Liga Mistrzów w lataniu na miotle
16 drużyn z całej Europy, ponad 300 zawodników, kilkudziesięcioosobowa ekipa techniczna i setki krzesełek czekających na zaciekawionych kibiców – to nie zapowiedź międzynarodowego lekkoatletycznego mityngu czy finału kluczowych piłkarskich zmagań, a wielkiego turnieju… quidditcha. Dyscyplina, którą większość kojarzy z sagą o Harrym Potterze i lataniem na czarodziejskich miotłach, w prawdziwym świecie znalazła już tysiące entuzjastów. W kwietniu najlepsi z nich zmierzą się w Warszawie.

Gdy Joanne Kathleen Rowling tworząc hitową serię powieści o Harrym Potterze, zabierała się do opisania głównej sportowej dyscypliny przewijającej się w książce – czarodziejskich zmagań w quidditcha – bynajmniej nie ograniczała swojej fantazji. Jest latanie na miotłach, wiszące w powietrzu poręcze pełniące rolę bramek, skomplikowany podział na role w drużynie i zasada, że mecz kończy się dopiero, gdy zawodnicy złapią pędzący, ledwo zauważalny złoty znicz. Gdyby brytyjska pisarka wiedziała, że kiedyś ktoś spróbuje odtworzyć jej grę w prawdziwym świecie, być może w porę powiedziałaby sobie dość i powstrzymała jeden z kolejnych szalonych pomysłów dotyczących tej rozgrywki. Ostatecznie poszła na całość, a późniejszych twórców tzw. „mugolskiego quiddicha”… zupełnie to nie zniechęciło.

Odtworzyć czary

„Mugolski quidditch”, czyli dostosowana do ludzkich ograniczeń wersja książkowej rywalizacji, powstał w 2005 roku w Stanach Zjednoczonych. Studenci Alex Benepe i Xander Manshel zdołali przełożyć zasady pochodzące z fantastyki Rowling na zbiór reguł, który będą mogły odtworzyć drużyny wyzbyte wszystkich magicznych przymiotów, a jednocześnie wciąż mocno nawiązujących do pierwowzoru. – Jest kilka znaczących różnic. I nie chodzi tu tylko o to, że nie latamy – śmieje się Katarzyna Skibińska, reprezentująca jedną z ośmiu polskich ekip uprawiających tę szaloną dyscyplinę – Warsaw Mermaids.

1

Rozgrywka, która początkowo może wydawać się zupełnie chaotyczna, po krótkim wytłumaczeniu reguł traci aurę tajemniczości i powinna spodobać się nie tylko fanom Harry’ego Pottera.

Na dwóch końcach boiska ustawia się po trzy pętle umieszczone na różnej wysokości słupkach. Punkty zdobywa się za przerzucenie przez jedną z pętli rywali piłki, zwanej tu „kaflem”. Zawodnicy przyporządkowani są do czterech boiskowych ról (powiązanych z zakładanymi przez nich opaskami), od których zależą ich zadania. Ścigający (biała opaska) mają po prostu przerzucić „kafla” przez obręcz; pałkarze (czarne opaski) jedną z trzech piłek do zbijaka znajdujących się na boisku muszą trafiać rozgrywających rywali, tym samym wyłączając ich z danej akcji; obrońcy (zielone) są zaś ścigającymi, których głównym zadaniem jest jednak chronienie swoich obręczy.

54 minuty trwał najdłuższy mecz w historii European Quidditch Cup [METU Unicorns (Turcja) vs Nottingham Nightmares Quidditch Club (Wlk. Brytania)] To o pół godziny więcej niż standardowe spotkanie. Oznacza to, że „znicz” nie dał się złapać ścigającym obu ekip przez 36 minut (wbiegł na boisko w 18. minucie meczu).

Największym wyzwaniem było odtworzenie kończącego całe spotkanie clue rozgrywki – tj. łapania znicza. W „mugolskiej” wersji nie jest nim przedmiot, a ubrany na żółto człowiek, z przyczepioną do spodni małą piłeczką. Mecz kończy się, gdy szukający (żółte opaski) zdołają ją odczepić.

2

Co z lataniem na magicznej miotle? Twórcy gry, mimo optymistycznego podejścia do całego wyzwania, postanowili, słusznie, porzucić próbę odtworzenia tego pomysłu. Nie przeszkodziło im to jednak w stworzeniu innego utrudnienia. Wszystkie, nie brzmiące wyjątkowo skomplikowanie zadania opisane powyżej, należy bowiem wykonywać z… kijem między nogami. W praktyce oznacza to, że do gry używa się niemal wyłącznie jednej ręki. Jeśli upuści się kij – trzeba wracać aż do swoich obręczy. Dopiero po ich dotknięciu można kontynuować grę.

Wizja kilkunastu osób biegających po boisku, udających latanie na czarodziejskich miotłach przestaje bawić, gdy zobaczy się, jak wyglądają spotkania „mugolskiego quidditcha”. Podczas nich wszyscy na boisku zapominają o filmowym pierwowzorze i skupiają się wyłącznie na walce o zwycięstwo. Jako że w dyscyplinie tej możliwe jest „fizyczne” utrudnianie rywalom zdobywania kolejnych punktów, walka ta szybko staje się nie tylko dynamiczna i emocjonująca, ale i delikatnie rzecz ujmując, niezbyt, nomen omen, delikatna. – To bardzo kontaktowy sport. Żeby zdobyć punkty, często trzeba przebiec całe boisko. Przeszkadzają w tym „pałkarze”, ale i „ściągający” rywali, którzy mogą zatrzymywać przeciwników siłą, złapać ich i powalić – tłumaczy Skibińska.

3

Mistrzowie całkiem na serio

Zawodnicy grający w quidditcha nie mają co marzyć o intratnych kontraktach reklamowych i wielotysięcznych pensjach spływających na konto po ich sportowych sukcesach. Nijak nie przeszkadza to im jednak w ciągłym rozwijaniu dyscypliny i stawianiu przed sobą nowych, coraz bardziej ambitnych wyzwań. Stopień profesjonalizacji dyscypliny, która zaczynała jako próba odwzorowania wyimaginowanego książkowego sportu, może imponować.

Na całym świecie istnieje szereg turniejów międzynarodowych. Stworzono rywalizujące ze sobą reprezentacje narodowe. Zawody toczą się pod okiem przeszkolonych, certyfikowanych sędziów. W Polsce, gdzie dyscyplina ma już kilka lat, sprawnie funkcjonują rozgrywki ligowe i rok rocznie wyłaniani są krajowi mistrzowie. Ci zaś, bez kompleksów, stawiają czoła najlepszym ekipom z całej Europy. Teraz będą to mogli zrobić na oczach polskich kibiców.

W dniach 13–14 kwietnia na obiektach bemowskiego OSiR-u przy ul. Obrońców Tobruku w Warszawie, gdzie na co dzień odbywają się spotkania piłki nożnej czy futbolu amerykańskiego, zostanie zorganizowany quidditchowy odpowiednik Ligi Mistrzów – European Quidditch Cup. Do Polski zjedzie 15 ekip z Niemiec, Austrii, Wielkiej Brytanii, Czech, Irlandii, Holandii, Szwecji czy Szwajcarii. Skład ten uzupełnią ubiegłoroczni mistrzowie naszego kraju – Wrocław Wanderers.

4

Turniej jest szykowany z pompą. – Będzie strefa dla kibiców, trybuny, foodtrucki i wolontariusze gotowi wytłumaczyć wszystkim zainteresowanym zasady rozgrywki. Mamy przygotowane gadżety związane ze zmaganiami, które będą sprzedawane na specjalnych stoiskach. Mecze będą streamowane na żywo w internecie dzięki współpracy z serwisem, który powstał w Niemczech właśnie na potrzeby pokazywania w sieci meczów quidditcha – opowiada z pasją Skibińska.

48 drużyn występuje w tegorocznej edycji EQC. Podzielono je na dwie dywizje. W Warszawie będzie rywalizować 16 z nich. Kolejne 32 zmierzą się w maju w Belgii.

Organizatorów nie zniechęca fakt, że przy pierwszym kontakcie z ich dyscypliną ludzie często reagują całkowitym niezrozumieniem. – Nasze treningi odbywają się zazwyczaj na Polu Mokotowskim. Zdarza się, że ludzie się zatrzymują, zaczynają nas nagrywać. Zawsze staramy się zachęcić ich wtedy, by podeszli i przybili piątkę, opowiedzieć im coś o naszym sporcie. Reakcje bardzo często zmieniają się wtedy z totalnego zdziwienia w zaciekawienie – tłumaczą zawodnicy Warsaw Mermaids, którzy przy okazji turnieju EQC chcą zorganizować dzień otwarty i rekrutować nowych zawodników.

Z pasji do sportu

O książkowych fundamentach „mugolskiego quidditcha” większość z graczy już niemal nie pamięta. Dyscyplina, która w skali świata będzie wkrótce obchodziła swoje 15. urodziny, żyje swoim życiem i od dawna funkcjonuje jako autonomiczny byt.

5

Chciałam po prostu sprawdzić się w nowej dyscyplinie. Nie chodziło o to, czy jestem fanką Harry’ego, czy nie. Przeważyła chęć stawienia czoła nowym wyzwaniom i aspekt sportowy – przyznaje Katarzyna Skibińska. Takich jak ona jest znacznie więcej. W warszawskiej drużynie jest obecnie około 30 zawodników. To głównie studenci. Najstarsi podchodzą pod 30-stkę, za granicą można jednak spotkać nawet 10 lat starszych zawodników. Jak wynika z samych zasad gry, w kadrze i na boisku muszą być zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Gdy dodamy do tego różnorodność boiskowych zadań, okazuje się, że quidditch rzeczywiście jest sportem praktycznie dla wszystkich.

Niedługo kończę studia i myślę o wyjeździe z Warszawy na stałe. To może oznaczać, że przestanę regularnie grać. Nie zmieni się jednak najważniejsze, co wyniosłam z tych wszystkich lat, czyli fantastyczne przyjaźnie i wspomnienia. Byliśmy z Mermaids na zawodach we Włoszech, Słowenii, Niemczech i Norwegii. Poznaliśmy setki pozytywnie zakręconych ludzi z całego świata. Tego nikt mi nie zabierze.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP