Postument, który zawinił
Jedną z pierwszych symbolicznych decyzji podjętych przez obecny polski Rząd była ustawa dekomunizacyjna, zakazująca propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego w nazwach ulic, obiektów itd. Przed miesiącem upłynął termin jej wykonania.

Ustawa wzburzyła samorządy, w których wciąż zasiadają zarówno ostatni, jak i środowiskowi spadkobiercy partii komunistycznych. Obnażyła również kilka autentycznych dylematów. Jak przykładowo potraktować nazwy instytucji, które zostały przez komunistów po prostu skradzione grupom niepodległościowym? Tu kłania się przypadek Armii Ludowej. Niespełna dwa tygodnie temu przypadek zawiódł mnie na ulicę Bitwy pod Lenino w Warszawie. Mocno się zdziwiłem. Jak traktować bitwę, która została zaprojektowana przez sztab Stalina, lecz w której jednocześnie wykrwawiło się na śmierć wielu Polaków pogardliwie odnoszących się do komunizmu? Są to wszakże dylematy moralne, które bledną w zestawieniu z problemami Amerykanów z ich własną historią.

W całych Stanach Zjednoczonych, według Southern Poverty Law Center, znajdują się 1 503 pomniki upamiętniające Konfederację, z czego 718 to posągi głównych bohaterów „Południa” w dobie wojny secesyjnej. Większość z nich znajduje się w południowo-wschodnich stanach, leżących równocześnie w tzw. „pasie biblijnym”, w którym dominują kościoły i grupy protestanckie. Nie od wczoraj pomniki te znajdują się na celowniku wielu amerykańskich organizacji społecznych, politycznych oraz władz municypalnych. We wrześniu w jednym z parków Dallas zburzono monument przedstawiający Roberta Lee, dowódcę wojsk „Południa”. Dokonana pod osłoną nocy egzekucja wywołała wrzenie w USA.

Burzliwe początki

Amerykanie mają duży problem z własną historią. Ubolewamy często, że jesteśmy państwem postkolonialnym, podbitym w XVIII w. przez trzech zaborców, zaś wkrótce po odzyskaniu wolności przez dwa totalitaryzmy. Z zazdrością patrzymy na USA. Niesłusznie. USA do dziś zmagają się z postkolonialnymi powikłaniami. USA nie powstały w wyniku naturalnych procesów migracyjnych, ale w drodze gwałtownego podboju kolonialnego.

W kolonizacji terytorium Ameryki uczestniczyły potęgi: brytyjska, hiszpańska, holenderska, francuska. Najszybciej postępował podbój anglosaski. Anglosasi byli tak skuteczni, że podbili później pozostałych kolonizatorów. Im bliżej 1776 roku, czyli ogłoszenia przez kolonie brytyjskie niepodległości, sprawy mocniej się komplikują. Weźmy przykładowo rok 1774 i zapytajmy, kto wówczas kolonizował tereny na południe od 45 równoleżnika: Brytyjczycy, czy też autonomiczni już od pewnego czasu „Amerykanie”?

Niewolnictwo rozwijało się bowiem na terenach późniejszych Stanów Zjednoczonych od początku XVII wieku. Nie wynaleźli go Brytyjczycy. Istniało od zarania dziejów.

Jak sprawiedliwie zmierzyć rozmiar odpowiedzialności? Wydawałoby się, że wystarczy znaleźć właściwe kryterium. Jednakże żadne tzw. „kryterium naukowe” nie jest jednowymiarowe, jest to tak naprawdę zbiór wielu niezależnych wskaźników. Musimy być pewni do jakiej nauki się odwołujemy: do biologii, matematyki i statystyki, lingwistyki czy też historiografii z jej chronologizacją? Nawet wskaźnik metafizyczny niewiele nam tutaj pomoże, bowiem jak pisał Sienkiewicz w „Listach z podróży po Ameryce”, jest to kraj najróżniejszych protestanckich sekt. Oprócz protestantów do kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej już w XVI w. napływali np. polscy katolicy, przedstawiciele różnych denominacji judaistycznych czy w końcu, sprowadzani akurat siłą, Murzyni.

Niewolnictwo rozwijało się bowiem na terenach późniejszych Stanów Zjednoczonych od początku XVII wieku. Nie wynaleźli go Brytyjczycy. Istniało od zarania dziejów. Dotyczyło ludów zamieszkujących obszary od Afryki, przez Bliski Wschód i Azję Środkową, aż po podbitą przez Islam Europę Wschodnią.

Zapytałbym teraz prowokacyjnie: gdzie szukać odpowiedzialnych za niewolnictwo? Czy odpowiadają za nie wszyscy nieczarni obywatele USA, czy też każdy stan odpowiada za swoje własne grzechy? Czy stany, które nie zniosły niewolnictwa tuż po 1776 r. – nie ma takich – mają w ogóle „moralne prawo” sądzić stany konfederackie? Ohio najwcześniej stało się „free state”, bo w roku 1803. Do liberalnego dziś stanu Nowy Jork pierwszych niewolników sprowadzili Holendrzy w XVI wieku.

Brytyjski kompleks

Wielka Brytania… Londyn prezentuje się dziś w liberalnych mediach barbarzyńskim Amerykanom jako chlubny przykład abolicjonizmu. W okresie wojny z USA w 1812 r. wyzwalali niewolników we wszystkich okupowanych stanach. Murzyni mieli – lub też musieli – odwdzięczyć się swym dobroczyńcom, walcząc w ich szeregach z barbarzyńcami… Ale czy wyzysk niewolniczy przestał obciążać Wielką Brytanię już po utracie kolonii na południe od Wielkich Jezior? Owszem, Wielka Brytania zabroniła w 1807 r. swym obywatelom procederu wywożenia niewolników do kolonii, ale obywatele brytyjscy, w tym brytyjskie elity, stały się w dobie rewolucji przemysłowej głównym importerem amerykańskiej bawełny uprawianej przez kogo? Prostymi słowy, zachwalana dziś industrializacja na Wyspach napędzała amerykańskie niewolnictwo w południowych stanach i odwrotnie.

Właścicieli niewolników porównuje się w liberalnych mediach – wciąż jeszcze ostrożnie – do hitlerowców. Jakie miejsce zajmować powinna Wielka Brytania w tej narracji? Należałoby ją konsekwentnie przyrównać stricte do III Rzeszy, jej przemysł przędzalniczy do dziedzictwa Boscha i Siemensa, natomiast jej kolonie i to, co się w nich działo, do kolonii hitlerowskich: Generalnego Gubernatorstwa, Komisariatów Estonii, Ukrainy, Białorusi itd., wybijających się na niezależność pod wodzą lokalnych nazistowskich elit.

Złożone przyczyny

Niełatwo zrazu zrozumieć, jaka jest ogólna przyczyna fali burzenia pomników w USA. Dyskurs otarł się o granice absurdu. Jeżeli powodem dekapitacji cokołu jest niewolnictwo, w państwie prawa precedensowego należałoby podobnież potraktować wszystkie pamiątki odnoszące się do właścicieli niewolników bez względu na ramy chronologiczne. A więc między innymi około połowę delegatów na amerykańską Konwencję Konstytucyjną w roku 1787.

Potępia się nie tylko właścicieli niewolników, lecz również zwolenników segregacji rasowej, poniekąd spadkobierców spuścizny tych pierwszych. Jednakże większość, zarówno jednych, jak i drugich, była „ojcami założycielami” dzisiejszej amerykańskiej lewicy zrzeszonej w Partii Demokratycznej. Do „ojców założycieli” nurtu progresywnego wewnątrz owej formacji zalicza się Woodrowa Wilsona, który jeszcze jako profesor uczelniany zachwycał się „klanem”, także w czynie. W trosce o „spokój” zamknął uczelnię przed czarnoskórymi studentami. Warto wspomnieć o jeszcze jednej ikonie demokratów, Margaret Sanger. Jej admiratorką ogłosiła się, podczas ostatniej kampanii wyborczej, Hillary Clinton. Sanger należała do wiodących przedstawicieli ruchu eugenicznego. Była zatem rasistką, a słynną organizację „Planned Parenthood”, dziś kojarzoną głównie z siecią klinik aborcyjnych, zakładała z myślą o ograniczaniu populacji Murzynów.

Widzimy więc ową ciągłość między demokratyczną konfederacją i demokratycznym segregacjonizmem, a nawet obecną polityką Partii Demokratycznej wobec Murzynów, służącą podtrzymywaniu gettyzacji i demoralizacji, drogi uzależniania od systemu pomocy społecznej. Warto pamiętać, że faktycznie konfederaci byli nie tylko wybitnymi generałami, których znamy z książek, z filmów amerykańskiego kina czy gier komputerowych. Mało kto wie, że stworzyli własną konstytucję. Czym różniła się od tej skrojonej w 1787 r.? Konfederaci wprowadzili do konstytucji termin „niewolnictwo”, legalizując je na terenie USA...

Czas paradoksów

Niektórzy uczestnicy „pomnikowej debaty”, próbując uciec przed pułapką absurdu, odrzucili argument niewolnictwa jako wtórny. Wodzów konfederackich poczęli więc nazywać: „symbols of resistance to integration” oraz zarzucać im… zdradę. Zdradę czego? Stanów Zjednoczonych, narodu amerykańskiego, chrześcijaństwa, humanizmu czy też konstytucji? Jeżeli idzie o „symbole”, powinniśmy zapytać, co konkretnie dany pomnik symbolizuje. Każdy monument konfederacki coś symbolizuje, ale najpewniej żaden nie symbolizuje „sprzeciwu wobec integracji” oraz zaangażowania bohatera w ideologię „white supremacy”. Pomniki symbolizują najróżniejsze wydarzenia: zwycięską bitwę, odparcie wroga czy przemarsz triumfalny.

Żyjemy więc w czasach skrajnych i częstych paradoksów. Condoleezza Rice, czarnoskóra republikanka, zauważyła przytomnie, że konfederackie pomniki uczą o części dziedzictwa Ameryki. Według Rice powinny pomagać w edukowaniu ludzi przechodzących obok nich w zakresie historii, także tej niewygodnej. Ale lewica jest elastyczna. Dla odmiany tutejsza walczy o zachowanie „pomników”, np. komunistycznych – o nich jeszcze wspominamy – hojnie wręcz przypisując Polakom zbrodnie, do których zwyczajnie nie mają prawa.

Historia Ameryki jest jaka jest. Bez pamięci o jej przeszłości Ameryce grozić będzie powtórka ze skompromitowanych eksperymentów takich jak Ku Klux Klan, ruch eugeniczny i sterylizacyjny czy prohitlerowski, antyimigracyjny i izolacjonistyczny komitet „America First”.

Systemy polityczne, który panowały w Polsce między październikiem 1939 r. a czerwcem 1989 r., były formą ustrojową narzuconą przez okupanta.

Polskie realia

Obecna debata pomnikowa w USA nie ma prawie żadnego odniesienia do debaty pomnikowej, która od czasu do czasu toczy się w Polsce. Wojna secesyjna była wojną totalną, brutalną. Zostawiła głębokie rany w mentalności całego narodu. Ale była wojną domową. Natomiast systemy polityczne, który panowały w Polsce między październikiem 1939 r. a czerwcem 1989 r., były formą ustrojową narzuconą przez okupanta. Okupant decydował o „polityce historycznej”, a nie społeczeństwo czy też społeczności lokalne. Nie wszystkie pomniki okupanta jeszcze w Polsce strącono.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP