Łączka - warszawski Katyń...
Najpierw ich mordowano, a potem przez cały PRL mordowano pamięć o nich. Ale po 1989 r. niewiele się zmieniło. Przez 23 lata wolnej, wydawałoby się, Polski państwo nie zrobiło nic, aby przeprowadzić ekshumacje na „Łączce” – kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach. Mimo, że wiele wskazywało na to, że tu właśnie – od połowy 1948 r. – oprawcy przewozili ciała zabitych w więzieniu na Rakowieckiej polskich patriotów. Potajemnie, pod osłoną nocy. Komunistyczny mord miał na zawsze pozostać tajemnicą.
Najpierw ich mordowano, a potem przez cały PRL mordowano pamięć o nich. Ale po 1989 r. niewiele się zmieniło. Przez 23 lata wolnej, wydawałoby się, Polski państwo nie zrobiło nic, aby przeprowadzić ekshumacje na „Łączce” – kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach. Mimo, że wiele wskazywało na to, że tu właśnie – od połowy 1948 r. – oprawcy przewozili ciała zabitych w więzieniu na Rakowieckiej polskich patriotów. Potajemnie, pod osłoną nocy. Komunistyczny mord miał na zawsze pozostać tajemnicą. Zrzucali ich – tak jak w Katyniu – do bezimiennych dołów. Nago, czasem w więziennych butach i ze związanymi rękami. Niektóre ofiary miały na sobie mundury Wehrmachtu… Aby bohaterowie Polski nigdy nie zostali odnalezieni, doły śmierci zasypano grubą warstwą ziemi. Czasem dodatkowo wapnem, aby zatrzeć wszelkie ślady. Najpierw barbarzyńcy zrobili tam kompostownię, potem śmietnik. Katyń tym się różni od „Łączki”, że tam Sowieci ustawili latrynę. Jeden strzał Wcześniej, w więzieniu mokotowskim, mordowali katyńskim strzałem w tył głowy. „Gdy usłyszałem szept: już idą, zbliżyłem się do okna razem z dwoma współwięźniami, którzy znali Witolda Pileckiego. Nie zapomnę tego widoku. Prowadzono dwóch skazanych. Pierwszy pojawił się Pilecki. Miał usta zawiązane białą opaską. Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego. A potem salwa” – zapamiętał ks. Jan Stępień, więzień katowni na Rakowieckiej. Egzekucję Pileckiego – w czasie niemieckiej okupacji dobrowolnego więźnia Auschwitz – nadzorował Ryszard Mońko, zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych: „25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu, z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządziło MBP. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał”. Mońko żyje do dziś w Hrubieszowie, „nie nękany” przez Temidę III RP. Czy dlatego, że wymiar sprawiedliwości dzisiejszej Polski jest bezpośrednią kontynuacją komunistycznego bezprawia? Mimo, że protokół wykonania kary śmierci mówi o plutonie egzekucyjnym, strzelał jeden etatowy morderca – starszy sierżant Piotr Śmietański. Za najważniejszych „bandytów” dostawał premie. Ciało Pileckiego wywieziono za bramę więzienia na małym drewnianym wózku ciągniętym przez konia. Gdzie zbrodniarze pogrzebali bohaterskiego rotmistrza – nie było wiadomo przez następne 64 lata. Dzięki IPN-owi dziś wiemy już na pewno, że został zrzucony do dołu na obrzeżach Cmentarza Wojskowego na Powązkach. Czyli właśnie na „Łączce”, która dziś należy do nekropolii. Elity i „elity” Warszawskie Powązki Wojskowe to miejsce szczególne. Dzieci PRL-owskich prominentów chodzą na groby swoich przodków, zapalają lampki. Tu, w kwaterze zasłużonych, spoczywają Bierut, Berman, Gomułka. Tu z pewnością spocznie Jaruzelski. Chowany z honorami, kompanią reprezentacyjną, przy udziale najwyższych władz. A potomkowie ofiar? Oni w wolnej Polsce nie mają takiego „przywileju”, bo grobów ich ojców czy dziadków cały czas nie ma. Dopiero teraz – w ubiegłym roku – ekipie Instytutu Pamięci Narodowej pozwolono rozpocząć ekshumacje w kwaterze „Ł”. Szkoda, że nie doczekała tego Maria Fieldorf. Bo na „Łączce” historycy szukają też szczątków jej ojca – szefa Kedywu AK gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”; prezesa IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość ppłk. Łukasza Cieplińskiego; obrońcy Wybrzeża we wrześniu 1939 r. kmdr. Stanisława Mieszkowskiego. I około 300 innych żołnierzy i dowódców, przedstawicieli polskiej inteligencji, elity II RP. Ale już zaczęły się kłopoty, próby blokowania tych prac. Bo z „Łączką” okrągłostołowe „elity” mają kłopot. Po odkopaniu wszystkich szczątków, ich identyfikacji i pochowaniu w grobach, prędzej czy później pojawi się pytanie: kim są mordercy. A to kierownictwo partii i państwa, bezpieki i Informacji Wojskowej, „oficerowie” śledczy, prokuratorzy, którzy oskarżali, sędziowie, którzy wydawali wyroki. Za każdą ofiarą kryje się cała masa nazwisk. Wśród nich towarzysze z sąsiedztwa: Bierut, Berman, Gomułka. I wielu innych. Romkowskich, Wolińskich, Fejginów, Michników. Część żyje do dziś w Polsce, Wielkiej Brytanii, Szwecji... Tam są szanowanymi obywatelami, a u nas pozostają bezkarni. Powód? Ich związki z dzisiejszymi zarządcami Polski. Ojciec wrócił do nas Podczas ubiegłorocznych ekshumacji IPN wykopał na „Łączce” szczątki 109 polskich patriotów. Do dziś zidentyfikowano trzech z nich. Pierwsza ofiara to żołnierz „Zapory” – Stanisław Łukasik (piszemy o nim obok). Druga – Eugeniusz Smoliński (rocznik 1905), wybitny chemik, którego wiedza z zakresu materiałów wybuchowych służyła Komendzie Głównej AK. W 1945 r. komunistyczne władze zgodziły się na jego plan uruchomienia fabryki zbrojeniowej w Łęgozowie koło Bydgoszczy. W lipcu 1947 r. rozpoczął produkcję trotylu. Miesiąc później zatrzymany pod fałszywym zarzutem sabotażu. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu (Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy w procesie pokazowym) skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 9 IV 1949 r. Gdy córki Eugeniusza Smolińskiego straciły ojca, jedna miała trzy lata, druga 11 miesięcy. – Mama całe swoje długie życie czekała na tatę, do końca nie wierzyła w jego śmierć – wspominają. – Przecież obiecał, że wróci. Wrócił do nas teraz. Pochować we wspólnej mogile Trzecia ofiara to Edmund Bukowski (rocznik 1918), Wilnianin, porucznik Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego. Po 1945 r. nie złożył broni, by przez całą Europę wozić rozkazy i fundusze służące walce o wolną Polskę. Wielokrotnie odznaczony, m.in. Krzyżem Walecznych. Aresztowany 28 VI 1948 r. W ciężkim śledztwie nie przyznał się do antypolskiej działalności. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu (Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie) skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 IV 1950 r. – Gdy zabrali mi ojca, miałem osiem miesięcy. Nie było też mamy, która jako łączniczka odsiadywała wyrok 15 lat więzienia. Wychowywali mnie dziadkowie. Z naszej rodziny komuniści aresztowali 16 osób – mówi Krzysztof Bukowski, syn porucznika Bukowskiego. – Przez lata nie wiedziałem, co się stało z ojcem. W PRL-u ZUS nie chciał uznać go za zmarłego. Zdaniem Krzysztofa Bukowskiego wszystkie ofiary należy złożyć we wspólnej mogile w miejscu, gdzie ich szczątki zostały odnalezione. – W przeciwnym razie rozproszą się po różnych miastach, gdzie spoczną w rodzinnych grobach. Przez ostatnie lata trudno było upamiętnić ofiary komunizmu. Ich wspólny grób może zaświadczać o tym, co ci ludzie przeżyli.

Zaufali nam

© 2019 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP