Doktorat z mody
Ludzie z wiekiem przestają nadążać za niektórymi aspektami rzeczywistości i trudno mieć do nich o to pretensje. Nawet nie tacy bardzo starzy. Ja na przykład nie korzystałem z aplikacji, która śmiesznie zmieniała twarze, a potem zapisywała dane na rosyjskich serwerach. Nie mogę przekonać się do wypożyczanych samochodów elektrycznych i hipsterskich napojów. Gorzej jest jednak, kiedy profesjonaliści przestają nadążać za tym, co się dzieje w ich profesjach.

Przynajmniej mam takie wrażenie, że nauczyciel, lekarz, naukowiec powinni w swoich dziedzinach śledzić, co się dzieje na bieżąco. Mogą używać Nokii 6310, grać w drugą część Simsów lub Cywilizacji, używać papierowej mapy zamiast nawigacji. Jednak w swoich zawodach powinni się rozwijać. Nie jestem przekonany, czy większymi problemami jest to, czy szkoła podstawowa ma mieć sześć czy osiem lat, jak jest dzielona kasa z NFZ, jak buduje się sylabus, niż to, że duża część przedstawicieli kluczowych zawodów swoją edukację kończy na zakuciu do ostatniego egzaminu na studiach. Wtedy się zaczyna problem, bo rzetelną wiedzę i rozwój zaczynają zastępować trendy.

W pewnym momencie lekarze zaczęli „naddiagnozować” celiakię. Nic dziwnego, skoro miała ją Goldie Hawn.

Weźmy za przykład lekarzy. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u mnie rzadko wówczas rozpoznawaną, a dziś powszechnie, nietolerancję pokarmową – celiakię. Nie mogę jeść glutenu. Wtedy informacji na temat tej choroby było jak na lekarstwo (choć lekarstwa na nią nie ma), podobnie jak nie było produktów bezglutenowych. Kilka lat później półki sklepów zaroiły się od chleba bezglutenowego, makaronu, jest nawet piwo. Dla mnie świetnie, gorzej, że okazało się, że cała rzesza ludzi nagle zaczęła chorować na nietolerancję glutenu. Jak tłumaczy znajomy lekarz, jego koledzy po fachu zaczęli „naddiagnozować” celiakię. Teraz wiele osób nagle odkrywa, że cierpiało na całkiem inną chorobę, jak choćby nadwrażliwość jelita, ale ponieważ modna była kilka lat temu dieta bezglutenowa, mówił o niej i tenisista Djokovic, i aktorka Goldie Hawn, i były prezydent USA Clinton, nastąpił wysyp zachorowań, przynajmniej na papierku od lekarza.

Nie inaczej jest w innych obszarach. Pewien znany komentator, profesor kilku warszawskich uczelni, ba, nawet doradca byłego premiera, stwierdził ostatnio, że powinniśmy odrzucać to, co polskie, a czerpać zza granicy, np. idee, technologie i tym podobne. Jako przykład pan Radosław podał odkurzacz Zelmer. Problem w tym, że odkurzacz Zelmer był akurat polskim produktem, dopiero potem firmę z Rzeszowa wykupili Niemcy. Nie inaczej było z pod piaseczyńskim Polkorem, który na początku lat 90. był jednym ze światowych pionierów w badaniach nad ekranami ciekłokrystalicznymi. Po wykupieniu przez kapitał zagraniczny fabryka została zamknięta, a know-how powędrował do Francji, Indii, Chin. Po dziesiątkach takich historii powstały, głównie w Azji, rozliczne opracowania krytykujące wyprzedaż przemysłu przez Polskę, Rosję i inne kraje w latach 90. Dziś rozwinięte państwa dbają jak o oko w głowie, by idee i projekty rodziły się właśnie na miejscu, i – co więcej – by nikt ich nie ukradł. A dlaczego rząd amerykański tak angażuje się w walkę z technologiami rozwijanymi przez konkurencyjnego dla Apple Huawei’a? A dlaczego niemieckie koncerny wydawnicze walczą na śmierć i życie z Google’m? To wszystko jest poza zasięgiem pana profesora. Zapamiętał sprzed 30. lat, że wtedy mówiono, iż polskość to obciach. I tak mu zostało.

Niestety, smutno to wygląda, kiedy ludzie na siłę podążają za trendami, które tak przyspieszają, że już i tak nadążyć nie mogą. Jeszcze smutniejsze, jak niektórzy gonitwą za trendami starają się przykryć własną ignorancję.

(not. ES)

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP