W pogoni za językiem
Kiedyś irytowało nas ograniczenie ilości znaków w jednym esemesie (do 140), dzisiaj, z powodu pośpiechu,

Jeszcze nie tak dawno, 175 lat temu, Juliusz Słowacki pisał: „Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Mądrala, w jego czasach nie było internetu i szaleńczego tempa życia! Czy rzeczywiście dzisiaj język jest podstawą międzyludzkiej komunikacji?

Wydaje się, że trend jest inny, ponieważ brakuje nam czasu, że kilka lat temu wróciliśmy do kultury obrazkowej, a dzisiaj świat napędzają filmiki. Co zatem ze słowem, które jak wiemy, „było na początku”? Ktoś się pomylił czy tylko nie przewidział niezwykłego rozwoju technologicznego? A może odpowiedzią jest czas? W ciągu ostatnich kilkunastu lat, na skutek zagęszczenia liczby bodźców, mamy wrażenie, że jest go coraz mniej i mniej. Jak to wpływa na nasze porozumiewanie się?

Skracanie i upraszczanie

Kiedyś irytowało nas ograniczenie ilości znaków w jednym esemesie (do 140), dzisiaj, z powodu pośpiechu, skracamy wyrażenia pisane w telefonie do niezbędnego minimum – „dzbry”, „pzdr”, „nara” itp. Z tego samego powodu nie używamy polskich znaków diakrytycznych („ą”, „ż”, „ó” itd.). Podobno jeden z językoznawców trafił w Polsce na szkołę, w której nastolatkowie mówili tak, jakby tych znaków w ogóle nie było – wszystko z powodu szybkiego pisania maili i esemesów (w ich czytanym języku: smsow).

Gdy korzystamy z sieci, zalewa nas fala zbędnych bodźców. Trudno się zatem dziwić, że wybieramy te, które najmniej nas angażują. Czyli oczywiście obrazki, a wśród nich coraz popularniejsze memy. Zdjęcie lub rysunek, do tego maksymalnie 4-5 wyrazów i akt komunikacji się spełnia. Dodajmy do tego kilkunastosekundowe filmiki (snapchat i instagram). Co mogłoby nam ulżyć i dać szansę na nieco głębsze kontakty? Proponuję zegarki na rękę, które wskazują wyłącznie pory roku :) A tak serio – na razie trudno wyrokować, jak na dłuższą metę wpłynie to na naszą psychikę..

Czy zatem grozi nam katastrofa językowa? Chyba za wcześnie na tak surowy wyrok.

Uwsteczniająca technologia?

Z jednej strony człowiek potrafi stworzyć sztuczną inteligencję, z drugiej – wieczne uproszczenia i udogodnienia rozleniwiają. Aplikacje tłumaczące z każdego języka na każdy nie motywują nas do uczenia się języków obcych. Konieczność skracania wyrazów nie budzi chęci do poznawania nowych i słownik przeciętnego Polaka, który biernie zna ok. 30 tysięcy słów, z czasem zacznie się kurczyć. Nie mówiąc o komunikacji obrazkowej, także niesprzyjającej wzbogacaniu się języka. Wreszcie spadający coraz bardziej poziom czytelnictwa. Czy zatem grozi nam katastrofa językowa? Chyba za wcześnie na tak surowy wyrok.

Wystarczy sobie zafundować spotkanie z osobą 60- czy 70-letnią, żeby się przekonać, że używa ona całkiem innego języka polskiego. W jej słowniku są zwroty, które kojarzymy tylko dzięki kontekstowi. Nagłe przyspieszenie ewolucji językowej spowodowało, że w kontakty międzypokoleniowe trzeba włożyć więcej wysiłku, bo przepaść komunikacyjna między nastolatkami i seniorami jest większa, niż kiedykolwiek wcześniej. Z łatwością możemy sobie wyobrazić, że wkrótce pojawią się aplikacje tłumaczące słowa z minionych lat. Zajrzyjcie do tabelki, w której znajdziecie kilka przykładów ze „starego polskiego”. Jeden z nich to „dandys”. Wiecie jak się go dzisiaj nazywa? Hipsterem :)

1

Rozmowa międzygatunkowa

Mimo że prawdopodobieństwo naszego spotkania trzeciego stopnia z przedstawicielem innej cywilizacji jest ciągle małe, to spekulacje dotyczące rozmowy z „zielonymi ludzikami” mogą wiele powiedzieć o nas samych. Zobrazował to intrygująco Denis Villeneuve w filmie „Nowy początek”. Kosmici są tu świetnym pretekstem do postawienia fundamentalnych pytań o kondycję ludzkości, także w kontekście języka i sposobów komunikowania się. W filmie zwycięża Amy Adams, która jest językoznawcą. Przecież to właśnie badacze języka wyjaśniają nam spektakularne wtopy językowe – na przykład nazwanie rdzennej ludność Ameryki Indianami, tylko dlatego, że Kolumb wybierał się do Indii i sądził, że tam właśnie dotarł. Albo omyłkowe nazwanie torbacza słowem „kangur” przez załogę Jamesa Cooka, która po dotarciu do brzegów Australii zapytała Aborygenów o to zwierzę. Odpowiedzieli im: „Kan Ghu Ru”, co w rzeczywistości znaczyło: „nie rozumiemy was”.

A Wy? Rozumiecie coś z tego?

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP