W polityce chodzi o wiarę w ludzi
O wolności debaty, medycznej marihuanie i walce o dobro obywateli ponad politycznymi podziałami z Piotrem Liroyem-Marcem, posłem na Sejm RP VIII kadencji, członkiem ruchu Kukiz’15 rozmawia dr Mikołaj Mirowski.

Mikołaj Mirowski: Zacznijmy od pytania o wolność słowa, wywołanego ostatnio w mediach przy okazji sprawy Rebekki Kiessling, działaczki antyaborcyjnej, której odmówiono wygłoszenia wykładów między innymi na Uniwersytetach Warszawskim i Jagiellońskim. Czy Pańskim zdaniem to cenzura?

Piotr Liroy-Marzec: Ostatnio mamy wiele przypadków cenzury – czy raczej prób cenzurowania – rozmaitych wypowiedzi. Nie jest to zresztą nowe zjawisko, bo podczas poprzednich rządów również zdarzały się takie sytuacje. Uważam, że akurat dyskusja wokół aborcji ma sens jedynie wtedy, gdy można wysłuchać racji wszystkich stron. Uczelnie mają jednak swoje regulaminy i organy decyzyjne, więc to przede wszystkim sprawa wewnętrzna, na którą nie powinno się wywierać nacisków.

Wobec Rebekki Kiessling padały zarzuty o to, że nie jest badaczką, tylko działaczką społeczną, a w dodatku jej wypowiedzi nie można byłoby skonfrontować z odmiennym stanowiskiem.

Jeśli ktoś chce wygłosić wykład, a ktoś inny go posłuchać, to nie można tego zabraniać. Nie żyjemy przecież w faszystowskim kraju, który blokowałby możliwość spotykania się i wymiany poglądów. Każdy może zaproponować treść jakiegoś wystąpienia, tak jak artysta, który ma prawo prezentować swoją twórczość, a odbiorcy mogą decydować, czy poświęcić mu swój czas i pieniądze.

A jak odnosi się Pan do pojęcia wolności słowa w kategorii obrazy uczuć religijnych? W mediach toczyła się na ten temat zażarta dyskusja choćby wokół spektaklu „Klątwa”.

Uważam, że sztuka powinna zadawać trudne pytania, natomiast należy być z tym ostrożnym. Nasza wolność kończy się przecież w momencie, gdy wchodzimy z butami w wolność innego człowieka. Trzeba rozumieć odpowiedzialność tego pojęcia. Z pewnością nie można celować w obrazę czyichś uczuć – nie tylko religijnych – jedynie po to, żeby zyskać rozgłos. Według mnie to niepisane prawo obowiązujące wszystkich.

Jeśli ktoś chce wygłosić wykład, a ktoś inny go posłuchać, to nie można tego zabraniać.

Ostatnimi czasy stał się Pan twarzą walki o legalizację medycznej marihuany. Jak dziś wygląda ta sprawa?

Wydaje się, że dziś, ponad rok od złożenia projektu ustawy, jesteśmy na finiszu. Dostałem informację, że ustawa będzie rozpatrywana w trybie przyspieszonym, więc drugie czytanie w Sejmie to jedynie kwestia czasu. Podpisany już projekt refundacji leków bazujących na medycznej marihuanie był pokłosiem spotkania z Jarosławem Kaczyńskim, w którym udział oprócz mnie wzięli Dorota Gudaniec i doktor Jerzy Jarosz. Niestety w międzyczasie odbyły się prace komisji, które podziurawiły moją pierwotną propozycję. Oczywiście jestem otwarty na zmiany – projekt ma przecież służyć ludziom chorym i dlatego musi być perfekcyjny. Wydaje mi się jednak, że nie wszystkim członkom komisji przyświecała taka idea. Jedna z bardziej kontrowersyjnych poprawek, wysunięta przez stronę rządową, dotyczy upraw narodowych. Podczas gdy zgodziliśmy się wszyscy na ustępstwa w kwestii upraw domowych u pacjenta czy innych zapisów, na których wdrożenie nie jesteśmy na razie gotowi, zakaz upraw w Instytucie Włókien Naturalnych w Poznaniu, który jest pod kontrolą rządu, wydaje się kuriozalny. Wystarczy przyjrzeć się projektowi ustawy, żeby przekonać się, że zgodnie z nim każda roślina opatrzona jest kodem, który musi być potwierdzony w bazie i wpisany w rejestr, w związku z tym nie ma możliwości wyniesienia materiału poza teren Instytutu. Alternatywna propozycja Prawa i Sprawiedliwości to import uzasadniony rzekomym niskim zapotrzebowaniem na medyczną marihuanę. Każdy, kto zajmuje się tym tematem – ja sam działam na jego rzecz już kilkanaście lat – wie jednak, jak wygląda rzeczywistość. Wcześniej zgłaszane zapotrzebowanie było niskie, bo lekarze odmawiali wypisywania recept, co wynikało z braku odpowiednich szkoleń. Ministerstwo Zdrowia znalazło sobie wtedy wygodny wytrych: jest mało chętnych, więc nie potrzeba upraw. Faktycznie medycznej marihuany może jednak potrzebować w Polsce nawet milion chorych na raka, padaczkę lekoodporną czy stwardnienie rozsiane. Niestety strona rządowa nie chce słuchać naszych argumentów. Surowiec dostarczać może obecnie jedynie firma Bedrocan z Holandii, posiadająca certyfikat GMP (dobrej praktyki produkcyjnej), ale zasila ona przede wszystkim rynek wewnętrzny i nawet po wprowadzeniu refundacji pacjenci w Polsce będą musieli czekać na dostawę miesiącami. Obecnie razem z Koalicją Medycznej Marihuany, naukowcami i lekarzami poszukujemy rozwiązań, które przynajmniej czasowo zniwelują ten problem. Ponadto po wprowadzeniu ustawy mamy trzymiesięczne vacatio legis, co oznacza, że w tym czasie musimy dostosować rynek do nowych przepisów. Postulujemy zatem stworzenie instytutu badawczego wzorowanego na podobnych jednostkach w Holandii czy Stanach Zjednoczonych, który zajmie się monitoringiem procesu wdrażania ustawy, ale przede wszystkim edukacją i doradztwem w zakresie stosowania medycznej marihuany. Mimo wszystkich zmian wprowadzonych do pierwotnego projektu nie traktuję obecnej sytuacji jako przegranej. To po prostu pewien etap i w tej chwili musimy skupić się na odpowiednim wprowadzeniu przyjętych rozwiązań. Myślę, że pomimo trudności idziemy w dobrą stronę. Dokonaliśmy tego w rok i to pod rządami prawicowymi, najbardziej konserwatywnymi od lat. Jak się jednak okazuje, nawet ponad różnicami światopoglądowymi udaje się znaleźć nić porozumienia.

To paradoks, że akurat Wam, jako Kukiz’15 i Koalicji Medycznej Marihuany, udało się wcielić w życie ten projekt, a Ruchowi Palikota w znacznie bardziej liberalnym parlamencie – nie.

Ruch Palikota nagłośnił tę sprawę, ale i wykorzystał inicjatywę Wolne Konopie w celu politycznym. Chociaż gdyby nie to, nie byłoby dziś tak szerokiej medialnej debaty wokół marihuany. Wcześniej ta kwestia pojawiała się szczątkowo albo była wręcz pomijana, a w krótkim czasie zaistniała nawet w telewizji śniadaniowej. To środowisko zresztą ewoluowało, część jego członków dojrzała, ma dziś inną perspektywę i skłania się ku postulatowi, który sam głoszę – że w tej chwili to walka o wprowadzenie medycznej marihuany jest najważniejsza. Dalszy rozwój tej kwestii to w dużej mierze problem konfliktu pokoleń i zdolności przekonania starszych, że propozycje młodych mogą być uzasadnione. Paradoksalne jest to, że za czasów naszych rodziców marihuana była legalna i nie stanowiło to żadnego problemu, bo jej spożycie było bardzo małe. To zjawisko rozpowszechniło się dopiero wtedy, gdy zaczęto z nim walczyć. Dlatego dziś staram się racjonalnie patrzeć na to, co możemy osiągnąć. Jeśli PiS mówi, że dba o obywatela, to w ten sposób mówimy: sprawdzam. My również reprezentujemy Polaków, stąd właśnie projekt tej ustawy.

1

Chcę dowieść – tak jak w przypadku medycznej marihuany – że istnieją sprawy, które nie powinny być przedmiotem walki politycznej, bo w nich chodzi wyłącznie o dobro obywateli. Stawiam przede wszystkim na rozmowę i widzę, że to zaczyna momentami dawać pozytywne rezultaty. Nawet w gąszczu wszechobecnego absurdu można postawić na logikę i walczyć o usuwanie kolejnych, choćby małych, systemowych barykad. Ta walka z pewnością była warta decyzji o pracy w Sejmie. A ile była warta dla obywateli – okaże się podczas kolejnych wyborów.

Co w takim razie z szeroko dyskutowanym problemem upolitycznienia polskich mediów? Czy możliwe jest stworzenie takich platform wymiany informacji, do których wszyscy moglibyśmy mieć zaufanie?

Prawdę mówiąc jestem w tej sprawie sceptykiem. Media dzielą się przecież na publiczne i prywatne – te pierwsze od zawsze były podporządkowane bieżącej polityce, zaś tymi drugimi rządzi pieniądz. Mam okazję obserwować sejmowe prace nad zmianami w telewizji. Zgadzam się przede wszystkim z postulatem jej odpartyjnienia, ale widzę jeden błąd powtarzający się w każdej debacie na ten temat. Politycy zapominają, dla kogo chcą robić telewizję. Wyobrażają ją sobie taką, jaką sami chcieliby oglądać, nie myśląc w ogóle o młodych ludziach. A młodzież dzisiaj nie jest zainteresowana programem telewizyjnym, tylko telewizją na żądanie, którą może mieć od razu, na wyciągnięcie ręki. To generacja, które chce być ze wszystkim na bieżąco. W myślenie o telewizji publicznej powinno się brać pod uwagę właśnie takie zjawiska i potrzeby młodych – bo jeśli to nie będzie telewizja przyszłości, to po co w ogóle ją tworzyć? Przede wszystkim trzeba oddać „czwartą władzę” w ręce niezależnych dziennikarzy i artystów, którzy są gotowi pobić się o prawdę. Obecnie obiektywnego przekazu nie znajdzie się ani w telewizji publicznej, ani prywatnej, bo niszczą go wszelkie polityczne czy finansowe powiązania. Przeraża mnie to, jak dzisiejsze media próbują czynić społeczeństwo głupszym, niż jest – a co gorsza, większość odbiorców daje się w to wmanewrować. Rozwiązanie stanowić tu może jedynie Internet.

Chcę dowieść – tak jak w przypadku medycznej marihuany – że istnieją sprawy, które nie powinny być przedmiotem walki politycznej, bo w nich chodzi wyłącznie o dobro obywateli.

Internet to także ogromna kakofonia informacji…

To pozornie wielki śmietnik, jednak pod nim znajduje się ogromna siatka ludzi, którzy nie pozwalają sobą manipulować i szukają wiedzy na własną rękę. Na każde pytanie o media jest tak naprawdę jedna odpowiedź: Internet zmieni wszystko. Właśnie dlatego rządy tak wielu krajów chcą sprawować nad nim kontrolę, tak jak w przypadku polskiej ustawy antyterrorystycznej. Z jednej strony to oczywiście naruszenie wolności obywateli, z drugiej to metoda skutecznej walki z przeciwnikiem orężem, który on sam posiada. Jednocześnie telefony komórkowe przypisane konkretnej osobie czy urządzenia uruchamiane odciskiem palca otwierają drogę dla e-demokracji czy e-votingu – a więc tego, o co walczę już wiele lat. Wszystko się zmienia, dotychczasowe ściany już zostały zburzone i obowiązkiem rządzących polityków jest na to odpowiedzieć. Również nowa generacja musi przejąć inicjatywę, zaangażować się w życie publiczne. Właśnie dlatego powstało Stowarzyszenie „Skuteczni”, którego podstawowym zadaniem jest szerzenie wiedzy i aktywizowanie ludzi. W tym celu założyliśmy portal o nazwie „Transparentna Polska”, za pośrednictwem którego można będzie zgłosić swój problem, ale też stworzyć grupy samopomocy obywatelskiej. Za sprawą takich inicjatyw mam poczucie, że jestem tutaj z jakiegoś powodu. Zaangażowałem się w pracę parlamentarną, żeby na chwilę przestać być artystą i przypomnieć paru osobom, że świat poza nimi istnieje. W polityce nie chodzi przecież o wiarę w samą nazwę „Polska”, ale o wiarę w ludzi, którzy tę Polskę tworzą.


Redakcja: Oliwia Kacprzak


Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP