W dziennikarstwie trzeba być sobą
Bycie przyzwoitym nie jest cechą dziennikarską, ale ludzką - rozmowa z Bogdanem Rymanowskim

Martyna Kośka


O przyzwoitości, politykach i wyboistych dziennikarskich ścieżkach – z Bogdanem Rymanowskim, dziennikarzem informacyjnym i prezenterem stacji TVN24, laureatem Wiktora 2007 oraz Dziennikarza Roku 2008 magazynu „Press” rozmawia Martyna Kośka.

Czy łatwo jest być przyzwoitym dziennikarzem w czasach ogromnej polaryzacji polityki, a co za tym idzie, mediów z jednej strony, a koniecznością przyciągnięcia widzów atrakcyjnymi treściami – z drugiej?

Bycie przyzwoitym nie jest cechą dziennikarską, ale ludzką. Dla mnie przyzwoitość dziennikarska polega na tym, że traktuję obie strony sporu politycznego w taki sam sposób. Nikomu nie daję forów i nawet jeśli się z kimś zgadzam, to próbuję rozmawiać z nim na zasadzie adwokata diabła. Szukam dziury w całym.

Przyzwoitość łączy się z rzetelnością. Dziś trudno być dziennikarzem, bo środowisko podzieliło się na dwa zwalczające się plemiona i oflagowało jako zwolennicy tego czy innego ugrupowania. Nie chcę tego potępiać w czambuł, bo w wielu sytuacjach dziennikarze nie mieli na te podziały wpływu, ale ja wolę nie opowiadać się wyraźnie po jednej tylko stronie sporu. Jestem po to, aby pytać i coś wyciągnąć, a nie po to, aby demonstrować swoje poglądy. Taką przyjąłem konwencję i tego się trzymam. Choć często politycy i dziennikarze naciskają, żebym się wyraźnie opowiedział – i tutaj jest największa trudność w byciu przyzwoitym. Taki dziennikarz często obrywa od obu „plemion”.

To nie znaczy, że nie mam poglądów – mam, jednak nie muszę się z nimi afiszować. To widz ma sobie wyrobić zdanie na temat gościa, z którym rozmawiam.

Jakimi rozmówcami są politycy?

Trudnymi. Dodatkowo jest pewna zależność: politycy opozycji zarzucają dziennikarza esemesami, telefonami z propozycjami spotkań, ale gdy tyko ten polityk obejmuje władzę, to w 90% przypadków przestaje odbierać telefon albo odbiera go jego asystent. Ma to na celu zbudowanie muru między dziennikarzem a politykiem.

Ta smutna prawidłowość dotyczy wszystkich partii politycznych od lewicy po prawicę; każdy, kto przejmuje władzę, zaczyna dziennikarza tratować inaczej niż wtedy, gdy był w opozycji.

Brakuje im klasy, tej przyzwoitości, od której zaczęliśmy?

Tak, bo klasę albo się ma, albo się jej po prostu nie ma. Dużo bardziej wolę polityka, który odbierze telefon i wprost powie, że nie może rozmawiać, niż tego, który boi się odebrać albo przesyła jakieś mętne tłumaczenia.

Często słyszę zarzut, że zapraszam do programów tych samych ludzi. Tylko że dziś na 560 parlamentarzystów jest może z pięćdziesięciu, którzy dobrze wypadają przed kamerami. Jeśli więc dziennikarz chce przeprowadzić atrakcyjną rozmowę (a atrakcyjność jest wymierna w słupkach oglądalności) i widzi, że merytoryczna, mająca tysiąc metrów głębokości rozmowa z profesorem nie sprzedaje się tak dobrze jak rozmowa z wyrazistym politykiem, to musi wszystko wypośrodkować. Idealnie, gdy rzeczowość idzie w parze z atrakcyjnością, ale to nieczęsto się zdarza. Jest więc wiele dylematów.

Niestety, bądź stety, nie ma co się przecież obrażać na widzów – obowiązuje zasada znana z filmu „Rejs”: ludzie z większą ochotą oglądają postaci, które są im znane. Cały szkopuł polega na tym, by przy każdej kolejnej zmianie władzy przyciągać nowych ludzi. Czuję ogromną satysfakcję, gdy udaje mi się wychować kogoś nowego: zaprosić, dać mu szansę i obserwować, jak ten ktoś staje się wschodzącą gwiazdą.

Kogo może Pan pochwalić?

Przykładem z tej kadencji jest Liroy. Wydawało się, że to facet, który stanie się pośmiewiskiem Sejmu, a gdy z nim rozmawiam, to widzę, że to jeden z najrozsądniej myślących polityków. Dzieje się tak z jednej prostej przyczyny: nie jest jeszcze skażony partyjniactwem i nie mówi przekazami dnia, tylko przedstawia swoje opinie.

Zwrócę uwagę na pewien paradoks. Interesy polityków i dziennikarzy są często przeciwstawne. W interesie dziennikarza jest to, by polityka działa się w studiu telewizyjnym, to znaczy, by jak najbardziej skłonić polityka do wypowiedzi na każdy możliwy temat. Z kolei oficjele (zajmujący się np. dyplomacją) muszą powstrzymywać się od pewnych stwierdzeń. Mam wrażenie, że dzisiejsi politycy zbyt często mówią bez zastanowienia. Tymczasem w interesie Polski leży, aby pewne opinie czy informacje mogące zaszkodzić naszemu krajowi nie zostały pochopnie ujawnione. To, co mówię, jest sprzeczne z moim zawodowym interesem, ale jako obywatel tego właśnie bym sobie życzył.

Zarzucił Pan kiedyś kolegom, że w sprawie smoleńskiej byliście, jako środowisko, niewystarczająco dociekliwi, nie zadawaliście niewygodnych pytań.

To nie był zarzut wobec środowiska, a raczej określonych kolegów. Nadal się pod nim podpisuję.

Uważam, że część z nas miała zbyt duże zaufanie do polityków sprawujących wtedy władzę. Dzisiaj okazuje się, że mamy protesty części rodzin, które nie chcą dopuścić do ekshumacji ciał ich bliskich. Rozumiem ich ból i delikatność materii, jeśli jednak spojrzymy sześć lat wstecz, to zobaczymy, jak wiele błędów zostało wtedy popełnionych. Prokuratorzy nie uczestniczyli w sekcjach, nie mówiąc o tym, że były one przeprowadzone w zaledwie kilka godzin. Gdyby część dziennikarzy, którzy wtedy mieli wpływ na opinię publiczną, była bardziej dociekliwa, gdyby nie zadowalała się zapewnieniami polityków, że współpraca z Rosjanami układa się bez zarzutów, to może uniknęlibyśmy niepotrzebnych sporów, a rodziny nie przeżywałyby teraz gehenny.

Nie bał się Pan reakcji na wywiad-rzekę z Małgorzatą Wassermann? Jej poglądy nie są, delikatnie mówiąc, zbieżne z tym, co prezentuje stacja TVN.

Chodzę własnymi ścieżkami i telewizja dała mi dużą wolność. Nie spotkała mnie z tego powodu żadna przykrość. Szefostwo mnie ani publicznie, ani prywatnie nie skrytykowało, co świadczy o tym, że szanują moją niezależność. Dziennikarstwo polega na tym, aby być sobą. Czułem, że świadectwo pani Wasserman jest warte upublicznienia – a poniekąd chciałem nadrobić to, co nie zostało wcześniej odpowiednio podjęte.

Wykonuje Pan zawód dziennikarza od 30 lat, zdobył Pan wiele nagród. Co mógłby Pan powiedzieć młodym ludziom, którzy marzą o tej profesji?

Jedna ze szkół wyższych dwukrotnie poprosiła mnie o przeprowadzenie semestralnego kursu ze studentami. Było to dla mnie fajne doświadczenie. Szybko zauważyłem, że wśród studentów wyodrębniły się dwie grupy: zaangażowana mniejszość, prawdziwi pasjonaci, i druga, liczniejsza grupa studentów, którzy przychodzili tylko po zaliczenie.

A dziś jest tak, że jeśli pracodawca nie zobaczy w oczach młodego stażysty pasji, ale też poświęcenia – bo trzeba być dyspozycyjnym praktycznie przez całą dobę, to on kariery nie zrobi. Jeśli chcesz mieć robotę, z której wychodzisz o 16.00, to zapomnij o dziennikarstwie.

Trzeba brać wszystko, co ci proponują i zdobywać doświadczenie. Nikt nie osiągnie sukcesu i nie dostanie własnego programu, jeśli wcześniej przez kilka lat nie będzie człowiekiem od robienia kawy i asystentem głównych reporterów. Nazywamy ich „Rysiami”. To ludzie, którzy jeżdżą robić nagrania na przykład do „Faktów”. Nie znam dziennikarzy, którzy by nie przeszli tej drogi.

Podstawową cechą dziennikarza powinna być ciekawość oraz chęć pogłębiania wiedzy. Kandydat musi pokazać, że jest w czymś lepszy. Porównałbym dziennikarza do lekarza, który się cofa, jeśli nie czyta o najnowszych badaniach.

Gdy dziennikarz uzna, że wszystko już wie, to zaczyna się cofać. Rutyna jest największym przeciwnikiem w momencie, gdy osiąga się pewną pozycję.

Nieustannie rośnie grupa ludzi, których polityka w żaden sposób nie zajmuje. Gdy o nich myślę, przypomina mi się zdanie Jacka Dukaja, że „polityką nie interesują się tylko niewolnicy i szaleńcy, bo jest im wszystko jedno, jak żyją”. Pana to niepokoi?

To ja dopowiem, że jeśli ty nie zainteresujesz się polityką, to ona zainteresuje się tobą. Przepraszam, ale jeśli ktoś nie idzie na wybory, odrzuca możliwość wpływania na rzeczywistość to niech potem nie narzeka. Wielu ludzi sądzi, że jeden głos nic nie znaczy, ale ja uważam, że znaczy wiele, bo często to jest ten języczek u wagi.

Poza tym, żeby wyrobić sobie własne zdanie, trzeba się interesować życiem publicznym, a nie tylko poddawać presji i manipulacji polityków.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP