KULTURA

WYDARZENIE: The Crowd, reż. King Vidor, prod. USA, 98 min

1

„The Crowd” to odważny i unikalny eksperyment, który nie stracił swojej siły przez 90 lat, które minęły od jego premiery. Zdecydowanie warto go zobaczyć i niedawno była ku temu okazja. Był wyświetlany w ramach darmowych pokazów w warszawskim kinie Amondo, które gorąco polecamy wszystkim zainteresowanym.

Jeśli ktoś nigdy nie zastanawiał się, co poza komediami oglądano w pierwszych dekadach istnienia kina, „The Crowd” Kinga Vidora będzie dla niego dużym zaskoczeniem.

Akcja filmu rozpoczyna się 4 lipca 1900 roku. Podczas gdy amerykański naród hucznie świętuje rocznicę uzyskania niepodległości, na świat przychodzi główny bohater, John Sims. Łatwo nam uwierzyć zachwyconemu ojcu, że jego syn będzie kimś wielkim. Gdy 12 lat później głowa rodziny umiera, zakładamy, że jest to jeden z tragicznych epizodów, które każda wybitna postać ma w swoim życiorysie.

Ponownie spotykamy Johna, gdy dorosły przybywa na Manhattan z zamiarem zrobienia dużej kariery. Kadry filmu zaczyna zalewać tytułowy tłum. Pewien nieznajomy mówi Johnowi: „W tym mieście trzeba być naprawdę dobrym, aby wybić się przed tłum”. Kogoś czeka zderzenie z rzeczywistością. Ktoś zakocha się, założy rodzinę i prawie ją straci, zanim zrozumie swoje miejsce w świecie.

King Vidor zastosował wszelkie dostępne środki, aby przetransportować nas do bardzo zwyczajnego życia. Zatrudnił nieznanych aktorów i wykorzystał ekspresjonistyczne techniki, aby wizualnie oddać dramaturgię wydarzeń. Wykorzystał także mobilność kamery. Pływa ona po kadrach, jeździ z bohaterem autobusem, a nawet zjeżdża po zjeżdżalni.

FILM: Źle się dzieje w El Royale , reż. Drew Goddard, prod. USA, 141 min

2

El Royale to tajemniczy i zapuszczony hotel, którego jedna połowa znajduje się w Kalifornii, a druga w Nevadzie. Gdy pewnego dnia w 1969 roku zaczynają zjeżdżać się do niego ekscentryczni goście, sytuacja przypomina zwariowaną wersję historii Agathy Christie połączoną z paranoiczną atmosferą tego okresu. Nie jest dla nikogo jasne, co w takim miejscu robią razem ksiądz, śpiewaczka, sprzedawca odkurzaczy i hipiska.

„Źle się dzieje w El Royale” to drugi film wyreżyserowany przez Drew Goddarda, który w 2012 roku zdobył rozgłos „Domem w głębi lasu”, a poza tym świetnie radzi sobie jako scenarzysta w Hollywood, gdzie bardzo sprawnie zaadaptował „Marsjanina” na potrzeby hitowego filmu. Podobieństw do debiutu Goddarda jest w „El Royale” wiele: odizolowana lokacja, satyryczny humor i wybujałe pomysły, w których użyciu reżyser wyraźnie się nie ogranicza.

Według pojawiającej się w mediach informacji obsada zgodziła się pracować za obniżone gaże. Dzięki temu w tej średnio budżetowej produkcji mogli pojawić się razem m. in. Jeff Bridges, Chris Hemsworth, Jon Hamm i Dakota Johnson. Ten entuzjazm aktorów widać na ekranie i naprawdę wygląda na to, że wszystkim zaangażowanym zależało na efekcie końcowym.

Intryga budowana jest powoli i nie jest oparta na manipulowaniu widzem. Być może część publiczności odczuje to, że film trwa aż 2 godziny i 20 minut, ale czas ten dobrze wypełniają kolejne wątki. Każda z postaci ma okazję zabłysnąć i nie jest dla nas jasne, która z nici fabularnych jest najważniejsza. Chyba nie było to jasne także dla samego reżysera. Bardzo spójna konstrukcja tej wysmakowanej układanki nie zapewnia rozwiązania, które naświetliłoby nam puentę całego filmu. Można to uznać za cenę zabaw konwencją.

„Źle się dzieje w El Royale” niewątpliwie reprezentuje inteligentniejszą stronę kina rozrywkowego. Jego nieprzewidywalność kontrastuje z lwią częścią hollywoodzkich produkcji. Ostatecznie nie wszyscy będą usatysfakcjonowani, ale przez większość czasu film zapewnia angażującą rozrywkę i na pewno znajdzie wiernych fanów.

MUZYKA: Egypt Station, Paul Mccartney, Universal

3

Dyskografia Paula McCartneya po rozpadzie Beatlesów jest tak bogata, że nawet w erze streamingu trudno dobrze ją poznać. Jej trzon stanowią albumy wydane solowo i wraz z Wings (25), ale ważne dla fanów są także bardziej poboczne projekty (np. „Electric Arguments” wydane w duecie The Firemen). Poza paroma wyjątkami nie ma konsensusu, co do tego, które z nich są najlepsze, a ostatni raz album McCartneya został chłodno przyjęty w pierwszej połowie lat 90. Kurs kariery byłego Beatlesa można opisać jako wybitnie stabilny.

W tej sytuacji poziom świeżo wydanego „Egypt Station” nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem. Co wyróżnia tę płytę, to debiut na 1. miejscu amerykańskiej listy sprzedaży, pierwszy raz od 1982 roku. Wizyty w najpopularniejszych talk show, liczne wywiady, a także małe koncerty w Liverpoolu i na Grand Central Station w Nowym Jorku pozwoliły rozniecić największy od lat entuzjazm do artysty.

Występ na dworcu i tytuł płyty są oczywiście powiązane: według zamysłu jest to album koncepcyjny i piosenki reprezentują kolejne stacje w pewnego rodzaju podróży. Faktycznie jednak niewiele odróżnia strukturę tego albumu od kilku poprzednich, poza powrotem medley, czyli połączenia kilku piosenek obecnego chociażby na drugiej połowie „Abbey Road”.

Pod względem produkcji McCartney niewiele razy odszedł od standardu, dzięki któremu albumy Beatlesów nadal brzmią nowocześnie. Na „Egypt Station” powraca klarowne brzmienie, w którym najważniejszy w danym momencie element jest wyraźnie wysunięty naprzód. Są to liczne ciekawe partie instrumentalne na zmianę z wokalami McCartneya.

Album zawiera m.in. kilka ostrzejszych rockowych utworów, kilka emocjonalnych ballad, nieco kontrowersyjny numer popowy „Fuh you” stworzony z innym producentem i latynosko zabarwiony „Back in Brazil”. Już w grudniu McCartney przywiezie swoją energię i piękne melodie do Polski. Swojego talentu dowiódł już niejednokrotnie.

KSIĄŻKA: Boli tylko, gdy się śmieję. Listy i rozmowy, Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 268

4

Czytanie prywatnej korespondencji wybitnych postaci zawsze stanowiło duży przywilej następnych pokoleń. Pozwala nam ono przenieść się w sam środek stale oddalających się od nas w czasie wydarzeń i relacji międzyludzkich.

„Boli tylko, gdy się śmieje” to tom zawierający głównie listy wymienione przez leczącego się w Wiedniu Stanisława Lema i mieszkającą w Krakowie Ewę Lipską pomiędzy 1983 i 1991 rokiem. Poza tym zbiór zawiera korespondencję syna pisarza, Tomasza Lema, z Ewa Lipską, z czasu studiów młodzieńca na Princeton, a także kilka rozmów Lema seniora i Lipskiej uprzednio publikowanych w gazetach.

Tytuł zbioru pochodzi z dowcipu, który Lem usłyszał wkrótce po jednej z operacji. Pewien człowiek twierdzi w nim, że nóż wbity w plecy sprawia mu ból tylko wtedy, gdy się śmieje. Humor i wieści dotyczące stanu zdrowia to stały element każdego listu. Poza tym regularnie pojawiają się wiadomości na temat członków rodziny, znajomych, zwierząt domowych i czytanych lektur.

Niewiele dowiemy się o dwóch ostatnich powieściach Lema. Stwierdza on, że sam w zasadzie nie wie, jak tworzy fabuły swoich dzieł. Dowiemy się za to, jak dwójka literatów pisała listy. Lem pisał przez kalkę, dzięki czemu pozostawała mu jedna kopia do zbiorów własnych. Z kolei Ewa Lipska tworzyła najpierw odręcznie wersję „na brudno”, a potem przepisywała list na maszynie.

Obydwie strony są krytycznie nastawione do otaczającej ich rzeczywistości. „Austria niechybnie miłym jest krajem dla wszystkich, co w nim nie mieszkają” twierdzi zawiedziony Zachodem Lem. Lipska głównie ironizuje i używa aluzji, opisując Polskę. Już po powrocie do ojczyzny Lem pisze: „A w ogóle znaleźć miejsce, gdzie by się naprawdę chciało żyć, to rzecz trudna…”. Podejście to wydaje się dobrze uzasadnione.

Stanowcza rekomendacja nie jest odpowiednia dla tego typu zbioru. Najbardziej zadowolony będzie albo czytelnik głęboko zainteresowany tematem, albo ktoś, kto pozwoli książce się zaskoczyć. Prywatne rozmowy tak inteligentnych i kulturalnych ludzi naturalnie są stymulujące intelektualnie. Niemniej może być trudno dokładnie wskazać, co wartościowego w nich wyczytaliśmy.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP