Król jazzu jest tylko jeden
Miles Davis to jedna z największych, jeśli nie największa legenda muzyki jazzowej. Mimo że od jego śmierci mija właśnie 28 lat, pamięć o nim jest wciąż żywa. Na początku września ukazała się zaginiona płyta artysty, która przeleżała w zapomnieniu ponad trzy dekady.

Najpierw cofnijmy się do 1985 roku. Będący przed sześćdziesiątką Miles Davis był wówczas u szczytu popularności. Pod koniec października, po rozstaniu z wydawnictwem Columbia Records, zaczął pracę nad projektem dla nowego pracodawcy – Warner Bros. Pomagali mu producenci Zane Giles i Randy Hall. Ten drugi był dobrym kolegą siostrzeńca Milesa i koncertował wspólnie z nim w licznych klubach w Chicago. Album miał zawierać soulowe i funkowe akcenty. W planach był gościnny udział na płycie tak wspaniałych artystów jak Chaka Khan i Al Jarreau. Ostatecznie projekt został odłożony na półkę, a trębacz zajął się tworzeniem wydanego rok później albumu „Tutu”.

I tak minęło ponad trzydzieści lat. Fani Milesa Davisa otrzymali nieoczekiwaną, rewelacyjną wiadomość. Zapomniany album ujrzał światło dzienne 6 września 2019 roku. Nosi tytuł „Rubberband”. Smaczku dodaje fakt, iż na okładce znajduje się obraz artysty. W 2018 roku apetyty miłośników jazzu zostały rozbudzone za sprawą tytułowego utworu, który wydano na EPce. Co najciekawsze, płyta została ukształtowana przez tych samych producentów, którzy brali udział w jej tworzeniu w latach osiemdziesiątych. Swą pomoc zaoferował również siostrzeniec Vince Wilburn Jr. Na płycie możemy również usłyszeć także Lalah Hathaway, córkę tragicznie zmarłego wokalisty Donego Hathawaya. W sumie wydawnictwo zawiera 11 utworów.

Początki przyszłego mistrza

Alton to stosunkowo małe, ponad 30-tysięczne miasto w stanie Illinois. To tu urodził się Robert Wadlow, Amerykanin do dziś mogący pochwalić się mianem najwyższego człowieka świata (mierzył ponoć 2,72 m). Osiem lat po nim, 26 maja 1926 roku, w tym samym miasteczku na świat przyszedł ktoś równie wielki. I choć nie przekraczał 170 cm, stał się prawdziwym gigantem. Gigantem muzyki jazzowej. Miles Dewey Davis III urodził się w zamożnej, afroamerykańskiej rodzinie. Ojciec był dentystą i chciał, by syn poszedł w jego ślady. Nie zdawał sobie zapewne sprawy, że jego plany legną w gruzach za sprawą prezentu, jaki otrzymał mały Miles, gdy miał zaledwie dziewięć lat. Wtedy to chłopak dostał trąbkę. Po części na złość matce przyszłego muzyka, która była pianistką i nie przepadała za dźwiękami tego instrumentu. Pasja do muzykowania kiełkowała w duszy młodzieńca. Tata, dostrzegłszy zapał Milesa, załatwił mu lekcje pod okiem nauczyciela Elwooda Buchachana. Chłopiec okazał się bardzo pojętnym uczniem i już jako nastolatek zaczął występować w różnych zespołach muzycznych.

Pierwsze kroki na scenie jazzowej

Miles, choć zdradzał talent muzyczny, był skutecznie pilnowany przez rodziców, by występy nie kolidowały z jego edukacją. Z tego powodu nie podjął współpracy z zespołem saksofonisty jazzowego Sonnego Stitta, choć ten zapraszał go na wspólne występy. O ewentualnej poważnej karierze mógł pomarzyć dopiero po skończeniu szkoły średniej. Przed uzyskaniem pełnoletności był już w stowarzyszeniu muzyków i współpracował z różnymi bandami, takimi jak Blue Devils. Rok przed końcem II wojny światowej do St. Louis zawitała grupa Billiego Eckstine’a, którego formacja miała ogromny wpływ na rozwój stylu jazzowego, znanego jako bepop. Charakteryzował się on m.in. improwizacją, rytmiką czy przyspieszeniem melodii. U boju Eckstine’a grali tak wspaniali muzycy, jak legendarni dziś Charlie Parker i John Birks „Dizzy” Gillespie. Miles został trzecim trębaczem w tym zacnym gronie podczas występów w jego rodzinnym mieście. Potem ich wspólne granie zostało przerwane, choć nie na długo. Kilka miesięcy później, po skończeniu szkoły, Davis wyruszył do Nowego Jorku po marzenia. Dostał się do niezwykle prestiżowej Juliard School of Music, której, ze względu na liczne występy, nie ukończył.

Miles, choć zdradzał talent muzyczny, był skutecznie pilnowany przez rodziców, by występy nie kolidowały z jego edukacją.

Droga na szczyt

W drugiej połowie lat czterdziestych młody jazzman ponownie skrzyżował swoją muzyczną drogę z osobą Charliego Parkera i dołączył do jego kwintetu. Współpraca była utrudniona ze względu na problemy Parkera z uzależnieniem od narkotyków. Z czasem dalsze koncertowanie stało się niemożliwe. W międzyczasie Davis poznał Kanadyjczyka Gila Evansa, z którym połączył siły. Panowie stworzyli nonet, czyli zespół złożony z dziewięciu wykonawców. Przyjmuje się, że jest to najliczniejsza kameralna grupa muzyczna, która jest w stanie grać bez dyrygenta. Talent Milesa rozkwitał coraz bardziej, a sam muzyk dał się poznać jako prawdziwy lider. Davis nie bał się eksperymentować. Szukał niekonwencjonalnych rozwiązań i stawał się pionierem w wyznaczaniu kolejnych nurtów. Rosnąca popularność dawała o sobie znać, a muzyk nie potrafił poradzić sobie z coraz większą presją. Uzależnił się od heroiny i spotkał się z pierwszymi głosami krytyki. Na początku 1954 roku udało mu się wyjść z nałogu, gdy zastosował detoks w postaci siedmiodniowego odosobnienia w zamkniętym pokoju na rodzinnej farmie. Miles zdawał się wychodzić na prostą. Przynajmniej na jakiś czas.

Perła jazzowej dyskografii

W 1955 roku Miles oczarował wszystkich swoją interpretacją „Round Midnight” Theloniusa Monka podczas Newport Jazz Festival, co zaowocowało podpisaniem kontraktu z Columbia Records. W tym samym roku założył kwintet swojego imienia, który tworzył razem z takimi muzykami jak John Coltrane, Red Garland, Paul Chambers i Philly Jones. W tamtym czasie towarzystwo to było krytykowane przez środowisko. Wynika to z faktu, iż muzycy nie stronili od różnych używek, co rodziło konflikty i problemy z dyscypliną. Wiosną 1959 roku, siedmioosobowy skład – już jako sekstet z dodatkowym wsparciem Billa Evansa, przystąpił do prac nad kolejnym albumem. „Kind of Blue” to największe dzieło w dorobku Davisa, które zapoczątkowało epokę jazzu modalnego. Dziś postrzega się tę płytę nie tylko jako przełomową dla jazzu, ale jako jeden z największych albumów w historii muzyki w ogóle. Co ciekawe, album opiera się w wielu miejscach na improwizacji. Miles po prostu zaprosił do studia swoich towarzyszy, nakreślił ogólne wskazówki i muzycy zaczęli grać.

„Kind of Blue” to największe dzieło w dorobku Davisa i jeden z największych albumów w historii muzyki w ogóle. Co ciekawe, album opiera się w wielu miejscach na improwizacji. Miles po prostu zaprosił do studia swoich towarzyszy, nakreślił ogólne wskazówki i muzycy zaczęli grać.

Wzloty i upadki

Kariera Milesa Davisa była pełna słodko-gorzkich momentów. Z jednej strony zapracował on na miano jednego z największych jazzmanów, z drugiej – miał wiele słabości. Był muzykiem niezwykle wszechstronnym, łączącym w swojej twórczości elementy jazzowe, rockowe, flamenco a nawet hip-hopowe. Status legendy jazzu zyskał już za życia, ale po drodze poniósł kilka życiowych porażek. Nie stronił od kobiet, alkoholu i narkotyków, co musiało w końcu odbić się na jego zdrowiu. Mówiło się o tym, że swoje partnerki nie tylko zdradzał, ale i stosował wobec nich przemoc. Szerokim echem odbił się jego związek z aktorką Cicely Tyson, z którą także udał się na wspólny detoks. Artysta przyznaje w swojej biografii, że nigdy nie żywił do niej prawdziwych uczuć i kilkukrotnie zdarzyło się mu ją uderzyć. Przytacza również historię, gdy pewnego dnia do jego domu przyszedł tajemniczy list zaadresowany do niej. Zaskoczony muzyk w przesyłce znalazł… zakrwawiony sztylet. O tym, jakie przesłanie niosła ze sobą przerażająca paczka, podobno nigdy się nie dowiedział. Kilka razy walczył z uzależnieniem od kokainy i heroiny. W połowie lat siedemdziesiątych był w tak złym stanie, że na kilka lat wycofał się całkowicie z życia publicznego.

Miles Davis to postać wielowymiarowa. Był to bez wątpienia jeden z największych jazzmanów w historii, który miał wpływ na rozwój wielu nurtów tego gatunku. Nie mógłby być stawiany za wzór, a mimo to nadal jest kochany przez miliony fanów na całym świecie. Artysta zmarł 28 września 1991 roku w wieku 65 lat. Przyczyną zgonu był udar mózgu. Nasz kraj odwiedzał dwukrotnie – uświetniając dwie edycje festiwalu Jazz Jamboree w latach osiemdziesiątych. W dziesiątą rocznicę śmierci muzyka postawiono jego pomnik w Kielcach z inicjatywy miejscowego Klubu Jazzowego.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP