Tak jak na Zachodzie
O obrazie rzeczywistości w Polsce, rozłożeniu akcentów, stanie państwa i demokracji decyduje amerykańska telewizja lub niemiecka gazeta.

Wiktor Świetlik


Taksówkarz z filmu Barei pozornie wierzy w komunistyczną propagandę, w to, że w „Ameryce jest i nierówność społeczna, i trusty, i kartele”, ale z drugiej strony jak tam „ktoś kogoś gania samochodem, to oba dymają tak, że aż kurz idzie… amerykański. A tu…”. Z Zachodem, w tym USA, zawsze tak było.

Nawet totalitaryzm ze swoją propagandą nie mógł wybić ludziom z głów sentymentu, podziwu i zazdrości. W końcu każdy z nas, czy to w pracy, czy na uczelni, słyszy, jak jest na Zachodzie lub w USA i wystarcza to za argument, by owe rozwiązanie naśladować. Co ciekawe Chińczycy, którzy żegnali gospodarkę komunistyczną wtedy mniej więcej co my, śledzili uważnie błędy Polski i Rosji w ślepym wykonywaniu poleceń z Brukseli, Bonn czy Nowego Jorku i na ich podstawie wybrali własną ścieżkę opartą na zdecydowanym poczuciu wyższości wobec tych miast. Nie zmieni tego nawet długość kolejek skośnookich dam, które ustawiają się do sklepu Vuittona na paryskiej Champs-Élysées czy w londyńskim Haroldsie. My mamy inaczej niż Chińczycy i na swojej ścieżce akademickiej lub zawodowej regularnie słyszymy, że „tak jest na Zachodzie”, co jest argumentem rozstrzygającym. Stąd konsternacja u nas, do której dochodzi choćby wtedy, kiedy niemiecka kanclerz stwierdza, że w sprawie tak kluczowej dla Europy jak gwałtowny napływ uchodźców i emigrantów nie miała racji.

„Tak jest na Zachodzie”. Takich argumentów nader często używa się też w dziennikarstwie i w relacjonowaniu w mediach. O obrazie rzeczywistości w Polsce, rozłożeniu akcentów, stanie państwa i demokracji decyduje amerykańska telewizja lub niemiecka gazeta, a przecież wiadomo: skoro na Zachodzie napisali… Te standardy wysokie, doskonałe tradycje zawodowe, profesjonalizm.

Może więc trochę o tych ostatnich. Ich świetny przykład daje w książce „Pogranicze” brytyjska dziennikarka Anna Reid, przypominając miedzy innymi postać Waltera Duranty’ego, dziennikarza „New York Timesa”, który był korespondentem z ZSRR (także z Ukrainy), gdy umierały tam z głodu miliony osób. Duranty, pomimo dzieci i kobiet umierających z głodu i przypadków kanibalizmu, konsekwentnie wychwalał sowieckie cuda gospodarcze, a głód bagatelizował („czasowe niedobory”). Nie, nie był kretynem, był za to… i tu można by dodać coś do rymu. W prywatnych rozmowach przyznawał, ze sytuacja jest makabryczna, ale publicznie nie dość, że zaprzeczał, to jeszcze osoby mówiące o makabrze, do której dochodzi na Ukrainie, nazywał oszczercami. Anna Reid przypomina, jak surowa kara spotkała Duranty’ego za jego kłamstwa. Został nagrodzony Pulitzerem, najbardziej prestiżową nagrodą dziennikarską, za „wartości poznawcze, dogłębność, bezstronność, trzeźwy osąd i wyjątkową przejrzystość”.

Tyle Anna Reid o Durantym. Ale spójrzmy na jej napisaną z pasją książkę o Ukrainie. Dowiemy się z niej, że Leopold Socha, dzielny złodziej, który ratował lwowskich żydów (ten z filmu „W ciemności” Holland), jest Ukraińcem. Nie dowiemy się od Reid, ze Bruno Schultz pisał w języku polskim, a z kontekstu może wynikać, że w jidysz czy wręcz po niemiecku. Autorka w połowie lat 90. rozmawiała z „ostatnim Polakiem”, który mieszka w Kamieńcu Podolskim. Tyle że ja kilka lat później spotkałem się tam z lokalnym stowarzyszeniem polskim. Można by tak wymieniać i mnożyć. Oczywiście Anna Reid, która jest osobą bardzo uznaną, pochodzi z elitarnej brytyjskiej rodziny i za poprzednią książkę zebrała liczne nagrody, nie kłamie świadomie. Jest po prostu niechlujna lub nadęta na tyle, że swojej książki nie skonsultowała z polskimi i ukraińskimi naukowcami. W końcu czytelnik w Manchesterze czy Seattle nie zorientuje się, bo nie odróżnia często Białegostoku od Drohobycza, i to nawet jeśli jego oboje rodzice byli Polakami. „Pięknie napisana, z bezstronnością współczującego obserwatora” – napisał o książce Anny Reid z kolei dziennik „Financial Times”, uchodzący za jeden z najbardziej wiarygodnych tytułów na świecie. Tyle o wiarygodności zachodniego dziennikarstwa.

Czy to wszystko znaczy, że „Zachód jest zgnilutki”, jak mawiał Józef Piłsudski, i nie można go naśladować? Broń Boże, trzeba brać z niego co dobre i sprawdzone, ale pamiętać, że nieraz popełniał straszne błędy, także w edukacji. Że każdy strzela czasem okropne byki, niżej podpisany regularnie myli imiona ludzi (wciąż je muszę prostować). A także o tym, że wielki pisarz żydowskiego pochodzenia Bruno Schultz pisał po polsku i był wychowankiem polskiego gimnazjum, a Leopold Socha był Polakiem, bez względu na to, co napiszą w zachodniej prasie.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP