Prawda o „fake news” niewygodna dla polityków
– To, co pan napisał to kolejne „fake news” – usłyszałem pewnego razu od jednego z polityków w Sejmie. To była jedna z setek rozmów, które toczyły się tego dnia na sejmowym korytarzu. Nie chodziło oczywiście o to, że opublikowałem fałszywą informację. To, co napisałem było po prostu politycznie bardzo szkodliwe dla tego polityka i jego partii.

Było jednocześnie prawdziwe – przez to należało mój tekst zdyskredytować w najszybszym możliwym tempie. Nie trzeba było nawet specjalnie zaprzeczać, wystarczyło użyć zaklęcia „fake news” na TT i w rozmowach prywatnych. I już wszyscy wiedzą o co chodzi. W ten sposób nawet prośby o sprostowanie stały się niepotrzebne. W sytuacji, w której politycy nie mogą porozumieć się przede wszystkim co do faktów, nazywanie czegoś „fake news” działa lepiej niż jakikolwiek inny atak na media. Wystarczy, aby odciąć się od niewygodnej rzeczywistości.

Nic nowego pod słońcem

Dlatego trudno o termin, który robi większą karierę niż „fake news”. Od kilku miesięcy jest na ustach wszystkich: trafił do powszechnie używanego słownika. Jednak jak zwykle w tego typu przypadkach, nie oznacza nic nowego, a jego nadużywanie prowadzi do jeszcze większej destrukcji debaty publicznej, niż same fałszywe informacje. „Fake news” stało się kolejnym orężem w walce między zwalczającymi się środowiskami. Orężem stosowanym przez polityków i dziennikarzy. Orężem bardzo wygodnym, bo pozwalającym na odcięcie się od tego, co jeszcze niedawno było wspólną dla wszystkich rzeczywistością. Widać to w polskiej debacie publicznej i w tweetach Donalda Trumpa.

To wynik coraz bardziej polaryzującego się świata, w którym politycy i ich zwolennicy – od tych mniej lub bardziej zadeklarowanych w mediach przez anonimowych opluwaczy w mediach społecznościowych – żyją w coraz większym stopniu w odrębnych rzeczywistościach. Media o nich piszące nie tylko coraz bardziej tracą funkcję prowadzenia bezstronnej kontroli, ale też jawnie wspierają jedną lub drugą opcję. To prowadzi do sytuacji, w której wszyscy podejrzewają wszystkich o działania będące zakamuflowaną akcją polityczną. I to jest też jedna z przyczyn, dla których ten termin zrobił tak zawrotną karierę: gdy fakty stają się niewygodne, politycy nie muszą ich nawet tłumaczyć.

„Fake news” stało się kolejnym orężem w walce zwalczających się środowisk. Orężem stosowanym przez polityków i dziennikarzy.

Fake news” jak false flag”

Już sama nazwa „fake news” kojarzy się ze słownictwem, które bardziej dotyczy operacji służb i działań politycznych. Wspomniany Donald Trump często używa innego zwrotu – operacje „false flag”. Tak Trump nazwał ostatnią falę antysemickich incydentów w USA. „False flag”, czyli działania pod przykryciem, udawanie i przejmowanie czyichś barw dla wykonania odpowiedniej prowokacji – typowe dla operacji wojskowych. „Fake news” temu towarzyszy.

Tymczasem, jak już zostało wspomniane, nie ma w tym nic nowego. Tak jak polityce zawsze towarzyszył populizm, tak mediom zawsze towarzyszyły sytuacje, w których publikowane informacje nie pokrywały się z prawdą. Czasami to był ludzki błąd, czasami – nadużycie, a czasami – świadoma próba wpłynięcia na rzeczywistość. W grze, która zawsze jest na pograniczu mediów i polityki dziennikarze nierzadko idą na skróty. Bywa, że to wymóg czasu. W końcu, nie ma chyba drugiej branży, w której wszyscy się ze wszystkimi ścigają o tak niewielkie zasoby. Bywa, że to kwestia chwili, skrótu między czasem niezbędnym do publikacji artykułu, a czasem, w którym trzeba sprawdzić wszystkie dane. W każdym razie rezultaty są te same – zdarza się, że nawet bardzo poważne redakcje publikują rzeczy, które nie oddają rzeczywistości.

Byłoby źle, gdyby Facebook czy inne serwisy przy okazji walki z „fake news” zajął się wprowadzaniem cenzury.

Dlatego nadużywanie tego terminu jest tak niebezpieczne dla debaty publicznej. Jeszcze bardziej prowadzi do rozbicia jej na osobne rzeczywistości, w których media – niemal zawsze z wrogimi intencjami – opisują jej wybrane fragmenty bez związku z innym. Oczywiście sytuacje, w których ktoś działa nierzetelnie powinny być piętnowane. Ale poza tym, że teraz informacje rozchodzą się szybciej niż przed rozpowszechnieniem się internetu i mediów społecznościowych, nie ma w tym nic szczególnie zaskakującego, że media się mylą (świadomie lub nie).

Obowiązki dziennikarzy się nie zmieniły

Debata o „fake news” ma jednak jeden pozytywny skutek. Chociaż ten termin to po prostu przetworzenie i inne nazwanie tego, co już wcześniej funkcjonowało, to przynajmniej zmusza platformy społecznościowe – takie jak Facebook – do baczniejszego przyglądania się temu, co publikowane jest na ich serwisach. Wiele z tekstów, które określa się jako „fake news” to po prostu mniej lub bardziej udane próby przyciągnięcia kliknięć, które przekładają się na zyski reklamowe. Ich obecność w sferze publicznej jest oczywiście szkodliwa, ale byłoby źle, gdyby Facebook czy inne serwisy przy okazji walki z „fake news” zajął się wprowadzaniem cenzury. Na pewno „fake news” sprawiło, że takie kwestie jak etyka i zasady dziennikarskie stały się ponownie przedmiotem dyskusji. I dobrze. Rozmowa o tym, jakie zasady obowiązują media w sytuacji, gdy są tak spolaryzowane, jest cenna. Zarówno przed, jak i po pojawieniu się „fake news” te zasady były i są takie same. Przynajmniej dla dziennikarzy, którzy chcą być kimś więcej niż tylko słabo zakamuflowanymi agentami jednej czy drugiej strony.

Wiadomości mogą być uznawane za fałszywe, ale problem powstały przez nadużywanie tego terminu – zwłaszcza, gdy posługują się nim politycy – jest jak najbardziej prawdziwy. Nie możemy o tym zapominać, gdy rozważamy przyszłość mediów i całej sfery publicznej. Nawet Donald Trump, który uważa, że media to wróg, nie mógłby przecież bez nich istnieć.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP