​Hasło niepodległości wyszło od robotników – wywiad z Andrzejem Gwiazdą
Na spotkaniach zaczęto mówić, że nie chodzi o same związki zawodowe, lecz o odcięcie się od Związku Radzieckiego. Nie musieliśmy wysuwać hasła niepodległości, bo w Wolnych Związkach Zawodowych hasło niepodległości wychodziło oddolnie. Robotnicy dochodzili do wniosku, że warunkiem poprawy sytuacji materialnej jest odzyskanie niepodległości – mówi w rozmowie z Hubertem Kowalskim Andrzej Gwiazda, który 40 lat temu współtworzył NSZZ „Solidarność”.

„Koncept”: Wielu mówi, że wydarzenia z sierpnia 1980 roku stanowiły początek końca komunizmu. A kiedy w Panu zrodził się ten sprzeciw wobec władzy komunistycznej?

Andrzej Gwiazda: Pamiętam, że w dzieciństwie, jeszcze przed wywózką do Kazachstanu, na sąsiedni dom spadła bomba zrzucona z samolotu, który miał czerwone gwiazdy na skrzydłach. Ta bomba zabiła konia. Wtedy przysiągłem sobie, że gdy dorosnę, to odpłacę za to bolszewikom (śmiech).

Udało się odpłacić m.in. w sierpniu 1980 roku. Jak Pan wspomina atmosferę, która wówczas panowała w społeczeństwie?

Dla nas była to kontynuacja walki. Wraz z żoną do opozycji przystąpiliśmy jawnie w 1976 roku, poparliśmy Komitet Obrony Robotników. Uznaliśmy, że skoro znaleźli się tacy wariaci, którzy chcą otwarcie sprzeciwiać się komunie, to nie mamy innego wyjścia – musimy iść z nimi do więzienia. Uznaliśmy, że w ówczesnej sytuacji politycznej nie powinniśmy za to dostać wyższej kary niż trzy lata więzienia. I trafiliśmy, bo akurat odsiedziałem trzy lata za swój sprzeciw.

Czy atmosferę z sierpnia 1980 roku można porównać z nastrojami, które panowały w marcu 1968 roku i grudniu 1970 roku?

Panowała opinia, że Polska była najweselszym barakiem w socjalistycznym obozie. Kiedy już można było wyjeżdżać do demoludów, pojechaliśmy do Bułgarii. Ale prawie nie spaliśmy, bo cały czas opowiadaliśmy Bułgarom dowcipy polityczne. Zasłaniali okna kocami, żeby sąsiedzi nie słyszeli, a przecież u nas często opowiadało się takie rzeczy. Mało tego, najprostszą drogą, by trafić do serca polskiego urzędnika i móc coś załatwić, było opowiedzenie trafnego dowcipu. Zatem to była kontynuacja tej samej walki. Po masakrze Wybrzeża w 1970 roku robotnicy próbowali odbić związki zawodowe z rąk władzy.

1

Jak doszło do tego, że zaczynając od postulatów robotniczych, przeszliście do sprawy niepodległości?

Wydaje mi się, że teoretycy usiłują to podzielić, natomiast tzw. „prosty lud” nie widzi tutaj sprzeczności. Wręcz przeciwnie, widzi bardzo wyraźnie, że jest to jedna sprawa, jedna walka. Byliśmy w opozycji nielicznymi inżynierami, ale znaliśmy problemy zwykłych robotników. Było oczywiste, że Komitet Obrony Robotników nie zrozumie potrzeb na tzw. „dole”, zatem sami robotnicy musieli zadbać o sprawy najdrobniejsze, musieli zacząć bronić się samodzielnie. Namawialiśmy kolegów, żeby rozpoznawali ekonomikę swoich zakładów pracy. Na spotkaniach zaczęto mówić, że nie chodzi o same związki zawodowe, lecz o odcięcie się od Związku Radzieckiego. Nie musieliśmy wysuwać hasła niepodległości, bo w Wolnych Związkach Zawodowych hasło niepodległości wychodziło oddolnie. Robotnicy dochodzili do wniosku, że warunkiem poprawy sytuacji materialnej jest odzyskanie niepodległości.

Co było bezpośrednią przyczyną strajków sierpniowych?

Wyzwanie do strajku nie jest etycznie proste, odpowiadaliśmy bowiem za losy tych, którzy odpowiedzieli na wyzwanie. Braliśmy tę odpowiedzialność, ale tę sytuację paradoksalnie rozwiązała bezpieka. Zwolniono dyscyplinarnie Anię Walentynowicz. Najważniejszym celem związków zawodowych była obrona kolegów przed represjami, zatem strajkowano w obronie Ani, która już wtedy była bardzo popularna. Zwolnili ją 7 sierpnia, a wydrukowanie ulotek zajęło nam tydzień. 14 sierpnia wybuchł strajk, a ulotki na jego temat zostały rozdane głównie przez wspierających nas studentów.

W jakich okolicznościach powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy?

Coraz więcej zakładów zaczynało strajkować, wszyscy wysuwali swoje żądania, więc powołanie jakiegoś ciała, które mogłoby koordynować żądania strajkowe i ułatwiać współpracę, było oczywistą koniecznością. Pamiętam, że Lech Wałęsa na posiedzenie komitetu strajkowego w stoczni wpuścił Bogdana Borusewicza, ale nas nie wpuścił, naciskano wówczas, żeby strajkujący odcięli się od opozycji. Usłyszeliśmy później, że Wałęsa ogłasza zakończenie strajku i kapituluje.

Pamiętam, że Lech Wałęsa na posiedzenie komitetu strajkowego w stoczni wpuścił Bogdana Borusewicza, ale nas nie wpuścił, naciskano wówczas, żeby strajkujący odcięli się od opozycji. Usłyszeliśmy później, że Wałęsa ogłasza zakończenie strajku i kapituluje.

Wiedzieliśmy, że mniejsze zakłady chciały strajkować, jednak mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju zdradą, więc powołanie MKS było jedyną drogą do uratowania strajku. Namawialiśmy różne załogi, aby przyłączyły się do nas. Gdy na resztkach paliwa wracaliśmy z rozmów z załogami, to okazało się, że na płocie stoczni siedzą młodzi chłopcy z biało-czerwonymi flagami. Powiedzieli, że zostało ich bardzo mało, ale siedzą na płocie, żeby Gdańsk widział, że strajk trwa.

Jak narodził się pomysł 21 postulatów?

Wybrano delegatów, ustalono regulamin podejmowania decyzji. Każdy delegat przedstawiał żądania ze swojego zakładu. To były żądania strajkowe, których spełnienie miało spowodować ponowne przystąpienie do pracy. Wybrano komisję, która miała ujednolicić listę żądań strajkowych. Okazało się, że nie było z tym specjalnego problemu, ponieważ podstawowe postulaty pokrywały się. Komisja uznała, że najbardziej reprezentatywne są postulaty naszego Elmoru. Listę żądań zamknęliśmy, gdy zgłoszonych było około 140 zakładów.

Jak wspomina Pan zawarcie porozumień?

MKS wystosował pismo z żądaniem rozmów. Cały czas władza naciskała, żeby strajk odciął się od opozycji. Pamiętam, że postawiono warunek, że w grupie negocjacyjnej nie może być nikogo z opozycji. Na to Lech Sobieszek odpowiedział, że zgadzamy się, ale pod warunkiem, że po stronie władzy nie będzie ani jednego partyjnego (śmiech).

Cały czas władza naciskała, żeby strajk odciął się od opozycji. Pamiętam, że postawiono warunek, że w grupie negocjacyjnej nie może być nikogo z opozycji. Na to Lech Sobieszek odpowiedział, że zgadzamy się, ale pod warunkiem, że po stronie władzy nie będzie ani jednego partyjnego.

Toczył się również spór o sposób zredagowania porozumienia. Każde słowo miało wagę prawną. Znaczenie miały nawet przecinki, które mogły zmienić wymowę dokumentu. Władza zgodziła się na niezależne związki zawodowe.

Uznaliście wtedy, że cel został osiągnięty?

Zawsze trzeba wyznaczyć sobie jakiś cel, żeby po jego osiągnięciu móc ewentualnie ustępować w innych sprawach. Kiedyś zaszyłem się w stoczni, żeby mieć chwilę spokoju i móc się zastanowić. Doszedłem do wniosku, że to porozumienie jest chwilowym zawieszeniem broni, które zostanie złamane, kiedy jedna ze stron poczuje się na tyle silna, aby je złamać. Oczywiście siła komuny była większa niż nasza. Uznałem, że musimy dążyć do takich sformułowań, żeby komuna przez pół roku nie mogła się z tego wyplątać. Uważałem, że okres półroczny wystarczy, aby z całej Polski zrobić jeden wielki obóz opozycyjny i nauczyć ludzi walki pozainstytucjonalnej. A jeżeli to osiągniemy, to możemy iść spokojnie siedzieć, ponieważ bez nas ludzie pociągną walkę sami. Ale niestety „Solidarność” została przesadnie scentralizowana, miała wodza, więc była słaba na poziomie oddolnym. Uderzenie w „Solidarność” nastąpiło nie po upływie pół roku, ale po 16 miesiącach. Związek konsolidował się, ale za późno. Gen. Jaruzelski uznał, że należy zaatakować z zaskoczenia.

Czy dziś czuje Pan satysfakcję, że ostatecznie udało się pokonać komunizm?

Oczywiście, że czuję satysfakcję, ale została ona zepsuta terminem realizacji naszych dążeń. To, o co walczyliśmy, tak naprawdę nie było realizowane przez wiele lat w III RP. Zaczęto to realizować dopiero kilka lat temu.

Zatem Wasz cel ostatecznie został osiągnięty?

W 1980 roku chcieliśmy kartki na mięso, ale, co ciekawe, w 1998 roku poziom spożycia mięsa był o 20 proc. niższy niż w 1980 roku, więc wtedy nasze dążenia nie były realizowane. Sytuacja społeczna była wtedy trudna. To zmieniło się dopiero niedawno. Chcieliśmy podwyżek płac, ale zależało nam, aby to robić z głową. Na zjeździe „Solidarności” zostało wyrażone stanowisko, że związek odrzuca podporządkowanie ekonomii jakiejkolwiek ideologii. Gospodarka miała kierować się prawami ekonomicznymi, które miały być chronione przed prawami ideologii. Gdy odrzucono ideologię, przyszła normalność, a w konsekwencji niepodległość. I o to walczyliśmy.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP