KSW - czyli jak zarobić na porządnym mordobiciu
MMA w kilka lat stała się jednym z ulubionych sportów polskich telewidzów. Dla jednych to objaw ogłupienia społeczeństwa, dla innych dowód, że ładnie opakowany produkt zawsze się sprzeda.

MMA w kilka lat stała się jednym z ulubionych sportów polskich telewidzów. Dla jednych to objaw ogłupienia społeczeństwa, dla innych dowód, że ładnie opakowany produkt zawsze się sprzeda.

- Moja lewa ręka to śmierć, a prawej sam się boję – stwierdził Mariusz Pudzianowski przed jedną z bitew w formule MMA czyli mieszanych sztuk walki.

"Dlaczego mieszane sporty walki tak doskonale nadają się na model opłat bezpośrednich od widzów? Bo doskonale wpisują się w dominujące trendy w kulturze, gdzie ceni się krótkie, pobudzające umysł bodźce. W sposobie pobudzania widzów, walki MMA przypominają skoki narciarskie"

Dla dwóch trzydziestokilkulatków, którzy płacą popularnemu „Pudzianowi” za wejście na ring sprawa ma się nieco inaczej. Dla nich lewica i prawica umięśnionego zawodnika wykonana jest ze złota. Konfrontacja Sztuk Walki (KSW), spółka-założyciel federacji MMA dominującej w Polsce, ten rok zakończy z siedmiocyfrowym zyskiem. A przecież MMA w Europie ma być dopiero na początku drogi na szczyt.

Z salek na salony

Jeszcze kilka lat temu walki KSW toczyły się w sali, gdzie woń potu zawodników mieszała się z aromatem dobrze wypieczonych steków. Dziś już mało kto pamięta o pionierskich czasach MMA w restauracji na parterze warszawskiego Marriottu. Bo dziś MMA pachnie głównie pieniędzmi i to podczas gali organizowanych w największych arenach w Polsce. Żeby zrozumieć fenomen i źródło sukcesu dyscypliny, którą wielu nazywa po prostu mordobiciem, trzeba cofnąć się do początku lat 90. Wtedy to po raz pierwszy w erze telewizji troje przedsiębiorczych Amerykanów postanowiło wyciągnąć MMA z dusznych salek, widząc w tej dyscyplinie doskonałą trampolinę marketingową i wabik na rzesze widzów. Z trójki założycieli ledwie jeden miał pojęcie o sztukach walki, pozostała dwójka parała się walką o uwagę mas: marketingiem i tworzeniem technologii pay-per-view. W kilka lat Amerykanie stworzyli zwarty, ładnie opakowany produkt pod nazwą Ultimate Fighting Championship (UFC) i zaoferowali go rodzimym telewizjom kablowym. Chwyciło, dziś galę UFC potrafi obejrzeć niemal 9 mln Amerykanów, płacąc za ten przywilej po kilkanaście dolarów od łebka.

W Polsacie siła

- Tworzymy nową dyscyplinę i to jest fajne, że się zakorzeniliśmy w umysłach i świadomości Polaków – twierdzi Martin Lewandowski, jeden z właścicieli KSW.

Nie ukrywa przy tym, że na pomysł na mocne walki mocnych ludzi wpadł oglądając właśnie amerykańską telewizję. KSW to polska odpowiedź na UFC. Co rusz kontraktuje coraz to nowych zawodników w kolejnych krajach, okupując się przed inwazją federacji ze Stanów. Jeśli UFC będzie chciało mocniej wejść do Polski, to na nokaut KSW nie ma co liczyć. Od kilku lat polska federacja ma mocną kartę przetargową – ogólnopolską telewizję. Dzięki współpracy z Polsatem, walki „Pudziana” i spółki ogląda średnio 3-4 mln Polaków. A to już jest poziom oglądalności skoków narciarskich czy wyczynów piłkarzy. Przy czym marketingowa paczka z napisem „sporty walki” dopiero przebija się do świadomości większości reklamodawców. Jak dotychczas za sukcesem finansowym MMA w Polsce stoi głównie skuteczne odzwierciedlenie amerykańskiego pierwowzoru czyli sprzedaż pakietów pay-per-view.

Skoki adrenaliny jak na Małyszu

Dlaczego mieszane sporty walki tak doskonale nadają się na model opłat bezpośrednich od widzów? Bo doskonale wpisują się w dominujące trendy w kulturze, gdzie ceni się krótkie, pobudzające umysł bodźce. W sposobie pobudzania widzów, walki MMA przypominają skoki narciarskie.

- Skoczkowie dają kibicom niezwykle unikatowy system przeżywania emocji. To przynajmniej kilkadziesiąt powtarzalnych amplitud emocji, sekwencji: od wejścia na belkę po lądowanie — tłumaczy Grzegorz Kita, prezesa Sport Management Polska. Tymczasem na widok wściekłych byków w ringu niejednego kibica adrenalina zalewa dużo szybciej niż na widok Kamila Stocha poprawiającego gogle. Walki MMA są jak blender – emocje, dynamizm, prosty przekaz mieli się tam od samego początku. Wysokie obroty pozostają aż do chwili, gdy jeden z rywali zostanie starty na miazgę. Każda gala to przygotowywane 3 miesiące, starannie wyreżyserowane wydarzenie, federacje MMA podsycają emocje, pokazując walki jako coś więcej niż pojedynki wygimnastykowanych bokserów. Jak trzeba - epatują brutalnością sportu i tworzą fikcyjne historie bohaterów kolejnych walk. Np. KSW kusi też blichtrem rodem z Zachodu, przekonując, że oto facet o kwadratowych ruchach, który niedawno jeszcze wbijał się we frak, by potańczyć na wizji (Pudzianowski) jest zawodnikiem MMA na najwyższym, światowym poziomie. O ile marketingowa machina promocyjno-telewizyjna się nie zatnie, możemy oczekiwać kolejnych „walk stulecia” na piastowskich ziemiach. O wyniki polskich zawodników mało kto się martwi. Bo - jak to w sportach walki – jeśli rzesze są gotowe płacić za wygraną danego zawodnika, to wynik się jakoś dowiezie.

fot. Esther Lin wiki cc

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP