Śmierć Aleppo
W listopadzie i grudniu 2016 roku nie było w Polsce gazety, stacji radiowej ani telewizyjnej, która nie poświęciłaby co najmniej kilku wydań, godzin czy stron sytuacji w Aleppo.

W listopadzie i grudniu 2016 roku nie było w Polsce gazety, stacji radiowej ani telewizyjnej, która nie poświęciłaby co najmniej kilku wydań, godzin czy stron sytuacji w Aleppo. Docierające do nas informacje, choć wszystkie równie przerażające, są jednak niejasne, pełne sprzeczności i budzące wiele kontrowersji.

Aleppo

Wiemy, że w sytuacji Syrii palce macza wiele rządów, nikomu nie ufamy, a cywile płacą za to ogromną cenę. Kolejne obrazy ofiar i zniszczeń zmobilizowały jednak polską opinię publiczną, wśród której powoli narasta determinacja by ten daleki, niezrozumiały konflikt potraktować osobiście, by po blisko sześciu latach przyznać, że to również i nasz problem. Także w Polsce jest rozsiane po uczelniach, fundacjach i stowarzyszeniach grono osób, które rozumieją ten fakt od pierwszych miesięcy 2011 roku. Za każdym razem, kiedy spotykamy się na kolejnej konferencji czy demonstracji, sytuacja jest gorsza niż poprzednio, gorsza, niż ktokolwiek z nas się spodziewał, gorsza, niż może znieść człowiek. A potem spotykamy się kolejny raz i kolejny raz jest jeszcze gorzej. Co więc właściwie zaszło i kto rozpętał to piekło?

Od nadziei do wojny domowej

Ponad pięć lat temu, w pierwszych miesiącach konfliktu, ulice syryjskich miast wypełniały pokojowe marsze. Syryjczycy domagali się państwa prawa, demokratyzacji, ukrócenia korupcji, uwolnienia więźniów politycznych. Pragnęli zakładać partie polityczne i związki zawodowe. Ich nadzieje, lęki, marzenia – to wszystko było dla nas, Polaków, bardzo bliskie. Tak wspomina te chwile jeden z zaprzyjaźnionych aktywistów z Aleppo:

Aleppo

– Na początku bałem się brać udział w protestach, jednak któregoś dnia pod moimi oknami ze Starego Miasta szła potężna demonstracja. Usłyszałem hasła: „Naród Pragnie…”, później usłyszałem śpiewający tłum. Zacząłem płakać. I nagle przestałem się bać, po raz pierwszy w życiu. Wyszedłem przed dom. Matka próbowała mnie zatrzymać, ale ruszyłem razem ze wszystkimi. To było jak nowe narodziny.

Rząd Bashara Al-Assada, widząc upadek reżimów w innych krajach regionu, zwrócił się przeciw demonstrantom z wielkim okrucieństwem. Miał nadzieję zastraszyć protestujących, rozpalić nienawiść pomiędzy poszczególnymi wyznaniami i grupami etnicznymi. Broniąc własnej władzy, zapełnił aktywistami więzienia i cmentarze. Część sił zbrojnych, gotowa umierać za Syrię przeciw wrogom zewnętrznym, odmówiła w końcu strzelania do nieuzbrojonych cywili. Między jesienią 2011 a wiosną 2012 z armii uciekały całe bataliony, prości żołnierze wraz z dowódcami i bronią. Od tego momentu mamy w Syrii do czynienia z wojną domową, a poziom przemocy narasta w koszmarnym tempie.

W roku 2016 syryjski koszmar otrzymał nowe imię – Aleppo

Początkowo wspominaliśmy w bólu konkretne ofiary, pamiętaliśmy ich twarze, nazwiska, okoliczności śmierci. Kto zginął zastrzelony na demonstracji, a kto w ogrodzie własnego domu, kto na torturach w śledztwie, a kto porwany przez nieznanych sprawców. Nazwisk jednak szybko przybywało. Uczyliśmy się, jak wiele sposobów istnieje na zabicie człowieka. Z czasem pojedynczych ofiar nikt już nie pamiętał. Zwracały uwagę dopiero te zdarzenia, w których ofiary były liczne. Gdy pocisk spadł na piekarnię, targ, szkołę, demonstrację czy kondukt żałobny. Gdy nocą przychodził szturm i wycinano w pień wioskę. Pojedyncze masakry zlały się w jedną. Uwagę zwracał dopiero dzień, gdy ofiar było 40, 60 czy 100. 15 osób zabitych to w Syrii zwykły wtorek. Tego już umysł nie potrafił przyjąć. Jedyne, co zostawało w pamięci to nazwy miast: dziś krwawiła Deraa, mówiliśmy, a dziś Homs, Jisr al-Shughur, Kafr Nabel, Hama, Idlib, Daraya, Madaya. Niektóre nazwy wracały na dłużej, wybrzmiewały głośniej: jak długo trwały walki o Bab Amr, nim całe zostało zrównane z ziemią, jak długo głodował Jarmuk, ile dzieci zabił sarin we Wschodniej Ghoucie.

Aleppo

Co więc wydarzyło się w Aleppo?

W roku 2016 syryjski koszmar otrzymał nowe imię – Aleppo. Latem 2012 roku lotnictwo rządowe po raz pierwszy zbombardowało studentów demonstrujących w miasteczku uniwersyteckim, ale już w 2013 roku połączone siły rebeliantów i partyzantki islamskiej zajęły połowę miasta. Wbrew obiegowej opinii rebelianci umiarkowani, walczący o wyzwolenie własnego kraju spod władzy reżimu, nie uzyskali liczącego się wsparcia z Zachodu. Ich islamscy sojusznicy otrzymali za to znaczne ilości sprzętu, pieniędzy i rekrutów z krajów Zatoki Perskiej, które w ten sposób, pod hasłami radykalnego Islamu, pragnęły wzmocnić swoją pozycję strategiczną w konfrontacji z Iranem. Iran natomiast gotów był zaangażować bardzo wiele, by powstrzymać upadek Assada. W ten sposób wojna nasilała się i choć toczona była w Syrii, to już nie walczyli w niej Syryjczycy. Sytuacja w Aleppo przyjęła z czasem podobny obrót jak w całej Syrii.

Jeszcze 2 lata temu organizacje humanitarne martwiły się, że w Aleppo jest zbyt mało stanowisk intensywnej terapii. 30 stanowisk na 2 mln mieszkańców w czasie wojny oznaczało, że rannych czekała długa i niebezpieczna droga do Turcji. Kupiliśmy więc więcej sprzętu, żeby rannych można było ustabilizować od razu, na miejscu. Pacjenci mieli wtedy szansę dojechać do granicy żywi. O ile nie trafiły ich bomby. Potem nie było już dostępu do granicy, a na koniec nie było już wyjazdu z miasta. We wschodniej części Aleppo pozostało ćwierć miliona osób, do których od wiosny 2016 roku organizacje pomocowe nie miały już dostępu.

W samej Syrii i poza nią na pomoc humanitarną oczekuje ponad 12 milionów potrzebujących.

Przez cały rok 2016 miasto pozostawało podzielone. Siły rządowe usiłowały zamknąć pierścień wokół partyzantów islamskich, a partyzanci wokół sił rządowych. Żadna ze stron nie miała jednak na to dość sił. Walka trwała, a polem bitwy było największe miasto kraju. Przy potężnym wsparciu irańskim i rosyjskim strona rządowa w połowie roku zdołała odciąć partyzantów we wschodnich dzielnicach miasta, zamykając je w pełnym oblężeniu wraz z ponad 200 tysiącami mieszkańców. Torując drogę wojskom rządowym, lotnictwo rosyjskie systematycznie obracało wschodnie dzielnice Aleppo w gruzy, obok celów wojskowych niszcząc szkoły, szpitale, piekarnie, wodociągi, magazyny żywności i transporty humanitarne. Dlaczego jednak mieszkańcy po prostu nie uciekli? Czy popierali islamistów? Z wywiadów przeprowadzonych z mieszkańcami wiemy, że ogromnie bali się o życie. Około połowy miało nadzieję uciec przy pierwszej możliwości, druga połowa nie chciała jednak tego robić. Obawiali się porzucić domy, obawiali się też, czy kiedykolwiek zdołają wrócić. Nikt nie wierzył w istnienie drogi na zewnątrz. Zapytani, dokąd chcieliby uciekać, mieszkańcy wskazywali inne zbuntowane prowincje cztery razy częściej niż prowincje rządowe. Jak pamiętamy z gazet, ostatecznie po długich i niepewnych negocjacjach zawieszenie broni utrzymało się, a partyzanci islamscy i cywile mogli opuścić oblegane dzielnice. Według oficjalnych relacji cywilów ewakuowano, jednak wielu z nich widzi w tym również czystkę etniczną. Pozbawione mieszkańców ruiny wschodnich dzielnic Aleppo dziś stoją puste.

Aleppo

Kilkadziesiąt tysięcy cywilów zostało wywiezionych do zbuntowanego Idlib, inni błąkają się po ulicach zachodnich dzielnic miasta i okolicznych miejscowości. Zziębnięci, głodni i bezdomni. Gdy wiosną ruszy oczekiwana ofensywa rządowa, w Idlib rozpocznie się drugie Aleppo. Chyba że do tego czasu dojdzie do porozumienia pomiędzy stronami konfliktu, które ponad głowami Syryjczyków ustalą strefy wpływów i zakończą walki. Tak osiągnięty pokój będzie jednak dla mieszkańców Syrii równie gorzki i wieloznaczny, jak dla nas nadejście armii czerwonej w roku 1944.

Co możemy zrobić my, Polki i Polacy?

W samej Syrii i poza nią na pomoc humanitarną oczekuje ponad 12 milionów potrzebujących. Polska może zrobić wiele, by pomóc im doczekać końca wojny. Tam, gdzie zawodzą rządy państw czy instytucje międzynarodowe, pomocną dłoń wyciągają zwykli obywatele. Obozy w Grecji pełne są wolontariuszy. Działalność organizacji humanitarnych możliwa jest dzięki szczodrości prywatnych darczyńców i chociaż przekaz pocztowy na kwotę 6 złotych 40 groszy wydaje się nic nie znaczyć, w naszej Fundacji znamy jego prawdziwą wartość. Rośnie też powoli ilość pomocy humanitarnej finansowanej przez polskie władze, jednak w porównaniu z działaniami naszych sąsiadów i partnerów europejskich pozostaje niezmiernie niska. W działaniach humanitarnych na Bliskim Wschodzie bogate doświadczenie posiada kilka solidnych polskich organizacji, które są obecne w regionie już od długiego czasu i powierzone im środki wykorzystają odpowiedzialnie. Miałem zaszczyt współtworzyć i kierować jedną z nich. Z waszą pomocą mamy szansę dokonać wiele dobrego.

fundacja

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP