Full bajer
Pamiętacie z dzieciństwa barona Munchausena? Faceta, który był w krainie liliputów i olbrzymów, a i w jednej, i w drugiej znakomicie sobie poradził dzięki wrodzonej odwadze i sprytowi, a wszystko opowiadał swoim znajomym. Kiedy rozglądam się dookoła, także po świecie dziennikarskim, mam czasem wrażenie, że jestem otoczony przez Munchausenów.

Jeden jest geniuszem fizyki jądrowej i byłym mistrzem wszech sportów. Druga przez dwie dekady wciela w życie wyłącznie zasady moralne na poziomie niedostępnym innym. Trzeci jest geniuszem biznesu. Czwarty patriotyzm wyssał z mlekiem matki i nigdy pewnych rzeczy nie pisał. A ja ich znam od lat. I wiem jak było naprawdę. Problem w tym, że oni już wierzą w to, co mówi się o nich teraz.

Wyobraźcie sobie faceta, który przez cały czas przekonuje innych, że jest siłaczem. Robi to na tyle sugestywnie, że wszyscy mu wierzą. Tak naprawdę jest przeciętnym gościem, nie ćwiczy, ale rozwinął do perfekcji budowanie wizerunku siebie jako takiego drugiego Pudziana o nieprawdopodobnej krzepie. Z czasem zaczął sam w to wierzyć. Aż pewnego dnia trzeba rozładować ciężarówkę z workami cementu, porcją przekraczającą siły przeciętnego budowlańca, ale przecież nie naszego siłacza. Teraz ma do wyboru zaliczyć kompromitację albo uszkodzić sobie kręgosłup. Niestety to drugie jest bardziej prawdopodobne, bo przecież sam uwierzył w swoją własną ściemę.

Znakomity przykład triumfu etyki osobowości mamy dzisiaj wśród rozmaitych artystów, muzyków rockowych, aktorów.

Na tym właśnie polega różnica między etyką charakteru, a etyką osobowości, którą opisał słynny amerykański coach – Stephen Covey. Ta pierwsza rządziła mniej więcej do początku dwudziestego wieku. Ludzie, w tym politycy, liderzy, wybitni artyści, w większym stopniu skupiali się na pracy nad sobą niż na lansie. I w większym stopniu rozliczali się przed samymi sobą. Potem do gry weszły agencje PR i nowoczesna socjotechnika. Z czasem jeszcze media społecznościowe, w których na dobrą sprawę każdy staje się postacią publiczną. I zaczął się czas lansu. Ludzie, od premierów po kelnerów, zaczęli skupiać się na tym, jak widzą ich inni, a nie jacy są w rzeczywistości. W krótkoterminowej perspektywie daje to wspaniałe efekty. W dłuższej – prowadzi do depresji, chorób cywilizacyjnych, kłopotów wychowawczych. Bo także rodzice zaczęli lansować swoje dzieci, budować ich wizerunek zamiast skupiać się na tym jakie one są naprawdę.

Znakomity przykład triumfu etyki osobowości mamy dzisiaj wśród rozmaitych artystów, muzyków rockowych, aktorów. W środowiskach tych modne stało się dziś mówienie, że w Polsce panują dyktatura i faszyzm, nie ma wolności słowa. Oczywiście artyści owi ogłaszają to za pomocą największych telewizji albo na koncertach organizowanych – a jakże – przy pomocy publicznych pieniędzy. Mówimy o ludziach raczej już w średnim wieku, takich w okolicach rocznika Kuby Wojewódzkiego, więc z reguły idzie to w parze z historiami, że teraz trzeba walczyć jak to było za komuny, za dyktatury Jaruzelskiego. Otóż okazuje się, że z tą walką polskich artystów, szczególnie rockmanów, z komuną było co najmniej różnie. W książce „Partia z piosenką, piosenka z Partią” Karolina Bittner opisała jak naprawdę wyglądały te relacje. Różnie, artyści częściej byli po prostu narzędziem propagandy. Było tak, że w komisji weryfikującej muzyków po stanie wojennym był niejaki Zbigniew Hołdys, dla starszych Polaków wielki gwiazdor, dziś wielki „buntownik”, a zespoły rockowe grały na koncertach organizowanych po to, by odciągnąć ludzi od manifestacji antykomunistycznych. Bywało różnie, ale środowiska artystyczne na pewno wykazały się dużo mniejszą odwagą niż górnicy, hutnicy, szwaczki czy inżynierowie. Dziś ci poustawiani gwiazdorzy, którzy majątki nierzadko zbili właśnie za głębokiej komuny, plują na całą resztę, że śmią brać pięćset plus, kiedy oni walczą o „wolność i demokrację”. Złośliwie można by powiedzieć, że każdy ma takich „niezłomnych” na jakich sobie zasłużył.

Czy to oznacza, że nawet choć nieco nie można się lansować? W końcu bez forteli i bohaterskich gawęd o sobie nie mielibyśmy pana Zagłoby. Myślę, że po prostu warto z tym uważać. Bo zawsze jakiś gryzipiórek wygrzebie, ktoś ma lepszą pamięć niż inni albo po prostu sami siebie nabierzemy, udając, że jesteśmy kimś innym niż w rzeczywistości.


Polecamy artykuł:

Ból przybytku

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP