C’est la vie
Le cabaret – to określenie, które na stałe wpisało się już w kanon rodzimego futbolu. Bynajmniej nie dotyczy ono poziomu polskiej piłki klubowej czy kolejnych nieudanych prób zawojowania Ligi Mistrzów i Ligi Europy. To słowa, którymi w 2016 roku wyniki plebiscytu „France Football” na najlepszego piłkarza globu skwitował Robert Lewandowski.

Mimo genialnego sezonu, zajął wtedy odległe 16. miejsce. Tej jesieni robi absolutnie wszystko, żeby nie dać głosującym innego wyboru i siłą wedrzeć się na podium. Ale wiecie co? Pierwsza trójka znów nie będzie dla niego. Tak już działa ten piłkarski świat. C’est la vie. Tej jesieni pewne właściwie są tylko trzy rzeczy. Wiadomo, podatki, spadające z drzew liście i gole Roberta Lewandowskiego.

Jeśli co weekend nie siadacie do telewizorów, by śledzić kolejne spotkania niemieckiej Bundesligi, to… właściwie nie musicie. Wszystkie portale w kraju i na świecie i tak poinformują o tym, co od początku sezonu w barwach Bayernu Monachium wyczynia Robert Lewandowski. Gdy powstaje ten tekst, nasz napastnik ma na koncie 20 goli w 16 meczach swojego klubu. Co najbardziej imponujące – w lidze trafiał już 14 razy, przynajmniej jednokrotnie w każdym z dziesięciu dotychczasowych spotkań. W Bundeslidze ma więcej goli niż wszyscy jego koledzy z drużyny razem wzięci.

Niesamowita forma Lewandowskiego skutkuje tym, że teksty o jego kolejnych wyczynach zazwyczaj można poznać po jednym, powtarzającym się słowie: „rekord”. Polak jako pierwszy w historii strzelił 10 goli w pierwszych 6 spotkaniach ligowych. Jest też rekordzistą, jeśli chodzi o najdłuższą serię spotkań z golem – wcześniej liderem w tej klasyfikacji był Pierre-Emerick Aubemayang z 8 kolejnymi meczami okraszonymi bramką. Polak awansował na 5. miejsce najskuteczniejszych graczy w historii Ligi Mistrzów. Coraz więcej mówi się też o jego szansach na to, by pobić pochodzący z 1972 roku wyczyn legendarnego Gerda Muellera, który w 34 spotkaniach Bundesligi wpisywał się na listę strzelców 40 razy. Jeśli Lewy nie zwolni tempa, powinien osiągnąć ten wynik bez większych problemów.

Rekordowy Lewandowski nie ma sobie równych i z wyższością może patrzeć nawet na piłkarskich „nadludzi” – Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Tym boleśniejsze jest graniczące z pewnością przeczucie, że gdy przyjdzie do podsumowań, o Lewandowskim znów się zapomni. Złota Piłka rządzi się swoimi prawami. Zamiast podium znów będzie Kabaret.

Awantura o Złoto

„Złota Piłka FIFA” jako nagroda dla bezapelacyjnie najlepszego zawodnika globu istniała w latach 2010–2015. Potem nastąpił rozłam i dwa współtworzące te plebiscyt byty – FIFA i prestiżowy magazyn „France Football” – wróciły do dawnego porządku. Teraz znów każdy sobie rzepkę skrobię. Plus jest taki, że aby za bardzo nie wchodzić sobie w drogę, Złota Piłka „FF” wciąż jest przyznawana w grudniu, a nowa „The Best FIFA Football Awards” we wrześniu. Ta pierwsza, przynajmniej w teorii, należy się najlepszemu graczowi danego roku kalendarzowego (teraz 2019), a druga temu, który najlepiej spisywał się w konkretnym sezonie (ostatnio 18/19).

1

Różnią się też kryteria wyboru. W przypadku Złotej Piłki specjaliści wybierają 30 zawodników. Potem głos wędruje w ręce dziennikarzy z całego świata, którzy z tej puli muszą wybrać swoich faworytów. W przypadku nagród FIFA mamy cztery kategorie jurorów – kapitanowie reprezentacji, ich selekcjonerzy, przedstawiciele mediów i kibice. Głosy każdej z grup stanowią proporcjonalne 25% wyników końcowego głosowania.

Zmierzając jednak do pointy – podział ten daje Robertowi Lewandowskiemu dwie szanse wdrapania się na szczyt rankingu najlepszych piłkarzy świata w skali roku. Mimo tej multiplikacji, szanse te pozostają niewykorzystane. I to coraz mniej z winy Lewego.

By wyjaśnić ten mechanizm, wróćmy na moment do wspomnianego już roku 2016. Warto wcześniej wspomnieć, że prawo głosu w plebiscycie Złotej Piłki mają dziennikarze ze wszystkich krajów zrzeszonych w FIFA. Taką samą wagę ma głos hiszpańskiego dziennikarza topowego medium, docierającego właściwie w każdy zakątek globu, i przedstawiciela niewielkiego rynku mediów sportowych z Wysp Cooka. W głosowaniu biorą udział ci, którzy w swoich krajach mają dostęp do pięciu największych lig świata, zmagań Ligi Mistrzów czy długo analizowanych transmisji najważniejszych turniejów, ale także ci, u których transmitowane są tylko skróty Premier League. Gdy oczekuje się fachowej decyzji dotyczącej futbolu z Cape Verde, Beninu, Komorów, Saint Kitts i Nevis czy Dżibutti trzeba przewidzieć ryzyko, że będzie ona wypadkową wyłącznie tego, co dociera do tych krajów, a nie fachową analizą całego rynku piłkarskiego. I tak, w rzeczonym 2016 roku, genialny sezon Lewandowskiego (ćwierćfinał Euro z Polską, król strzelców Bundesligi, trzeci najlepszy wynik strzelecki na świecie) przyćmiły takie oto dziennikarskie wybory: Namibijczyk na pierwszym miejscu umieścił portugalskiego obrońcę Pepe, żurnalista z Vanuatu wskazał tam brytyjczyka Jamiego Vardy’ego, o którym jeszcze rok wcześniej nie słyszał praktycznie nikt, a przedstawiciel Republiki Zielonego Przylądka postawił na bramkarza Rui Patricio, reprezentującego wtedy barwy Sportingu Lizbona. Wszyscy ci piłkarze, przez tym podobne wybory, znaleźli się ostatecznie przed Robertem Lewandowskim.

Walcząc o sprawiedliwość

– Lewandowski jest najlepszym środkowym napastnikiem świata i zdążył zyskać ogromny szacunek. Dajcie mu tę Złotą Piłkę! – zaapelował ostatnio dziennikarz niemieckiego portalu SPORT1 Maximilian Miguletz. To głos potrzebny, bo uświadamia nam, że nie tkwimy w ogólnonarodowym absurdzie, każącym przeszacowywać osiągnięcia naszego snajpera. Ten sam głos zmieni się jednak lada moment w przeciągły okrzyk zawodu.

Polski napastnik ma pecha – żyje w czasach dwóch „kosmitów” – Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Ostatnimi czasy piłkarsko je w tej samej knajpie, co oni. Co więcej, wybiera potrawy z droższej części karty. W opinii piłkarskich fanów z całego świata, kolejność jeszcze przez jakiś czas będzie wyglądała jednak tak: „kosmici” i długo za nimi ktoś trzeci, kto aktualnie notuje świetne wyniki. Zeszłoroczne zwycięstwo w walce o Złotą Piłkę Luki Modricia było wypadkiem przy pracy i reperkusją świetnych występów Chorwatów na Mundialu. Tego werdyktu dziś chyba wszyscy się zresztą trochę wstydzą…

W 2016 roku wyczyny Lewandowskiego przyćmiły takie oto dziennikarskie wybory: Namibijczyk na pierwszym miejscu umieścił portugalskiego obrońcę Pepe, żurnalista z Vanuatu wskazał tam brytyjczyka Jamiego Vardy’ego, o którym jeszcze rok wcześniej nie słyszał praktycznie nikt.

„Kosmitów” zdetronizować może tylko emerytura lub gigantyczny kryzys. To drugie hasło właściwie można jednak skreślić. Perfekcyjne jednostki, jakimi są Portugalczyk i Argentyńczyk, zdają się nie zmagać z ludzkimi problemami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy się przyjrzymy, okaże się, że Ronaldo w Juventusie nie spisuje się już tak dobrze jak w barwach Królewskich, a Messiemu sporą część roku zabrały kontuzje. „Kosmici” umiejętnie to jednak przykryli – Portugalczyk wygrał premierową edycję Ligi Narodów, nowego międzynarodowego turnieju reprezentacyjnego, a Argentyńczyk, gdy tylko pojawia się na boisku, jest do bólu skuteczny i podobnie jak Lewy sięga po kolejne, zakurzone rekordy. Oni w tym roku są więc nie do ruszenia.

Może więc Lewandowskiemu przypadnie trzecie miejsce? Niestety nie. Najpopularniejszymi klubowymi rozgrywkami świata są oczywiście Liga Mistrzów, ale i brytyjska Premier League, którą śledzi się absolutnie wszędzie. Te pierwsze rozgrywki w tym roku dość zaskakująco wygrał Liverpool. W tych drugich sięgnął po wicemistrzostwo (a teraz genialnie zaczął sezon 18/19). Już nagrody FIFA pokazały, że choć w „The Reds” najmocniejszy jest kolektyw i trudno wskazać indywidualności mające tak potężny wpływ na grę jak Ronaldo i Messi w swoich klubach, ankietowani czują potrzebę wyróżnienia tego klubu także w nagrodach dla konkretnych graczy.

I tak wskazują jednego z liderów – świetnego strzelca Salaha, genialnego obrońcę Van Dijka (to on był w trójce nagród FIFA) czy trudnego do pokonania bramkarza Allisona. Nawet jeśli dziennikarskie głosy rozproszą się między tę trójkę, ten, który uzbiera ich najwięcej, niemal na pewno i tak znajdzie się przed Robertem Lewandowskim.

Polskiemu graczowi przeszkadza epoka „kosmitów”, w której musi grać w piłkę. Przeszkadza mu międzynarodowy zasięg Bayernu Monachium, ustępujący najmocniejszym ekipom Premier League czy Primera Division. Nie pomagają wyniki reprezentacji, która nigdy nie będzie miała takiego potencjału jak Portugalia, Argentyna, Francja czy Brazylia. Istnieje realne ryzyko, że najlepszy piłkarz na świecie, który nigdy nie stanął na podium wielkich plebiscytów, będzie z Polski. Pozostaje liczyć, że szacowną komisję wreszcie ruszy sumienie. I w tym oczekiwaniu… cierpieć. Wszak w tym zawsze byliśmy dobrzy.


Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP