Radość i agonia mainstreamu o wyborach we Francji i Holandii
Europejski mainstream znów odetchnie z ulgą i będzie mówił o mądrości wyborców. Wilders nie doszedł do władzy w Holandii, a Le Pen zapewne również nie przejmie władzy we Francji. I bez znaczenia jest to, że ich wyniki stanowią ostatni alarmowy dzwonek. W końcu to we Francji kiedyś stwierdzono: „po mnie choćby potop”. Macron jako skrzyżowanie Hollande 2.0 z Justinem Trudeau może do niego doprowadzić.

Wbrew temu, co będzie głosił mainstream, zarówno wybory w Holandii, jak i we Francji pokazały narastającą frustrację i sprzeciw wobec chadecko-socjaldemokratyczno-liberalnego dyktatu. Już dwie dekady temu klasyczny podział na lewicę i prawicę w Europie stracił znaczenie. Zastąpił go podział na ugrupowania konsensualne i pozasystemowe. W Europarlamencie blok konsensualny składa się z Europejskiej Partii Ludowej (chadeków), Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (socjaldemokraci) i Sojuszu Europejskich Liberałów i Demokratów (liberałowie). W orbicie tego bloku pozostają też Zieloni, gdyż nie naruszają eurokratycznych dogmatów. Eurorealizm powoduje już jednak odrzucenie konserwatystów (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), czego skutkiem jest Brexit.

W imię demokracji

Samozadowolenie mainstreamu wynika z tego, że posiada 473 miejsca na 750 w Europarlamencie. Również niemal wszyscy członkowie Rady Europejskiej należą do partii mainstreamowych. To powoduje, że nie tylko nie widzą potrzeby reform, ale wręcz przeciwnie, uznają swą drogę za jedynie słuszną, a każdego, komu ona się nie podoba, uznają za ekstremistę i radykała. No i oczywiście za „zagrożenie dla demokracji”. Demokracją nie jest jednak już głos ludu. Jeśli jest sprzeczny z mądrością mainstreamu, to jest to populizm, który należy zwalczać.

Jeśli wyborcy w jakimś kraju podejmą „złą” decyzję, to mainstream pośpieszy z pomocą i będzie ją korygował. Wybierze na przykład na „prezydenta Europy” osobę niemającą poparcia własnego kraju. I będzie to nazywał demokracją. Może również wymyślić sobie, że ci eurodeputowani, którzy nie popierają eurokracji nie będą dostawać pieniędzy z UE. Tak jakby środki te były wypracowywane przez eurokratyczny mainstream. To oczywiście też w imię demokracji.

Demokracją nie jest jednak już głos ludu. Jeśli jest sprzeczny z mądrością mainstreamu, to jest to populizm, który należy zwalczać.

Holandia, Turcja i imigranci

Sytuacje w Holandii i Francji różnią się jednak zasadniczo. Liberałowie (VVD) premiera Ruttego wygrali, gdyż poniekąd wskoczyli w buty „postrachu Europy”, czyli wolnościowców (PVV) Wildersa. Na pomoc przybyli Turcy ze swoim prowokacyjnym zamiarem organizacji kampanii referendalnej na terenie Holandii na kilka dni przed tamtejszymi wyborami. Rutte w sposób zdecydowany przegonił funkcjonariuszy tureckiego reżimu, a protestujących tureckich nacjonalistów poszczuł psami, czyli zachował się tak jak powinien i tak jak oczekiwali tego holenderscy wyborcy. Europa przymknęła oko, mając zapewne nadzieję, że była to tylko „kiełbasa wyborcza”. Jeśli tak będzie w rzeczywistości to za 4 lata wyborcy już mu tego nie darują. Zwłaszcza że i tak PVV wraz z dwoma mniejszymi partiami o profilu konserwatywnym, antyimigranckim oraz eurosceptycznym (SGP i FvD) zdobyły łącznie 17% głosów, czyli o 5 pktów procentowych więcej niż w poprzednich wyborach. Lampkę ostrzegawczą powinno również zapalić to, że 3 deputowanych do holenderskiego parlamentu wprowadziła turecka partia DENK, będąca proerdoganowską V kolumną. To pierwszy przypadek występowania imigrantów w Europie z własną listą w wyborach. Wcześniej jednak doszło już do opanowania przez tureckich islamistów i nacjonalistów w Szwecji tamtejszej partii Zielonych, która współtworzy obecny rząd tego kraju. Co ciekawe Szwedzcy Demokraci, partia uznawana za „skrajną prawicę” i uzyskująca w niektórych sondażach aż 27% głosów, jest wciąż izolowana, a partia opanowana przez zwolenników autorytarnego reżimu tureckiego, islamistów i sympatyków terrorystów nacjonalistycznego ruchu Szare Wilki może być w rządzie. Wprawdzie ze szwedzkiego gabinetu usunięto Mehmeta Kaplana, skompromitowanego swymi znajomościami z islamistami i Szarymi Wilkami, ale stało się to po długiej kampanii, na którą obrońcy Kaplana mieli jedną odpowiedź: islamofobia i rasizm. Warto też dodać, że w Holandii na partie mainstreamowej trójcy zagłosowała tylko nieco ponad połowa wyborców (51,6%).

Narracja mówiąca o „skrajnych” ugrupowaniach, gdy zdobywają one ponad 50% głosów jest zupełnie pozbawiona sensu.

Francuskie „skrajności”

Sytuacja we Francji jest nieco inna, bo o ile w Holandii mainstream miał tylko jedno zagrożenie z prawej strony, o tyle we Francji doczekał się ataku i z prawa, i z lewa. Dwaj główni kandydaci tzw. skrajnej prawicy i skrajnej lewicy uzyskali łącznie około 43%, a jeśli dodać do tego innych kandydatów „pozasystemowych”, to wychodzi 52%. 5 lat temu Le Pen otrzymała 17,9% (o 4 punkty procentowe mniej), a kandydat „skrajnej lewicy” Jean-Luc Melenchon – 11,1% (o 8 punktów procentowych mniej). Siłą mainstreamu są różnice dzielące skrajną prawicę i lewicę, choć jest tu też zaskakująco wiele elementów wspólnych: silny eurosceptycyzm i odrzucenie neoliberalnego dyktatu banków i wielkich korporacji. Główną różnicą jest natomiast stosunek do imigracji i bezpieczeństwa związanego z narastającym terroryzmem islamskim. Można się jednak spodziewać, że przynajmniej część wyborców Melenchona może wybrać Le Pen lub zostać w domu. Bowiem jego sukces to również efekt niespełnionych obietnic Hollande'a. Kolejne ostrzeżenie, które zapewne zostanie zignorowane.

Narracja mówiąca o „skrajnych” ugrupowaniach, gdy zdobywają one ponad 50% głosów jest zupełnie pozbawiona sensu. „Skrajność” to margines, a czy ktoś widział, by marginesy zajmowały połowę kartki? Tymczasem Emmanuel Macron, który zapewne zostanie prezydentem Francji, to produkt aparatu państwowego i manistreamu, które stanęły na głowie, by zniszczyć kandydaturę Francois Fillona. Niemal każde jego spotkanie było zakłócane. Oczywiście w imię demokracji.

Zdaniem księcia Michaela von Lichtenstein, założyciela think-tanku Geopolitical Intelligence Services, wybór Emmanuela Macrona oznaczać będzie „dalsze pogarszanie się sytuacji: brak reform, rosnące zadłużenie i wzrost bezrobocia wśród młodzieży, czyli niekończący się horror będący gwoździem do trumny Unii Europejskiej”.

Lud wyjdzie na ulice

Ale mainstream jest zadowolony. Lud zaś wyjdzie na ulice. Zamieszki imigrantów, burzliwe protesty niezadowolonej młodzieży, demonstracje nacjonalistów i ataki terrorystyczne będą codziennością. Państwo Islamskie na kilka dni przed wyborami pokazało swą siłę we Francji, a reakcją władz było głównie obmyślanie jak wyprowadzić z tego kandydaturę Macrona bez szwanku. Póki co udało się. Ale to nie ostatnie wybory.


Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP