnych uznano 6 Czeczenów. Ich mocodawców nie znaleziono. Zbrodnia miała miejsce w rocznicę urodzin Władimira Putina i to właśnie pod jego adresem zaczęły padać główne oskarżenia. Pojawiły się też głosy, że reporterka stała się ofiarą całopalną złożoną przez zaprzyjaźnionych z prezydentem oligarchów albo Czeczenów, którzy chcieli zrobić mu prezent urodzinowy. Amerykański dziennikarz Steve LeVine w książce Labirynt Putina krytykuje głosy oskarżające prezydenta o bezpośrednie działanie, ale jednocześnie wskazuje: Putin jest winien, bo jak w przypadku zamachu Nord-Ost [...] stworzył klimat bezkarności, w którym ktoś zdecydował, że Anna może umrzeć. Rządy Putina chronią tych, którzy są wewnątrz systemu albo go akceptują. Pozostali nie mogą oczekiwać podobnej ochrony. To stosuje się do świata biznesu, polityki i dziennikarstwa.

Niezależne Centrum Analiz Socjologicznych im. Lewady tuż po śmierci Politkowskiej przeprowadziło sondaż. Okazało się, że ponad połowa respondentów nigdy wcześniej nie słyszała o reporterce (pomimo uznania, którym cieszyła się za granicą). Dopiero po jej śmierci niezależne dziennikarstwo rosyjskie przybrało jej twarz. I imię Anna.

СЧАСТЛИВЫЙ НОВЫЙ ГОД! (Szczęśliwego Nowego Roku!)

Niżny Nowogród. Gorkowska Fabryka Samochodów (GAZ). Scena, a na niej obecny prezydent Rosji i grupa pracowników. GAZ za Vas! – skandują. Jeden z produkujących czarne Wołgi zwraca się do Putina. Pyta, czy będzie startował w kolejnych wyborach. Władimir uważnie słucha. Kiedy trzeba, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Energicznie przykłada do ust mikrofon. Potwierdza. Jestem przekonany, że wszystko nam się wspólnie uda dodaje.

Sala przyjęła jego słowa wybuchem entuzjazmu – zrecenzowano w jednej z notatek prasowych.

Wybory odbyły się 18 marca. W czwartą rocznicę aneksji Krymu.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP