Co sprawia, że kochamy skoki?
Czy doczekaliśmy się następców Fibaka, Grubby czy Bońka? Niestety nie. Ale koniunkturę na Adama Małysza wykorzystaliśmy całkiem nieźle: gościmy zawody Pucharu Świata i mamy rozsądny program szkoleniowy polskiego związku narciarskiego.
Czy doczekaliśmy się następców Fibaka, Grubby czy Bońka? Niestety nie. Ale koniunkturę na Adama Małysza wykorzystaliśmy całkiem nieźle: gościmy zawody Pucharu Świata i mamy rozsądny program szkoleniowy polskiego związku narciarskiego. Kiedy w małym norweskim miasteczku Telemark w połowie XIX wieku wybudowano prototyp skoczni narciarskiej, nikt z grupy śmiałków tworzących wówczas podwaliny narciarstwa nie mógł przewidzieć, że właśnie rodzi się jedna z najpopularniejszych zimowych dyscyplin sportowych. Nie mogli też przewidzieć, że dzięki nim pewien niedoszły na szczęście dekarz z Wisły, stanie się największym bohaterem Polaków od czasów Jana Pawła II i Lecha Wałęsy. W czym tkwi fenomen tego sportu? Może w pewnym podobieństwie z lataniem, które od zawsze fascynowało i inspirowało człowieka? A może w ludziach, którzy decydują się go uprawiać? Warto przyjrzeć się temu fenomenowi w sposób bardziej kompleksowy. Paradoksalnie ułatwia to zakończenie kariery przez Adama Małysza. Choć brzmi to trywialnie, by skakać przede wszystkim potrzebne są góry i śnieg. Owszem, zdarzały i zdarzają się skocznie w miejscach takich jak Warszawa, ale nikt od końca lat 80-tych z nich nie korzysta. Drugi warunek to same skocznie, czyli infrastruktura, którą trzeba utrzymywać przez cały rok. Kluczowe są tradycje sportowe kraju i kultura oraz wysokość finansowych nakładów. W innych przypadkach sukces rodzi pieniądze, tworzy modę na daną dyscyplinę, co w konsekwencji daje większe szanse na wyłowienie i wychowanie kolejnych mistrzów i idoli. To właśnie stało się w Polsce. To wyróżnia skoki na tle całego polskiego sportu po 1989 roku. Idealne dla kibiców Skoki są dobrym przykładem sportu telewizyjnego, ale nie tak skrajnym jak na przykład kolarstwo, gdzie tylko telewizja daje nam pełen obraz zmagań. Kupując bilet na zawody, kupujemy możliwość zobaczenia na żywo wszystkich zawodników i wszystkich skoków. Jak to porównać z kibicowaniem na żywo Justynie Kowalczyk? Ten atut łączy się dodatkowo ze specyficznym napięciem, które wytwarza oczekiwanie na trwający kilka lub kilkanaście sekund skok. Trudno o takie emocje w przypadku podziwiania kilkugodzinnej harówki biegaczy czy biegaczek. Niektórzy niewiele się mylą porównując skoki do „cyrku objazdowego”. Rok w rok, od listopada do marca, co tydzień kolejne miasta na kilku kontynentach najeżdżane są przez „hordy” skoczków, ich sztaby trenerskie, dziennikarzy i ekipy telewizyjne, sponsorów. Zakopane nigdy nie przeżywa większego „oblężenia” niż w weekend zawodów Pucharu Świata. Ale wiele miejscowości dużo by dało, by się na tę listę załapać. Prestiż, pieniądze, obecność w mediach, turystyka to dodatkowe korzyści oprócz tych czysto sportowych. Romantyzmu już nie ma Warto pamiętać, że współcześnie sport zawodowy to idealne miejsce na testowanie technologii i nowych rozwiązań przez producentów sprzętu i dostawców różnych usług. Firmy ponoszą nakłady, ale później mogą je spieniężać w masowej produkcji. Buty, wiązania, narty, smary, kaski, kombinezony, odżywki i wiele innych testowanych jest właśnie m.in.: w skokach czy zjazdach. W tym aspekcie skoki nie różnią się od innych dyscyplin. Są świetnym polem doświadczalnym i nośnikiem reklamowym. Czasem zupełnie nowe rozwiązania budzą duże emocje i mają wpływ na wyniki czysto sportowe. Przykładem może być kombinezon czy wiązania butów skoczków: jakiekolwiek technologiczne usprawnienie może przyczynić się do minimalnego zmniejszenia oporu ciała czy powietrza. A to może stanowić istotną różnicę przy w miarę zbliżonym poziomie wytrenowania najlepszych zawodników. Dlaczego ich podziwiamy? Co powoduje, że skoczkowie stają się bohaterami mas? Że kochają ich miliony? Może pociąga nas tak duża zależność od sił natury? Misterny plan treningowy może zostać zniweczony przez silny wiatr czy niską temperaturę. Skoki to sport indywidualny, trzeba najpierw wygrać ze sobą, a dopiero później z innymi. Może zatem lubimy przyglądać się ludziom pokonującym własne słabości, ograniczenia i strach? Małysz, Hannawald czy Ammann nie są niedoścignionymi atletami, herosami wytrenowanymi do granic możliwości. To mężczyźni niepozorni, drobni fizycznie, chudzi. Zwyczajni. Kluczowa jest dieta, trening nastawiony na siłę i dynamikę, ale też fizyczna świeżość i mentalny luz. Oczywiście bez wrodzonych predyspozycji nie na szans na sukces i poważne skakanie. Adama Małysza niosły niesamowite mięśnie, złożone z białych włókien. Przeciętny Kowalski ich nie ma, ale widząc skoczka nie popada w przesadne kompleksy. Ciekawostką jest fakt, że skoczkowie nie stronią od papierosów czy piwa. W innych sportach absolutnie nie wskazanych. Tu reżim, oprócz tego wagowego, tak często podkreślany przez mistrza z Wisły, jest jednak mniejszy. Skoki poddają organizm potężnym obciążeniom, ale częste są przypadki sportowej „długowieczności”. Noriaki Kasai ma już 40-stkę. Inną kwestią jest odchodzenie w szczytowym momencie kariery – to potrafi niewielu, a Małysz jest przeciwieństwem na przykład Martina Schmitta. Herosi, ale tacy jak my Kim są ludzie, którzy pędzą na nartach 100 km/h i lecą w powietrzu przez kilkadziesiąt lub kilkaset metrów? By to robić trzeba być trochę szalonym, uzależnionym od adrenaliny i bać się niewielu rzeczy. Małysz po jednym ze swoich najsłynniejszych skoków powiedział: „Myślałem, że nigdy nie wyląduję”. Tylko ktoś naprawdę odważny porwałby się na skoki na „mamutach”, czyli skoczniach do długich skoków. Odległości sięgają tam nawet ćwierć kilometra! Przy dość zbliżonym treningu, w miarę podobnym sprzęcie i warunkach fizycznych to sfera psychiczna stanowi różnicę przechylającą szalę zwycięstwa. Oddając skok trzeba całą energię i koncentrację skierować na te kilkanaście sekund. Dla niektórych staje się to zbyt wyczerpujące. Wymieniony już Schmitt po jednym świetnym sezonie przez następne 10 lat próbował odnaleźć choć ułamek ówczesnej formy. Inni, jak nasz Małysz czy Hannawald, przez lata nie obniżają poziomu. Skoczkowie nie są wolni od pokus i problemów, jakie rodzić może wejście do świata mediów i celebrytów. Bartek Dobroch na łamach Tygodnika Powszechnego w tekście „Orła cień” (22.03.2011) uchwycił to w następujący sposób: ”Norweg Espen Bredesen poradził zagubionemu w natłoku pokus i propozycji skoczkowi (Adamowi Małyszowi – przyp.red.): będziesz naprawdę wielkim zawodnikiem dopiero wtedy, gdy nauczysz się odmawiać”. (…) Ten sam wir wyrzucił kiedyś na margines sportu Wojciecha Fortunę, po czym wessał do piekła alkoholizmu, podobnie jak najbardziej utytułowanego skoczka w historii Matii Nykanena, który po dekadzie triumfów objawił się jako striptizer”. Skromność, pozostawanie sobą, naturalność, brak pozy - to w nich kochamy. Skoki, jak jeszcze spora część sportu, jest jeszcze wolna od politycznej poprawności. Skoczkowie mówią, co myślą i wcale nie budzą tym zdziwienia czy oburzenia. Małysz podziwiający żonę, Stoch mówiący o Bogu, a młody Biegun z uśmiechem odpowiadający, że po swoim najlepszym występie po prostu pójdzie na pizzę, są tak samo naturalni jak my. Parafrazując słowa radiowego komentatora Tomasza Zimocha, wypowiedziane w trakcie szczytowego okresu „małyszomanii”, skoki narciarskie „przeskoczyły do naszych domów, przeskoczyły do naszych serc, przeskoczyły do naszej krwi”. Kto miał szczęście żyć w epoce Małysza i dziś już nie śledzi tak mocno wydarzeń ze świata skoków, na pewno i tak nie jest im obojętny. Chyba już zawsze będą nas fascynować ludzie podobni do nas, w których dostrzegamy boski pierwiastek, ludzie zmagający się z samym sobą i siłami natury.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP