Praca jest dla biednych
Przed państwem Franciszek Fiszer!

Mateusz Zardzewiały


Genialny próżniak, metafizyk kochający przyjemności życia, pasjonat filozofii, smakosz, kawalarz, mistrz ironii, przeciwnik snobizmu. Przed państwem Franciszek Fiszer!

 

Witkacy, Nietzsche, Tuwim - nigdy ich nie zapomnimy. I bardzo dobrze! Choć z drugiej strony to dość oczywiste, że tworząc genialne obrazy, inspirujące traktaty filozoficzne czy intrygującą poezję można wybudować sobie „pomnik trwalszy niż ze spiżu”. Ale co powiecie na patentowanego lenia, którego jedynym namacalnym osiągnięciem życiowym było przepuszczenie całego odziedziczonego po rodzicach majątku? A mimo to nie można wspominać Warszawy przełomu XIX i XX wieku bez pochylenia się nad tym postawnym brodaczem. Moi drodzy, przed wami Bóg Ojciec!

 

FILOZOF BEZ TEKI

Tak, tak. To żadna pomyłka! Franciszek Fiszer - bo o nim mowa - był jedyny, niepowtarzalny i zarazem genialny. Nic więc dziwnego, że zapytany kiedyś przez uroczą damę, kim właściwie jest, odparł jej z całą powagą, że powinna przeczytać katechizm, stoi w końcu przed Bogiem Ojcem. I nie było w tym wcale przesady - o Fiszerze mówiło się, że „należał do tych niewielu na świecie, którzy godni byli uczestniczyć w Uczcie Platona”. Między Bogiem a prawdą te plotki prowokował zapewne również nienasycony apetyt Franca - legendarna restauracja „Astoria”, nie mniej szanowany lokal „Simona i Steckiego” czy kawiarnia Instytutu Propagandy Sztuki to tylko wierzchołek góry lodowej miejsc, w których Fiszer bywał.

 

OSTATNI CYGAN

Bo przede wszystkim był on bywalcem, gościem słynnego stolika Skamandrytów w „Ziemiańskiej”, bodaj najjaśniejszą gwiazdą polskiej cyganerii artystycznej. Przyjaźnił się z takimi tuzami międzywojennej Polski jak Julian Tuwim, Antoni Słonimski czy gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, a dla Jana Brzechwy stał się inspiracją do stworzenia znanej nam wszystkim postaci Ambrożego Kleksa. Pewnie teraz zaczynacie googlować w poszukiwaniu fiszerowskiego opus vitae. Darujcie, marny to trud. Franc był przecież metafizykiem i z tej racji nie robił nic, może poza prowadzeniem filozoficznych dysput w kawiarniach. „Gdyby wszyscy ludzie tak samo nic nie robili...” - zauważył ktoś bystro. „Wszyscy? Też przypuszczenie! Od wszystkich nikt tak trudnej rzeczy nie wymaga” - odparł rozsądnie Fiszer.

 

KURS NA WIEDEŃ

Wielki Franciszek jakąkolwiek pracą nie zhańbił się nigdy, a majątek rodzinny roztrwonił w sposób tak uroczy, że aż trudno mieć mu to za złe. Choć pod koniec swych lat pozbawiony był nawet własnego kąta, żyjąc bez dachu nad głową egzystował dzięki przyjaciołom. A otaczał się ludźmi nieszablonowymi. Do tego grona należał m.in. August Potocki zwany przez przyjaciół hrabią Guciem. Jedna z barwniejszych anegdot głosi, że pewnego razu ta dwójka bawiła się szampańsko w stołecznym Hotelu Europejskim. Lecz w pewnym momencie podjęto decyzję o zmianie... miasta! Wybór padł na Wiedeń. Fiszer (czy może hrabia Gucio?) wezwał wytworną, warszawską dorożkę, którą cała kompania udała się na dworzec. Tam zapakowano do pociągu nie tylko biesiadników, ale też dorożkarza wraz z końmi i pojazdem! Było to chyba konieczne, biorąc pod uwagę fakt, że wiedeńscy mistrzowie bata słynęli z powolności i szacunku dla przepisów ruchu drogowego. Nie to co stołeczni „sałaciarze”, którzy licząc na hojny napiwek nie widzieli przeciwwskazań mogących ich powstrzymać przed szaleńczym galopem. Gdy wieść o tych wyczynach dotarła do cesarza Franciszka Józefa, miał on tylko powiedzieć z przekąsem: „Tja...! Polacy zawsze mieli kawalerię z fantazją!”.

 

NIEŚMIERTELNY

Artur Śliwiński powiedział kiedyś: „Czas nie ma dla niego znaczenia. Fiszer ma znaczenie dla czasu”. Jednak ostatecznie i na Franca przyszła pora. Przed Wielkanocą A.D. 1937 przymierał on nieco głodem. Pewnie dlatego pofolgował swojemu apetytowi w czasie świąt. Objadł się do granic możliwości doznając udaru i częściowego paraliżu. Do ostatnich dni pozostał wierny swoim przekonaniom - mawiał, że będąc dzieckiem bawił się na kolanach u pewnego księdza. I ten duszpasterz miał mu powtarzać: „Pamiętaj dziecko, że Boga nie ma, jest tylko Wolter”. Fiszer, autor słów „czy pan żyjesz, czy nie żyjesz, to nie ma żadnej różnicy”, zmarł odmawiając pojednania się z Bogiem, cytując na łożu śmierci „Albatrosa” Charlesa Baudelaire’a. Ten filozofujący pasjonat życia nie pozostawił po sobie żadnego dzieła, ale myślę, że nie będzie nadużyciem, gdy jego legendę zamkniemy w słowach: „Po co dobrowolnie tworzyć sobie panów? Zbuntuj się, niewolniku! Ocknij! Żyj! Twórz! Bądź wolny!”. To jego słowa. Był geniuszem.

 

Ot, Fiszer

Jedną z największych słabości Franciszka Fiszera był prawdziwie wilczy apetyty. Pewnego dnia spotkał na ulicy znajomego, który śpieszył właśnie na obiad. „Szczęśliwy - odparł Franc - a ja już po obiedzie!”. Tłumaczył też kiedyś, że najlepsze są dania proste: „Weźcie na przykład taki kawior, czy może być coś prostszego, a jakie to pyszne”. Przyjaciele traktowali go jako ostatecznego arbitra w kwestiach kulinarnych, choć zdarzały im się wpadki. Gdy Fiszer powrócił do Warszawy z wizyty w majątku Iwaszkiewiczów, podpytywano go o jakość obiadu. „Na deser pokazano nam dzieci” - odparł rozczarowany. Choć wcale nie musiał jeść kaczki w sosie lawendowym, by być zadowolonym. Razu pewnego zwierzył się swoim znajomym w wytwornej „Ziemiańskiej”, że gościł u robotnika na imieninach. Jak tam było? „Cudownie. Piliśmy wódkę, jedliśmy salceson. Konwersacji nie było żadnej!”.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP