Wyswobodzić się z kokonu
Właśnie wydała swoją pierwszą książkę. Szturmem podbiła telewizję. Jej programy przyciągają tysiące widzów, a YouTube co tydzień wypełnia się fragmentami jej programów, w których potrafi zdrowo „zaorać” polityka. O kampanii prezydenckiej będącej doświadczalnym poligonem, dzięki którym dziś ze swadą porusza się w dziennikarskim fachu i płynie pod prąd, wbrew wizerunkowi wykreowanemu jej przed laty przez media, z Magdaleną Ogórek rozmawia Alexandra Kozowicz.

Alexandra Kozowicz: „Studio Polska” to tylko jeden z programów w TVP Info, w którym można panią ostatnio zobaczyć. Niektórzy porównują formułę „Studia” ze słynnym amerykańskim - „Jerry Springer Show”.

Magdalena Ogórek: Nic dziwnego. Prowadzący nie znają publiczności, rozmówców, nie wiadomo z jakimi poglądami przyjdzie się zmierzyć. Nikt nie weryfikuje uczestników. „Studio Polska” to żywa materia, którą nie da się sterować, można tylko próbować ujarzmiać. I do tego trwa ponad 100 minut! W trakcie pracy nad tym programem okazało się, że prowadzenie takiego politycznego talk-show, to formuła wprost wymarzona dla mnie.

Taka formuła wymaga od prowadzącego umiejętności improwizacji. Podobnej adrenaliny dostarcza pani program„W Tyle wizji”?

Tam możemy się nieco przygotować, bo komentujemy informacje polityczne związane z bieżącym dniem. Robimy to w parach, zmieniamy się, ciągle współprowadząc program z kimś innym, co pozwala na pewnego rodzaju wymianę myśli. Widzowie pokochali tę satyryczną i spontaniczną formę dziennikarstwa i bardzo żywo reagują. Ze wszystkich produkcji, które współtworzę, to właśnie ten program wywołuje najwięcej emocji i jest rodzajem barometru ulicznego.

W programie „O co chodzi” potrafi pani, mówiąc językiem YouTube’a - „zaorać” polityka. To już nie kwestia improwizacji, a znakomitego warsztatu dziennikarskiego. Dziennikarstwo traktuje pani jako rodzaj kolejnego wyzwania zawodowego czy misję?

Jeśli jako misję, to pewnie nie wszyscy pamiętają, ale przygodę z telewizją rozpoczęłam na długo przed kampanią prezydencką. Swój pierwszy program prowadziłam w TVN24 Biznes i Świat.

Był to „Świat”, prowadzony na zmianę z Bartoszem Węglarczykiem, a potem autorski „Atlas Świata”. A wcześniej zagrała pani kilka epizodów w serialach.

Próbowano to wykorzystać przeciwko mnie, wyśmiewając ów fakt w czasie kampanii prezydenckiej. A praca na serialowym planie oswoiła mnie z kamerą, co przydało mi się później w niezliczonych sytuacjach. Wielu polityków płaci za szkolenia obejmujące takie praktyki, a ja dostałam taką możliwość w formie cennego doświadczenia zawodowego. Podobnie próbowano zdyskredytować praktyki i staże, które zaraz po studiach odbywałam w Kancelarii Prezydenta, tak jakby fakt, że nie ma się znajomości, układów i nie od razu za pracę dostaje się przyzwoite pieniądze był czymś niestosownym. Człowieka determinują doświadczenia.

Co było takim najbardziej determinującym doświadczeniem?

Kampania prezydencka. Była jak skok na głęboką wodę, codziennie odwiedzałam cztery, pięć miast. Rozmawiałam z setką ludzi, udzielałam wywiadów, wokół mnie było mnóstwo kamer. To był żywioł w maksymalnym stężeniu przez prawie pół roku. Po takim doświadczeniu człowiek staje się odporny niemal na wszystko. Dotyczy to zarówno plotek na mój temat, jak i kłamstw grubszego formatu. Wektor stresu został przesunięty gdzie indziej.

Gdzie?

Nie wiem właściwie, co musiało by się stać, żeby mnie wyprowadzić z równowagi. Kampania jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. To ring najcięższego kalibru.

Startując w tym ringu wierzyła pani, że uda się wygrać walkę?

Prezydent Bronisław Komorowski był tak fatalnym prezydentem, że wiedziałam, że mogę być lepszym. Obserwowałam go, wiedziałam gdzie popełnia błędy i co można było zrobić lepiej. Sytuacja, w której prezydent wychodząc do ludzi, albo reprezentując Polskę poza jej granicami, potrzebuje suflera, który musi mu ciągle mówić, co ma powiedzieć lub kiedy się ukłonić to było kuriozum. A już najbardziej raziło mnie jego oderwanie od rzeczywistości. Względy formalne - konstytucja pozwalała mi wystartować: miałam ukończone 35 lat, zebraliśmy pół miliona podpisów i początek kampanii zapowiadał się optymistycznie. Każdy polityk, decydujący się na start w wyborach musi być przygotowany na ataki. Wiadomo, że będzie się działo wszystko.

Pani była przygotowana?

Nie byłam przygotowana na tak wysoki poziom mizoginizmu i seksizmu z jakim się wówczas spotkałam. Na ataki związane z aparycją, wszystkim, tylko nie tym, co związane jest z programem wyborczym; ataki tuzów dziennikarstwa, którzy ani na moment nie zechcieli spojrzeć z nieco innej perspektywy, wyswobodzić się z kokonu myślenia stereotypami. Paradoksalnie te ataki najbardziej mnie wzmocniły – czuję się silniejsza i to daje mi ogromną pewność siebie. Długo po tej kampanii nie zabierałam głosu na temat manipulacji i kłamstw jakie padły na mój temat.

Jakie to były kłamstwa?

Chyba łatwiej byłoby mi wymienić, co prawdziwego zostało powiedziane wówczas na mój temat. Magda Ogórek, o której można było przeczytać wówczas w mediach, to był ktoś kogo nie znałam. Teraz z uśmiechem i dystansem patrzę na wizerunek wykreowany przez media. To nieprawdopodobne jak bardzo mogą go zniekształcić. Nie miałam za bardzo instrumentów, by obnażyć te kłamstwa. Myślę, że po czasie wszystko samo się zdemaskowało. W sprawach najbardziej rażących mój prawnik wystosował pozwy.

Co było najtrudniejsze w tej kampanii?

Brak odpowiedniego zaplecza. Z partią, która miała mnie poprzeć, toczyłam boje. Kampanii prezydenckiej nie da się prowadzić w pojedynkę, bo wiadomo, że pojawią się błędy i będziemy liczyć straty, których nie da się nadrobić. Sama jedna nie byłam w stanie osobiście dementować kuriozalnych nagłówków, jakie pojawiały się w liczbie czterdziestu dziennie - w prasie, telewizji czy internecie. Jak na to całe szaleństwo, wynik, który uzyskałam, był honorowy.

Te kuriozalne nagłówki to był hejt?

Tak, rodzaj wszechobecnej ostatnio w mediach, społecznościach, w ogóle w przestrzeni publicznej - niechęci i hejtu wobec wszystkich i wszystkiego. To istna plaga naszych czasów i nikt chyba nie ma pomysłu jak nad tym zapanować. Trochę potrwa, zanim zmienimy nasze myślenie, przestaniemy tabloizować życia innych ludzi, oceniać obrazkiem, bez wgłębiania się w istotę rzeczy. Druga sprawa, że jeśli kobietę uważa się za atrakcyjną, to niektórzy zawsze zaczynają się doszukiwać w tym okazji do drogi na skróty.

Kobietom jest trudniej?

Jako kobieta muszę czasem tłumaczyć się z tego, jak wyglądam lub z tego, jak się ubieram – mężczyzna nie musi odpowiadać na takie pytania. Siłą rzeczy atrakcyjny wizerunek jest zawsze infantylizowany. Nie ważne co przeczytałaś, ważne jak wyglądasz. Wiele osób postrzega kobiety przez pryzmat obrazka i odmawiając im pewnych zachowań, praw, wyborów. Inna sprawa, że odkąd stałam się rozpoznawalna próbuje się mnie za wszelką cenę wtłoczyć w celebrycki świat. A mój świat jest gdzie indziej.

Hejt to istna plaga naszych czasów.

Nie jest to świat polityki ani mediów?

W rubrykę „zawód” zawsze wpisuję – historyk. Gdybym miała jeszcze raz dokonać wyboru kierunku studiów jakiego dokonałam kilkanaście lat temu, niczego bym nie zmieniła. Czerpię z niego na każdym etapie pracy zawodowej. Historia jest królową nauk, pozwala lepiej rozumieć mechanizmy jakie rządzą światem i polityką, pozwala na lepsze formułowanie myśli. Większość swojego czasu spędzam na badaniach historycznych. Praca nad ostatnią książką zajęła mi prawie cztery lata. Czytelnik portalu plotkarskiego nigdy się o tym nie dowie.

Cztery lata się opłaciły, bo historia, którą opisała pani w „Liście Wachtera” to były badania, które doprowadziły do zwrotu zrabowanego w czasie wojny dzieła. Taka historia to marzenie każdego historyka!

Rozpoczynając pracę nad nią, nie spodziewałam się, że będzie to historia z tyloma dnami. A kiedy zorientowałam się, z jakim potencjałem mam do czynienia, nie mogłam uwierzyć, że to mnie przytrafiło się coś takiego. Był to efekt różnego rodzaju zbiegów okoliczności, ale i godzin mrówczej pracy. Ta historia mnie znalazła. Oswajam się z komplementami, jakie otrzymuje od czytelników - zdarza się, że ktoś porównuje moją książkę do prac Waldemara Łysiaka albo Dana Browna, co przyjmuję z niedowierzaniem, ale też z ogromną radością. A sama historia? Uważam, że jest ważna i warta przedstawienia szerokiej publiczności. Ciągle siedzę w historii rodziny Wachterów. Jeśli nazbieram dość materiałów, to jeszcze do niej wrócę. I napiszę kolejną książkę.

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP