Choinka w buszu
Buszuję po Azji od połowy lat 90. Rzucało mnie w tym czasie od Kaukazu przez Iran, Pakistan, Afganistan i Indie po Sri Lankę, Azję Południowo-Wschodnią, aż w końcu po drodze do Indonezji przystanąłem w Malezji. Byłem świadkiem wielu ciekawych wydarzeń; czasem dramatycznych jak wojna w Gruzji i Sri Lance, zamachy w Mumbaju czy nasycone eksplozjami wybory prezydenckie w Afganistanie.

Buszuję po Azji od połowy lat 90. Rzucało mnie w tym czasie od Kaukazu przez Iran, Pakistan, Afganistan i Indie po Sri Lankę, Azję Południowo-Wschodnią, aż w końcu po drodze do Indonezji przystanąłem w Malezji. Byłem świadkiem wielu ciekawych wydarzeń; czasem dramatycznych jak wojna w Gruzji i Sri Lance, zamachy w Mumbaju czy nasycone eksplozjami wybory prezydenckie w Afganistanie.Poza byciem świadkiem wybuchów ludzkiej głupoty i zacietrzewienia, których efektem jest wojna, starałem się miło spędzać czas i jak najwięcej zobaczyć. Jednak nawet najmilsze chwile mogą wymęczyć człowieka, jeśli bezustannie gdzieś goni. Dlatego pod koniec 2010 roku postanowiłem zatrzymać się w Malezji na Święta Bożego Narodzenia. Przypadek sprawił, że na wyspie Penang miałem znajomych Polaków. Parę z Warszawy, którą poznałem wiosną w birmańskim Rangunie. Mieliśmy się spotkać między innymi po to, żeby porozmawiać o projekcie okładki do mojej książki „Miraż. Trzy lata w Azji", którą wtedy zaczynałem pisać. Umówiliśmy się, że zrobimy sobie święta.

Tym razem już nie przypadkowo spotkałem Gosię i Tomka, z którymi po prostu umówiłem się w Hotelu Noble, obok China Town w Georgetown na wyspie Penang na zachodnim wybrzeżu archipelagu malajskiego. To miejsce szczególne. Kiedyś część kolonialnych Indii, perły w koronie. Wielokulturowa masala Hindusów, Chińczyków i Malajów. W samym Georgetown są dziesiątki meczetów, kościołów różnych wspólnot chrześcijańskich i buddyjskich pagód. Wyspa jest chyba światową oazą tolerancji i dowodem na to, że muzułmanie mogą żyć w zgodzie z hinduistami, chrześcijanami czy przedstawicielami innych religii. W czasie parady Chingay 18 grudnia, na której młodzież rywalizuje w noszeniu na głowie 20-metrowych flag, są obecni przedstawiciele wszystkich etnosów i bawią się wspólnie do późnej nocy roześmiani od ucha do ucha.

Na jednej z ulic jestem świadkiem sceny, która uroczo oddaje ducha tego miasta. Bank stoi naprzeciw zakładu jubilerskiego. Ochroniarze z obydwu firm wychodzą na papierosa, ze strzelbami na ramionach i w okularach przeciwsłonecznych. Obaj około pięćdziesiątki, jeden Malaj muzułmanin, drugi Hindus hinduista. Wyglądają jak czarne charaktery w Bollywood. Nudzi im się najwidoczniej, więc celują do siebie palcami ułożonymi w pistolet i z okrzykami "BUM" udają, że strzelają. „Stare byki bawią się w western jak chłopcy” - myślę sobie i popadam w kolejne zdziwienie bowiem muezin, który właśnie zaczął wzywać wiernych do namazu ma głos Krzysztofa Cugowskiego. Wyobrażam sobie pana Krzysztofa na czubku minaretu i jego skrzywioną twarz wzywającą Malajów do modlitwy. W pierwszy dzień świąt pojechałem do parku narodowego na plażę. Obserwowałem tam z uciechą muzułmańskie dziewczyny w czarnych chustach latające za motorówką na spadochronie. Kierowca motorówki robił sobie ewidentnie jaja, bo na jakiś czas zwalniał lub stawał w miejscu i ubrane od stóp do głów dziewczyny z piskiem opadały powoli z wysokości 50 metrów w wody cieśniny Malakka. Potem, zmoczone do suchej nitki lądowały znowu na plaży.

Gosia i Tomek od dawna nie byli w domu. Postanawiamy zrobić „polską” wigilię, której podstawą będzie pieczywo, o które nie jest tu łatwo. Marzą nam się zwykłe kanapki. Ogromny supermarket nie ma nam zbyt wiele do zaoferowania poza rybami. Za kawałek żółtego sera można kupić parę kilo owoców morza. Ale w sklepie panuje świąteczna atmosfera, na każdym piętrze przystrojone choinki i zniżki na malezyjskie wino. Muzułmanie widząc nas, białych krzyczą już z daleka: „Marry Christmas!” W dziale monopolowym rozbawia nas wódka „Polska“; na etykiecie widnieje orzeł… z dwiema głowami. Zastanawiam się, kto w tej odległej, na ogół muzułmańskiej krainie wpadł na pomysł nazwania wódki „Polska”.

Żyjemy na wielkiej planecie, ale świat jest mały i na dobrą sprawę więcej miedzy nami podobieństw niż różnic. Włodarze i mieszkańcy Penangu wiedzą o tym od setek lat, dlatego hołubią spokój.

Zaufali nam

© 2020 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP