Linia życia
Gdy we wrześniu 2018 roku Szymon Jadczak przygotował reportaż o gangsterach rządzą-cych Wisłą Kraków, nic nie wskazywało na to, że w najbliższych miesiącach jakikolwiek poważny biznes będzie chciał mieć coś wspólnego z tym klubem.

Od dawna wiadomo, że jednym z największych problemów polskiej piłki są tzw. „kibole” – przypominający o sobie co jakiś czas awanturnicy, którzy na stadionach pojawiają się nie dla sportowych emocji, ale w poszukiwaniu okazji do łamania prawa. Mimo tej świadomości, skala wpływu przestępców na jeden z największych polskich klubów – Wisłę Kraków, pokazana 15 września w reportażu Szymona Jadczaka, zatrwożyła nawet tych, którzy sytuację w Wiśle oceniali najbardziej pesymistycznie. Czarno na białym zostało pokazane, że krakowskim klubem rządzą gangsterzy.

Inwestorzy z kabaretu

Na początku lipca ubiegłego roku rada miasta Kraków wypowiedziała Wiśle umowę dzierżawy stadionu. Niemającą pieniędzy na spłatę długów „Białą Gwiazdę” musiała wtedy ratować Ekstraklasa. Konto klubowe próbowano podreperować różnorakimi zbiórkami, ale nijak nie mogło to zmienić kierunku, w którym podążał klub. Może i Wisła grała na własnym stadionie, ale wciąż nieuchronnie zbliżała się do bankructwa. Momentem krytycznym miała być przerwa między rundą jesienną i wiosenną. Piłkarze mogli rozwiązać kontrakty z winy klubu, a ten nie miał nawet grosza, by spłacić wierzycieli. Stało się pewne, że bez sprzedaży Wisły bogatemu inwestorowi, klubu nie da się uratować.

Największa farsa w historii polskiej piłki dopiero miała się zacząć

W mediach pojawiały się spekulacje o potencjalnych nowych właścicielach. Raz pisało się o grupie biznesmenów z Krakowa, innym razem inwestor miał działać indywidualnie i pochodzić z innego miasta.

19 grudnia, po kilku dniach nasilenia się coraz dziwniejszych plotek, gruchnęła informacja – Wisła Kraków została sprzedana. Sto procent akcji „Białej Gwiazdy” miało trafić do luksembursko-brytyjskiego konsorcjum funduszy inwestycyjnych. W mętnym oświadczeniu władze klubu informowały, że „szczegóły umowy są objęte ścisłą klauzulą poufności” i nie podawały jakichkolwiek danych nowych właścicieli. Największa farsa w historii polskiej piłki dopiero miała się zacząć.

Następne dni odkrywały kolejne fragmenty tajemniczego przejęcia. Wisłę mieli kupić: członek kambodżańskiej rodziny królewskiej Vanna Ly, szwedzki biznesmen Matts Hartling i bliżej nieznany polski agent piłkarski Adam Pietrowski. W mediach błyszczał ten trzeci. Opowiadał, że zna najważniejsze osoby polskiej piłki (wskazywani szybko dementowali te słowa), partycypował w kilku głośnych transferach (co również okazało się nieprawdą), a jego bogaci przyjaciele wpompują w klub sto milionów złotych. Jeszcze piękniej ściemniał o głównym inwestorze, nazwanym później przez prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego „panem skośnookim”. Ów Pan miał bowiem według Pietrowskiego znać osobiście Papieża Jana Pawła II. Sam Vanna Ly, po pojawieniu się w Krakowie, dotrzymywał mu zresztą kroku. Najpierw zakrywał się w urzędzie miasta parasolem (tłumacząc to światłowstrętem), a potem na stadionie wspominał o gigantycznych akademiach piłkarskich, których jest właścicielem, i akcjach, jakie ma w wielu czołowych klubach. Wszyscy zdrowo myślący mieli uzasadnione wątpliwości co do wiarygodności trójki szalonych „inwestorów”, ale zarządzające klubem Towarzystwo Sportowe Wisła zdawało się nic sobie z tego nie robić i cierpliwie czekało na 12-milionowy przelew na spłatę długów, który Ly, Hartling i Pietrowski obiecali przy podpisywaniu umowy sprzedaży klubu.

Pieniądze oczywiście nie wpłynęły. Wisła, przynajmniej w teorii zarządzana przez kilka dni przez „Gang Olsena” (tak trzech feralnych inwestorów nazwali szybko internauci), wydawała coraz bardziej absurdalne oświadczenia: „NCP [firma reprezentowana przez Hartlinga – przyp. red.], Pan Adam Pietrowski oraz Wisła Kraków SA zostali poinformowani, że Pan Vanna Ly – dyrektor Alelega Luxembourg – poważnie zachorował w piątek 28 grudnia podczas lotu przez Atlantyk. Dlatego też nikt nie był w stanie się z nim skontaktować. Wyżej wymienione podmioty robią wszystko, co możliwe, aby zgonie z planem pozytywnie zakończyć proces nabycia klubu. Tymczasem nasze myśli są z Panem Ly i jego rodziną” – tak brzmiało to najbardziej kompromitujące.

Później pisano jeszcze o tym, że kambodżański biznesmen miał zawał, a jego żona przekonywała w mailach, że wywołał on upośledzenia ośrodka mowy uniemożliwiające Ly rozmowę z kontrahentami. Inwestor miał też zgubić telefon w drodze do banku.

W międzyczasie Marzena Sarapata i Damian Dukat, zarządzający klubem, wypłacili sobie ostatnie premie (z pieniędzy z dnia meczowego), złożyli wypowiedzenia i zniknęli. Klub został bez władz i pieniędzy. Wkrótce miał stracić zawodników, licencję i marzenia o happy endzie.

Akcja ratunkowa

„Witam @WislaKrakowSA i @Wislocki_R jeśli potrzebujecie pomocy prawnej w tym trudnym momencie to mogę sprobowac wam pomoc…” [pisownia oryginalna] – napisał 3 stycznia 2019 roku na Twitterze Bogusław Leśnodorski, prawnik, były prezes i współwłaściciel Legii Warszawa, adresując wiadomość do nowego, tymczasowego prezesa krakowskiego klubu, wcześniej dyrektora akademii – Rafała Wisłockiego. Jak uznał potem Krzysztof Stanowski, opisujący całą „akcję ratunkową” na Weszło.com, był to dla losów „Białej Gwiazdy” moment przełomowy.

Leśnodorski kontaktuje się z Kubą Błaszczykowskim. 105-krotny reprezentant Polski deklaruje, że może grać w Wiśle za darmo

Od tego momentu Leśnodorski, kojarzony wcześniej z klubem będącym wielkim rywalem Wisły, nadzorował cały proces wyprowadzania klubu na prostą. Czegoś takiego w polskim futbolu jeszcze nie było.

W szalonym okresie na przełomie 2018 i 2019 roku nastąpiła prawdziwa karuzela zdarzeń i przypadków, które finalnie, cudem, wyprowadziły Wisłę na prostą:

Komisja ligi zawiesza klubowi licencję, bo nie wie, kto jest jego właścicielem. Stanowski najpierw kontaktuje Wisłockiego z Leśnodorskim. Później umawia tego drugiego z Łukaszem Wachowskim z PZPN, który akurat jest w Zakopanem (tam spędza urlop też były prezes Legii). Do Wisłockiego zgłasza się dawny kolega Jarosław Królewski – właściciel zajmującej się sztuczną inteligencją, dynamicznie rozwijającej się firmy Synrise. To on w dalszej części całej akcji ciągnął za sznurki w kluczowych aspektach finansowych. Leśnodorski kontaktuje się z Kubą Błaszczykowskim. 105-krotny reprezentant Polski deklaruje, że może grać w Wiśle za darmo. Już niedługo okaże się, że do występów w „Białej Gwieździe” będzie musiał nawet trochę dopłacić…

12 stycznia, w programie „Stan Futbolu” na antenie TVP i Weszło.com, Jarosław Królewski informuje, że wraz z Jakubem Błaszczykowskim i jeszcze jednym inwestorem pożyczy Wiśle 4 miliony złotych na pokrycie bieżących kosztów. Tym trzecim okazuje się być Tomasz Jażdżyński, który w procesie ratowania Wisły uczestniczył już wcześniej. Królewski błyszczy w kolejnych wywiadach, pomaga we wprowadzeniu części akcji klubu do otwartej sprzedaży (kolejne cztery miliony złotych w 24 godziny), rozkręca akcję sprzedaży karnetów. Stanowski rzuca pomysł stworzenia specjalnej koszulki symbolizującej walkę Wisły o przetrwanie. Zwycięski projekt „Linia Życia” sprzedaje się w takim tempie, że pada klubowa strona internetowa. Gdy dodamy do tego dodatkowe zbiórki organizowane przez kibicowskie stowarzyszenie Socios Wisła, jasne staje się, że 12 milionów, których potrzebowała „Biała Gwiazda” by przetrwać, trafiło na konto klubowe w trakcie kilku tygodni.

W poniedziałek, 11 lutego, piłkarze Wisły Kraków po raz kolejny wybiegli na ekstraklasowe boisko. Lukę po kilku graczach, którzy odeszli, nie mogąc już dłużej czekać na pensję, zajęli w kadrze m.in. Sławomir Peszko czy Jakub Błaszczykowski. W kontrakcie tego drugiego widnieje najniższa pensja, jaką legalnie można było zaproponować piłkarzowi na tym poziomie – 500 złotych. Całość reprezentant Polski przekazuje na bilety na mecze Wisły dla kibiców z domów dziecka.

– Kilkanaście dni temu mieliśmy klub bez licencji, prawdopodobnie bez piłkarzy i bez nadziei – mówił na konferencji przed spotkaniem Jarosław Królewski. Jego zaangażowanie w połączeniu z pasją i współpracą prawdziwych kibiców pokazało, że możliwe jest wyjście z najpoważniejszych kryzysów. Jeśli gdzieś na świecie jest miejsce na cuda, to właśnie tam, gdzie pojawia się miłość do sportu.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP