Boniek czyli „Bello di Notte”
Był świetnym piłkarzem, ale kiepskim trenerem. Jakim będzie szefem największego i najbogatszego związku sportowego w Polsce? Dopiero 25 lat po zakończeniu piłkarskiej kariery przez Zbigniewa Bońka można powiedzieć, że pojawił się polski zawodnik, który ma szanse dorównać talentem, sławą i osiągnięciami dzisiejszemu prezesowi Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Był świetnym piłkarzem, ale kiepskim trenerem. Jakim będzie szefem największego i najbogatszego związku sportowego w Polsce? Dopiero 25 lat po zakończeniu piłkarskiej kariery przez Zbigniewa Bońka można powiedzieć, że pojawił się polski zawodnik, który ma szanse dorównać talentem, sławą i osiągnięciami dzisiejszemu prezesowi Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jednak Robert Lewandowski (bo o nim mowa) to zupełnie inny homo sapiens – cichy, spokojny, nie wadzi nikomu. Boniek od zawsze był jak czynny wulkan, zarówno na boisku, jak i poza nim. Czasami szybciej mówił niż myślał. Arogancki i uparty. SB-ecy, którzy w 1986 roku (pod przykrywką działaczy sportowych) towarzyszyli polskiej reprezentacji podczas Mundialu w Meksyku pisali o nim, że ma „negatywny wpływ na atmosferę wśród zawodników”, bo wykłóca się o wyższe premie dewizowe dla piłkarzy, a tak w ogóle to na boku załatwia sobie „obuwniczy” kontrakt z Adidasem. Ale Boniek znał swoją wartość – na boisku nigdy nie odpuszczał, dawał z siebie wszystko. Na tle innych graczy wyróżniał się czymś deficytowym dla tego środowiska - elokwencją i błyskotliwością wypowiedzi.   Włoskie bożyszcze Piłkarsko przełomowy był dla niego rok 1982. W Polsce od kilku miesięcy trwał przybijający swymi restrykcjami i beznadzieją stan wojenny. A Zbigniew Boniek, wówczas piłkarz łódzkiego Widzewa i już reprezentant Polski, podpisuje kosmiczny w dziejach polskiej piłki nożnej kontrakt z Juventusem Turyn – Włosi wyłożyli za niego blisko 2 mln dolarów. To spora kwota jak na ówczes - ne czasy, nawet w przypadku najlepszych drużyn Europy. Ale latem tego roku, w trakcie Mistrzostw Świata Espana’82, Boniek udowadnia, że wart jest tych, albo nawet większych pieniędzy. Ustrzelony przez niego w meczu z Belgią hat-trick i styl, w jakim strzelał te bramki, na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. W Juventusie szybko się uczył – języka i gry na miarę jednego z najlepszych klubowych zespołów świata. Stworzył zgrany i masakryczny dla przeciwników duet z Michelem Platinim. Najważniejszymi golami zdobytymi przez Polaka w rozgrywkach klubowych były te strzelone w 1984 i 1985 roku. W pierwszym „Zibi” zdobył zwycięskiego gola w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym „Biała Dama” pokonała FC Porto 2:1. Rok później Boniek trafił również dwukrotnie w meczu o Superpuchar Europy, w którym „Juve” pokonało Liverpool 2:0. Z racji tego, że wszystko, co najlepsze wychodziło mu podczas meczów rozgrywanych wieczorem przy świetle jupiterów, włoscy komentatorzy sportowi nadali mu – dość dziwaczny jak na piłkarza - przydomek „Bello di Notte” (Piękność Nocy). Karierę piłkarską skończył w 1988 roku, w wieku 32 lat, będąc już zawodnikiem innego włoskiego klubu – AS Romy. Zamarzyła mu się praca trenera. Podstawy miał, bo skończył w międzyczasie szkołę trenerską. Będąc bożyszczem w piłkarskich Włoszech nie miał problemu z ofertami. Miał jednak inny problem, który często dotyka dobrych piłkarzy. Nie zawsze się sprawdzają na ławce trenerskiej. Wystarczy wspomnieć, że już dwa lata po zakończeniu kariery, z US Lecce (1990) spadł do drugiej ligi. Sytuacja powtórzyła się rok później z AS Barii. Potem jeszcze, bez powodzenia, prowadził dwa kluby Serie B i jeden trzecioligowy. – Trenerka nie jest dla mnie. Nie chcę się codziennie zamartwiać kto, gdzie i w czy ogóle ma grać – tłumaczył kilka lat później w jednym z wywiadów.   Boniek w składzie porcelany Zdecydowanie lepiej Zbigniew Boniek poradził sobie w biznesie. Był jednym z pierwszych, którzy handlowali na polskim rynku prawami do transmisji meczów. W przeciwieństwie do większości jego kolegów z czasów reprezentacji, nie przemija wartość marketingowa jego nazwiska. Przed i w trakcie Euro 2012 był wraz Marco van Bastenem i Louisem Figo twarzą piwa „Tyskie”. Grzegorz Lato, czy Andrzej Szarmach mogli tylko pomarzyć o takich zleceniach – reklamowali co najwyżej produkty sprzedawane w TV Mango. I może właśnie ten celebrycki sznyt Bońka miał istotne znaczenie przy wyborze nowego prezesa PZPN jesienią ubiegłego roku. Związku, którego wizerunek za prezesury Laty sięgnął bruku. To, że to reklamodawcy mają coraz więcej do powiedzenia nie tylko w polskiej, ale i europejskiej piłce, wiedzą ci, którzy znają ten „przemysł” od kuchni. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że jednym z głównych powodów organizacji przez Polskę i Ukrainę zeszłorocznego Euro była chęć zdobycia przez potężne koncerny ogromnych, nienasyconych jeszcze w przeciwieństwie do Niemiec, Francji, czy Hiszpanii - rynków zbytu. Sam Boniek w sprawie własnego kontraktu reklamowego potrafi zachować się jak słoń w składzie porcelany. Będąc wciąż twarzą jednej z firm bukmacherskich ani myśli zawiesić tę współpracę twierdząc, że jest obywatelem Włoch, a poza tym pozwala mu to na komfort pracy za darmo w PZPN ( Lato co miesiąc pobierał z kasy Związku ok. 50 tys. zł). Problem w tym, że od czasów tzw. afery hazardowej, w Polsce zabroniona jest w ogóle reklama i promocja bukmacherki w sporcie. Boniek ma zdanie na ten temat. - Mam nadzieję, że będziemy wreszcie normalnym krajem i bukmacherzy będą mogli zostawiać tu wielkie pieniądze, zatrudniać ludzi do reklamy, być sponsorami tytularnymi lig czy wspierać kluby. Ustawa jest chora. Z tego powodu, że się dwóch gości spotkało na cmentarzu, nie powinien cierpieć cały polski sport – przekonywał niedawno.   Utalentowane towarzystwo Niebawem minie pół roku, jak został szefem polskiej piłki. Najistotniejsze decyzje, jakie dotąd podjął, miały charakter głównie wizerunkowy – nie będzie budowy nowej siedziby PZPN, obniżka cen biletów na mecze reprezentacji, nie biorę kasy za prezesowanie. Ale może tak trzeba i tylko tego brakowało. Kasa jest, sponsorzy są, wszystko się kręci. Zapewne jest coś w tym, co się mówi o piłkarzach Juve za czasów Zbigniewa Bońka. Zdecydowana większość z nich dobrze odnalazła się w życiu, bo to były bystre i utalentowane chłopaki. Zoff, Prandelli, Gentile, Tardelli – z sukcesem trenowali nie tylko drużyny Serie A, ale też reprezentacje. Bettega był wieloletnim dyrektorem sportowym w Turynie. Platini – wiadomo, szefuje UEFA. Boniek rozpoczął swoją przygodę z PZPN-em. A jeden z ich boiskowych kolegów został nawet wziętym malarzem. Czyż nie utalentowane towarzystwo?   Jarosław Heinze

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP