Koń polityczny
Podczas pogrzebu amerykańskiego senatora i weterana wojennego Johna McCaina były prezydent George W. Bush podał byłej prezydentowej Michelle Obamie tabletkę od bólu głowy.

Przynajmniej tak oficjalnie tłumaczono potem, wydaje się, że szczerze, bo pani Michelle potem nie zachowywała się, jakby była pod wpływem dopalaczy. Kilka osób nad Wisłą, i nie tylko, się zdziwiło. Jak to republikanin demokratce, tej komunistce, lewaczce? Powinien na nią napluć. Albo: taka inteligentna kobieta wzięła tabletkę od takiego faszystowskiego troglodyty, chama, agresora? Powinna go co najwyżej z liścia, pewnie zresztą chciał ją otruć.

Te reakcje dość dobrze opisują kondycję ludzkości, chyba nie tylko nad Wisłą, uwzględniając, jakiego amoku część Ameryki doznała z powodu prezydenta Trumpa. Spotkałem znajomych zza Oceanu. Ludzi, którzy jeszcze niedawno przekonywali mnie, że nie lubią rozmawiać o polityce, w ich towarzystwie to nie przystoi, pochodzą ze stanu wielorasowego i wieloreligijnego, więc poglądy polityczne traktuje się trochę jak rzecz intymną. Teraz jest już wszystko inaczej. Jest straszny Trump i muszą się zjednoczyć, walczyć, to już nawet ważniejsze niż baseball. Za kilka lat Trump już nie będzie prezydentem, będzie podawał cukierki Hillary Clinton i oboje się będą cynicznie śmiali z frajerów, którzy teraz z rozszerzonymi źrenicami muszą zająć się nagle polityką, z której nic nie rozumieją, ale sytuacja do tego dorosła, by wykrzyczeli swój hejt.

Nie wiem, czy tam jest jeszcze gorzej niż u nas pod tym względem, ale u nas zrobiło się niewesoło. Niedawno byłem na wyścigach konnych. W trakcie jednej z dekoracji właściciel konia, który zajął któreś tam miejsce, krzyknął z dumą i agresją: od PiS-u nie wezmę! Problem w tym, że nagrodę fundował zagraniczny biznesmen, który nie za bardzo zapewne odróżnia polskie partie. Ale właściciel konia miał swoją chwilę, więc błysnął. Popularny serwis szachowy całkiem zniechęcił mnie do siebie publikowaniem nieustannie haseł politycznych, a to, że taki polityk to, że taki tamto. Wsadźcie sobie swój kurnik, za przeproszeniem, w ucho panowie założyciele, bo jak człowiek chce późnym wieczorem pograć z innym człowiekiem gdzieś z daleka, to na pewno nie ma ochoty dodatkowo dowiadywać się, że rozsadza was nienawiść.

Miło czasem spędzić rodzinną uroczystość, nie będąc zadręczanym przez nawiedzoną na punkcie polityki kuzynkę.

Czy ludzie się w związku z tym mają nie zajmować polityką? Kiedyś robotnicy z całej Polski zainteresowali się polityką, zjednoczyli się i stworzyli Solidarność. Trzydzieści pięć lat wcześniej chłopi, a za nimi mieszkańcy miasteczek i miast próbowali przeciwstawić się komunistom masowo, przeciwko nim głosując na partię premiera Mikołajczyka. Choć komuniści pofałszowali wybory i wygnali Mikołajczyka, to wiedzieli już, że z Polakami łatwo im nie pójdzie. No to – ktoś powie – chyba dobrze, że teraz chociaż część społeczeństwa, po obu stronach, się aktywizuje?

Moim zdaniem nie zawsze dobrze. Myślę, że jest bardzo łatwo sprawdzić, czy taka aktywność ma sens, czy jest bezmyślnym akcesem do agresywnej sekty. Jeśli ludzie łączą się, by zbudować most, wywalczyć wolność zrzeszania się, wolne soboty, możliwość decydowania o swoim losie, to ma to sens. Ale miło czasem spędzić rodzinną uroczystość, nie będąc zadręczanym przez nawiedzoną na punkcie walki z „mizoginistycznymi męskimi szowinistami” kuzynkę feministkę albo obejrzeć mecz, nie będąc męczonym polityką przez kolegę, który nieustannie faszeruje się gazetą, w której kampania wyborcza już w tytule trwa codziennie. Aktywność jest super. Ale jak jedyną zasadą aktywności jest marnowanie życia poprzez wspólne dawanie wyrazu nienawiści do tego czy innego, lewego czy prawego polityka albo partii, bo jest demonem, Hitlerem, Stalinem, naczelnym wrogiem demokracji lub nawet człowieczeństwa, to z reguły lepiej iść do kina, pobiegać albo pójść na piwo i pogadać o miłości lub choćby o seksie.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP