Gdy kapituluje państwo, wkraczają korporacje
Demonizowane korporacje dla tysięcy ludzi są jedyną szansą na przyzwoite zarobki i rozwój osobisty. Kariery w nich często są wieloletnie, nie wiążą się z ryzykiem i rozczarowaniami związanymi z własną działalnością i brakiem perspektyw odczuwalnym w wielu małych firmach.  
Demonizowane korporacje dla tysięcy ludzi są jedyną szansą na przyzwoite zarobki i rozwój osobisty. Kariery w nich często są wieloletnie, nie wiążą się z ryzykiem i rozczarowaniami związanymi z własną działalnością i brakiem perspektyw odczuwalnym w wielu małych firmach.   Logicznie rzecz biorąc, kiedy rzeczywistość odpowiada naszym oczekiwaniom, powinniśmy czuć się usatysfakcjonowani, ba – spełnieni. Tymczasem logika kompletnie zawodzi w przypadku absolwentów szkół wyższych. Bowiem, jak podały niedawno media, statystyczny polski absolwent uczelni może po ukończeniu studiów liczyć na 2500 zł brutto, czyli około 1800 zł na rękę. Z kolei z badań, dotyczących aspiracji tychże studentów, wynika, że świeżo upieczony magister będzie zupełnie zadowolony, jeśli pod koniec miesiąca na jego koncie znajdą się dwa tysiące złotych pensji. A jednak, mimo tak umiarkowanych oczekiwań, młodzi absolwenci często jedyną szansę na zbudowanie kariery widzą w pracy w korporacji. I coraz częściej nie jest to efekt rezygnacji z wymarzonych planów zawodowych, ale droga do ich realizacji. Obłoki zbyt wysoko Umiarkowane aspiracje absolwentów powinny być dla polityków poważnym sygnałem ostrzegawczym. Nie oznaczają one wcale, że młodzi Polacy przestali bujać w obłokach i zamiast marzyć o karierze godnej Jobsa, wolą skupić się na tym, co osiągalne. Aspiracje poniżej średniej krajowej dowodzą, że osoby z wyższym wykształceniem nie wierzą, że w Polsce uda się cokolwiek osiągnąć nawet zdolnym i dobrze przygotowanym osobom. Po prostu utarło się, że młodzi i zdolni, jeśli tylko mogą uciec za granicę, natychmiast to robią. W kraju pozostają ci, którzy godzą się z tym, że dyplom to dopiero zaproszenie do gry, a nie przepustka do kariery. Za dwa tysiące da się przeżyć, ale nie da się z tego odłożyć na mieszkanie czy samochód… Jest kilka podstawowych powodów takiego stanu rzeczy. Absolwent, który chciałby po studiach założyć własny biznes, teoretycznie może korzystać z unijnych programów i starać się o preferencyjne kredyty – nie trzeba mieć pieniędzy, wystarczy dobry pomysł. Tak samo teoretycznie każdy może zgłosić swoją aplikację w konkursie na prezesa, dajmy na to, Orlenu. W rzeczywistości bez niemałego wkładu własnego rozpoczęcie działalności jest nierealne. Bez bogatych rodziców lub wspólnika z kasą po prostu się nie obejdzie. Nawet jeśli pieniądze na początek się znajdą, to młody przedsiębiorca nie może liczyć na ulgowe traktowanie przez fiskusa. W Polsce nie ma przepisów, które łagodziłyby obciążenia podatkowe dla osób otwierających własne firmy. Niepraktyczni Fakt, że ponad 20 procent bezrobotnych to osoby poniżej 25. roku życia, jest również po części efektem złego systemu edukacji. Polskie uczelnie kładą w studenckie głowy mniej lub bardziej przydatną wiedzę, lecz kompletnie nie przygotowują ich na to, w jaki sposób z tą wiedzą wejść na rynek pracy. W wielu krajach Unii Europejskiej już dawno zauważono, że praktyki zawodowe i przygotowanie do budowy kariery jest równie ważne, jak podręcznikowe treści. Polski absolwent po opuszczeniu murów uczelni jest zwykle bezradny. Jego umiejętności poruszania się na rynku pracy ograniczają się do wypełnienia formularza CV, ściągniętego z internetu. Oczywiście, absolwent może zwrócić się do polskiej firmy – takiej z sektora MŚP, o którym politycy mówią zawsze pozytywnie, ale dla którego robią jak najmniej. Bardzo wysokie koszty pracy w Polsce skutecznie blokują możliwości takich przedsiębiorstw. Jeśli każdy tysiąc złotych, wypłacany pracownikowi, kosztuje pracodawcę kilkaset złotych haraczu na rzecz instytucji państwowych, to płaca, którą można zaoferować młodemu magistrowi, siłą rzeczy nie może być wysoka. W tej sytuacji jedyną deską ratunku jawi się to, co dla myślicieli spod znaku „Krytyki Politycznej” uchodzi za ostateczną kolaborację z systemem – zapukanie do drzwi korporacji. Tak, jednej z tych korporacji, które mają niszczyć indywidualność, czynić z pracownika trybik w maszynie, urządzać wyścig szczurów, rozbijać rodziny – i co tam jeszcze lewicowym aktywistom przychodzi do głowy. Jednak dla absolwenta praca w korporacji nie jest wcale definitywnym pożegnaniem z własnymi planami zawodowymi czy założeniem własnej firmy. Wręcz przeciwnie, bywa ona krokiem do zrealizowanie tych zamierzeń, których w inny sposób nie dałoby się wcielić w życie. Państwa w państwie Coraz więcej korporacji nie czeka, aż na ich biuro trafi CV absolwenta. Takie firmy same odławiają najlepszych w ramach specjalnych programów – i to bynajmniej nie na warunkach, które wiążą pracownika z korporacją na długie lata. Przykładem może być projekt realizowany przez właściciela sieci Biedronka, w ramach którego absolwenci kierunków ekonomicznych mogą liczyć na pracę w firmie na stanowiskach menedżerskich. Korporacja daje możliwość zdobycia doświadczenia i nabycia umiejętności, dzięki którym po kilku latach marzenia o własnym biznesie stają się realne. Jakie podmioty poza potężnymi firmami mogą zapewnić dostęp do bezpłatnych szkoleń, do poszerzania zawodowych umiejętności, nie mówiąc o pakiecie świadczeń socjalnych? Korporacje w coraz większym stopniu realizują kompetencje, tradycyjnie zastrzeżone dla państwa. Stają się parapaństwami. Ta tendencja niesie zagrożenia, ale ma też pozytywne aspekty. Skoro państwo nie jest w stanie ułatwić młodym ludziom startu zawodowego, dać dostęp nie tylko do doskonalenia umiejętności, ale nawet wykształcić zgodnie z oczekiwaniami rynku – to w ten obszar wkracza korporacja. Czy nam się to podoba, czy nie. Z korporacjami bywa trochę tak, jak z kredytami. Każdy wolałby kupić mieszkanie lub auto za gotówkę, ale ostatecznie bez zaciągnięcia zobowiązania się nie obędzie. Ostatecznie można mieszkać kątem u teściów albo sprzedawać bajgle…

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP