I co ja robię tu, co ty tutaj robisz
Elektryczne Gitary to zespół, którego specjalnie przedstawiać nie trzeba. Trzydzieści lat na scenie, wiele znanych i lubianych piosenek, takich jak „Co ty tutaj robisz” czy „Jestem z miasta”. W kwietniu grupa przypomniała o sobie dziesiątym albumem studyjnym, zatytułowanym po prostu „2020”. Lider Elektrycznych Gitar Jakub Sienkiewicz opowiedział nam o najnowszym albumie, najbliższych planach i łączeniu praktyki lekarskiej z karierą muzyczną.

Kamil Kijanka: Z Elektrycznymi Gitarami jest Pan związany od ponad trzydziestu lat. Przeczytałem, że do muzykowania na poważnie skłoniły Pana... problemy finansowe. Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak to się zaczęło?

Jakub Sienkiewicz: W latach 1987–89 razem z Piotrem Łojkiem i Rafałem Kwaśniewskim aranżowaliśmy piosenki z mojego repertuaru, które zbierały się już przez jakieś 10 lat, do wykonywania przez zespół bigbitowy. W 1990 roku zrobiliśmy z tego demo, a koledzy zanieśli nagrania do radia. Wtedy się zaczęło. A co do rzekomych problemów finansowych, to było zupełnie odwrotnie. Pracowałem już kilka lat w szpitalu i widziałem, jak obrzydliwie wysokie pensje mają profesorowie i docenci. Pomyślałem, że to nie dla mnie. Wolałem zostać biednym grajkiem rockowym niż jakimś bogatym docentem i zdecydowałem się założyć zespół.

Czytałem, że nie lubi Pan mieszania spraw lekarskich i estradowych, ale zaryzykuję... Czuje się Pan bardziej lekarzem czy muzykiem? Czy takie dzielenie nie wchodzi w grę?

Sprawy lekarskie i estradowe często się u mnie mieszały. Na przykład łatwiej mi było o sponsorowanie przez firmy farmaceutyczne badań lub wyjazdu na konferencje, ponieważ byłem znany z estrady. Wielokrotnie też załatwiłem sobie występ w części artystycznej sympozjum, bo znałem środowisko lekarskie. Mój menadżer dyktował często rozgłośniom terminy wywiadów, a organizatorom terminy występów, powołując się na to, że muszę zdążyć na dyżur lub inne podobne bzdury. Zatem można powiedzieć: muzyka i medycyna – razem dla dobra ludzkości!

Ile razy zdarzyło się Panu pomyśleć „nie dam rady – albo jedno, albo drugie”?

Oczywiście były takie przebłyski, ale nigdy się im nie dawałem. Wmawiałem sobie, że pękanie jest dla mięczaków. Jestem supermanem i dam radę. Jestem dwuzawodowcem, a jak zechcę, to będę nawet trzy-, cztero- i dziesięciozawodowcem. Podobnie w życiu osobistym. Uważałem, że stać mnie na dwie lub trzy rodziny i domy. Po 25 latach takiego podejścia trafiłem na terapię psychiatryczną. Teraz siedzę w ogródku pod kocykiem i nie ruszam się z domu.

Czy właśnie tego typu myśli towarzyszyły Panu podczas tworzenia utworu zatytułowanego „Co ty tutaj robisz” z albumu „Na krzywy ryj”?

To bardzo osobista piosenka. W połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy pracowałem w swojej macierzystej klinice, pytanie „co ja tu jeszcze robię”, pojawiało się bardzo często w mojej głowie. Oczywiście nie miałem racji. Później pracowałem jeszcze w kilku innych miejscach i nigdzie nie było już tak dobrze.

Czy kiedy pacjenci Pana rozpoznają i poproszą np. autograf, to działa to Panu po tylu latach na nerwy, czy wręcz przeciwnie?

Chętnie daję autografy moim pacjentom, kiedy proszą. Zwracam uwagę, jakie płyty, kasety lub książki mi podsuwają. Przy okazji podpytuję, gdzie mnie słyszeli – w jakich rozgłośniach i audycjach. W ten sposób mam poczucie, że monitoruję emisje moich utworów w całym kraju.

Rok 2020 przyniósł sporo atrakcji, przede wszystkim negatywnych. Nie dziwi więc ani tytuł ostatniej płyty, ani przesłanie zawarte w utworach. Nie będzie surowców, sami dążymy do podziałów, wyjścia z Unii...

Płyta „2020” zawiera jednak muzykę rozrywkową. Tematy poważne, nawet jeśli się pojawiają, są podane lekko, w oprawie electro-pop. Jak zwykle w naszych programach. Przesłanie ostatnich piosenek Elektrycznych Gitar jest następujące: im prędzej skończą się paliwa kopalne, tym lepiej. Żegnamy Wielką Brytanię z Unii Europejskiej, nie będziemy za nią tęsknić. Ludzie chcą wojny. Wolność jest straszna. Najlepiej się do trumny położyć i marzyć o podróżach. Nie patrzeć na kobiety i kochać je wszystkie równo. Oglądać seriale o superbohaterach lub kryminały.

To teraz trochę powspominajmy. Utwory grupy wykorzystano m.in. w kultowej serii „Kiler” i „Kiler-ów 2-óch”. Jak do tego doszło i jak Pan wspomina ten czas?

Rok 1997. Straszna powódź na Śląsku i Opolszczyźnie. Ogromne straty, ludzkie tragedie. Środowisko filmowe i branża muzyki rozrywkowej uznały, że trzeba dostarczyć społeczeństwu rozrywki, czyli komedii i muzyki rockowej. Spotkaliśmy się z Juliuszem Machulskim w hipermarkecie. Ja jadłem pizzę, a on przechodził obok. Pyta mnie: „Co tak siedzisz na widoku? Nikt cię nie zaczepia?”. Mówię, że nikt mnie nie poznaje, bo nie jestem znany. No to, mówi, zróbmy coś razem – film i muzykę, to będziesz znany. Zgodziłem się, bo sława była dla mnie zawsze najważniejsza i poszedłem pisać piosenki. Tydzień później wszystko było gotowe. Nie ma to jak odpowiednia motywacja.

Nie sposób nie wspomnieć o Kwiecie Jabłoni. Zapewne musi Pan czuć dumę, że dzieci podążyły śladami ojca.

Czuję ogromną dumę. Zwłaszcza, że znalazły swoją własną drogę i nie powielały tego, co robię w Elektrycznych Gitarach. Bardzo cenię je za oryginalny dobór instrumentów, czyli mandolinę i pianino. Za piękne wokale i repertuar, który budzi najgłębsze emocje. Bardzo mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się, że znajdą tak liczną własną widownię w tych czasach. Jestem ich fanem i mocno im kibicuję.

A czy jest szansa na jakieś wspólne występy?

Kasia i Jacek akompaniowali mi kilka razy na scenie, ale kiedy tylko ich pierwsza formacja Hollow Quartet zaczęła być bardziej rozpoznawalna, zrezygnowaliśmy ze wspólnego pojawiania się na estradzie. Nie chcieliśmy, żeby opinia publiczna sądziła, że w jakikolwiek sposób ich faworyzuję i ułatwiam im drogę do występów. Zdradziliśmy ten fakt dopiero później, kiedy uznaliśmy, że nie ma sensu już tego dalej ukrywać. Na szczęście zdążyli sami znaleźć swoją ścieżkę i o jakimkolwiek domniemanym wsparciu z mojej strony nie mogło być już mowy.

Czy podczas tworzenia kolejnego albumu myślą Panowie o stworzeniu takiego przeboju na miarę „Dzieci wybiegły” czy "Jestem z miasta"? Czy podczas procesu tworzenia zespół nie zaprząta sobie głowy takimi sprawami?

Zawsze jest taka nadzieja, że piosenki będą popularne. Nawet jeśli jej wprost nie wyrażamy, to pragnienie posiadania kolejnego hitu jest gdzieś z tyłu głowy. A co do wyboru na płytę, to najpierw jest autocenzura. Odrzucamy część napisanych przez siebie piosenek, żeby się nie kompromitować. Potem następuje selekcja w puli utworów, które prezentujemy sobie nawzajem w zespole. Następnie menadżer mówi: „Panowie, to jest do d... niepodobne” i zniechęca nas do połowy nowego repertuaru, a na końcu wydawca wybiera to, co według niego się sprzeda. Skutek jest taki, że od 20 lat radio nie nadaje naszych nowych nagrań.

Wybiegnijmy troszkę w przyszłość. Czasy są małe optymistyczne, ale trzeba wierzyć, że będzie lepiej. Będzie np. „Wielka radość” na 30-lecie debiutanckiego albumu?

Widzę, że mała scena się obroniła, mimo nietypowych czasów epidemii. A ja jestem zainteresowany głównie właśnie taką sceną piosenki artystycznej. To dla mnie powrót do formuły, w której działałem w latach 80. Nie liczę na dalszą współpracę z Elektrycznymi Gitarami, szczególnie w czasach, kiedy może brakować pieniędzy na duże imprezy. Poza tym w okolicach 60. roku życia już nie wypada mi uprawiać rockandrolla.

Zaufali nam

© 2021 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP