Komentator z butelką w krzakach: czyli sportowe bredzenie
Od lat psioczymy na wodzirejów transmisji sportowych. Słusznie, ale jaki sport, tacy mistrzowie mikrofonów. Zatem przepis na Ciszewskiego nowej ery to eliminacja długiej listy błędów i wypaczeń.
Od lat psioczymy na wodzirejów transmisji sportowych. Słusznie, ale jaki sport, tacy mistrzowie mikrofonów. Zatem przepis na Ciszewskiego nowej ery to eliminacja długiej listy błędów i wypaczeń. Ostatnie wskazówki „Trener spojrzał na zegarek, żeby dać swoim podopiecznym ostatnie wskazówki” – stwierdził niegdyś jeden z komentatorów sportowych Canal+. Wiadomo – siedząc pod drugiej stronie ekranu łatwo wieszać psy na sprawozdawcach sportowych. Jednak wydaje się, że powszechne narzekania na kompetencje ludzi, którzy mają zagadać migające nam przed oczyma obrazki, nie są tylko echem naszej narodowej cechy – marudzenia na potęgę. Powiedzmy sobie szczerze: niedaleko pada jabłko od jabłoni, zatem skoro w sporcie narodowym – piłce kopanej – jest słabo, to i słabo jest z komentatorką. Trawestując słowa złotoustego Jana Tomaszewskiego można by ten stan skwitować hasłem „braku wyczucia percepcji języka”. I ochoczo zabrać się do próby wytknięcia naszym asom mikrofonów wad, z zaznaczeniem, że ta litania błędów ma być generalną wskazówką jak dobrym komentatorem zostać. Wystarczy nie powielać błędów kolegów po fachu. Kosmici Zimocha „To piękny prognostyk przed kolejną klęską Polaków” – to też jeden z lapsusów naszych komentatorów, ale i syndrom choroby trawiącej część z nich. Ten urzędowy, górnolotny optymizm, ta słowna husaria. Pamiętacie państwo letni wieczór, gdy podczas mundialu w Niemczech polscy piłkarze grali z gospodarzami? Tak, przegraliśmy 0-1 i ci, którzy oglądali mecz w telewizji, nie mogli mieć wątpliwości, że na końcu wygrają Niemcy. Tymczasem słuchając radiowej relacji na żywo autorstwa Tomasza Zimocha można było zjeść paznokcie z emocji. W ustach Zimocha górnolotne frazy rodziły się w iście stachanowskim tempie, a Polacy co 5 minut bliscy byli strzelenia bramki. Toczyliśmy wspaniały bój, przegrany niefartem w ostatnich sekundach. Relacja mroziła krew w żyłach i rozgrzewała amplitudą emocji. Szkoda tylko, że była bajką, niczym słynne, radiowe lądowanie kosmitów H.G. Wellsa. Jak to powiedział kolega Zimocha po fachu – „nie ukrywam: podgrzewam bębenek”. I z tego podgrzewania często wychodzi pożar języka. Czar par „Przypomina wóz wypełniony kapustą” tak oberwał słowem jeden z bokserów. Ale podobny retoryczny cios można by wyprowadzić wobec całej rzeszy komentatorów spod flagi biało-czerwonej. Te ledwie żywe przeciwieństwa eksplodującego Zimocha to zazwyczaj albo starsi panowie albo ekssportowcy, zahukani przez stres i partnera. Dlatego właśnie spryciarze z TV wymyślili komentowanie parami. Miks jest zwykle ten sam – jeden wygadany wyga (np. nieodżałowany Dariusz Szpakowski) i drugi, cichszy - teoretyk. Gdy Szpakowski rzuca na wizji pikantnymi cytatami z kłótni w szatni między bramkarzem a obrońcą, cichy zauważa, że oto piłka na aucie. Szpakowski cytuje sportowy dziennik „L’Equipe”, a jego partner mruczy coś pod nosem, kusząc widza usypiającym tonem Kaszpirowskiego. A gdzieś w tle tego partnerstwa według zasady „ja do mnie, ty do ciebie” toczy się mecz, walka, wyścig. Na szczęście zupełnie nie przeszkadza on wodzirejom, zgodnie z zasadą: psy szczekają, wóz z kapustą jedzie dalej. Symfonia z Kingston „Płaskie zagranie wysokim lobem” obserwujemy codziennie w zakonie fechtujących językiem w sporcie. Niby piłka nożna to prosta gra, w której 22 facetów biega po to, by na końcu wygrali Niemcy, ale idąc za wskazaniem flamastra Jacka Gmocha czy głosem Tomasza Wołka przejdziemy na drugą stronę lustra. A tam możemy przez 90 minut rozkoszować się prostopadłością prostopadłych podań i szczelnością zony przy kornerach z lewej flanki, ustawionej przez prawnuka mistrza urugwajskiej 2. ligi. No, ale cóż się dziwić, skoro nawet przed najpospolitszym biegiem sprinterskim, telewizyjny zapiewajło potrafi wciągnąć nas na kwadrans w mroczne rewiry tajemnic motoryki lekkoatletów z południowych dzielnic Kingston? Spokojnie - lada miesiąc ruszają piłkarskie mistrzostwa świata w Brazylii i niemal pewne jest, że po kilkugodzinnej sesji z takimi muszkieterami słowa czuć się będziemy jak legendarna „196-osobowa symfonia” autorstwa Włodzimierza Szaranowicza. Crème de la crème w przepisie na komentatora (nie)doskonałego to konstatacja eksbramkarza, Macieja Szczęsnego: „zachował się, jakby był w krzakach z butelką wina”. Część komentatorów (darujmy sobie nazwiska) nie raz puszczała swoje słowa w eter z lekka nieprzytomnie, jakby ta butelka w krzakach leżała już pusta. Inni zaś, błyszczeli w listowiu swoją szczerą ignorancją. Witold Skrzat   „Przypomina wóz wypełniony kapustą” tak oberwał słowem jeden z bokserów. Ale podobny retoryczny cios można by wyprowadzić wobec całej rzeszy komentatorów spod flagi biało-czerwonej   *wszystkie cytaty to autentyczne wypowiedzi polskich komentatorów sportowych fot. wiki

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP