Pochwała umiarkowanego egoizmu
W znakomitym zbiorze esejów pod tytułem „My, reakcja” dziennikarz Piotr Semka pisze o emocjach antykomunistów.

Wiktor Świetlik


W znakomitym zbiorze esejów pod tytułem „My, reakcja” dziennikarz Piotr Semka pisze o emocjach antykomunistów w latach 1944 – 1956. Co w tym wyjątkowego?

 

Tyle książek wszak było o polskim komunizmie. Po pierwsze, wyjątkowe jest to, że antykomunistami byli niemal wszyscy, którzy nie byli komunistami. W totalitarnym systemie nie trzeba było być straceńcem z bronią w lesie, działaczem mikołajczykowskiego PSL albo współpracować z zachodnim wywiadem, by stać się wrogiem systemu, czyli antykomunistą. Wystarczyło bronić swojej własności, modlić się, prowadzić prywatny sklep, a nawet ściągnąć wzór modnej sukienki z paryskiego żurnala. W świecie, gdzie wszystko miało być podporządkowane polityce - muzyka, sport, wypoczynek, rodzina - każdy, kto chciał żyć inaczej, po swojemu, zaczynał też uprawiać wrogą państwu politykę.

Po drugie, co dużo ciekawsze, Semka zwraca uwagę na inną, bardzo istotną sprawę. W polskiej historii, filmie, książkach, kulturze, publicystyce - wszystko kręci się wokoło stalinowskich sprawców. A czemu zbrodniarz Jakub Berman był, jaki był? A co przeżywała krwawa prokurator Helena Wolińska i co formowało jej postawę? A czemu pisarze, którzy wysługiwali się systemowi, się mu wysługiwali? A co kierowało tatą tego czy tamtej, że został zbrodniarzem? I co jego dziecko w ławie europarlamentarnej albo klubie byłych premierów dziś myśli o tym?

W tym wszystkim, w tej nieskończonej epopei cierpień i rozterek polskich stalinistów znikły zupełnie ich ofiary, czyli w gruncie rzeczy cała reszta Polaków zmuszona do życia w chorym świecie. Nawet kiedy się mówi o tych ostatnich, naszych dziadkach, pradziadkach, to wszystko przez pryzmat, soczewkę jakichś właśnie nieszczęśników, którzy zostali „ukąszeni” ideologicznie, zbłądzili albo dosięgło ich inne nieszczęście, w wyniku którego wspierali jeden z najbardziej zbrodniczych ustrojów świata. Semka łamie tę zasadę. I okazuje się, że tylko to pozwala pokazać prawdziwą skalę polskiego oporu wobec komuny. Masowego, powszechnego. Zaczynającego się w lesie, prowadzącego poprzez wsie, organizacje studenckie, zakłady pracy, domy, sklepy. Uczciwie można było to opisać tylko koncentrując się na „nas”, a nie na „nich”.

Mam wrażenie, że ten problem – postrzegania siebie przez pryzmat innych, niekoniecznie oprawców - jest i dziś aktualny. Co myśli o nas Zachód, a co Rosjanie, a rynki - czy nas cenią, co napisali w Wall Street Journal, a co w Die Welt, a który helikopter kupić, żeby nas najlepiej świat widział, a jak zareagowano w USA na doniesienia o współpracy Wałęsy? To autentyczne dylematy polskich mediów z ostatniego czasu. Zupełnie jakby nas nie było, tylko jakieś odbicia. Słynny coach Stephen Covey takie podejście - zastępowanie etyki charakteru, etyką wizerunku - uważał za pierwszy krok ku temu, by zmarnować życie. Bo tak pracuje się tylko nad swoim obrazem, a nie nad sobą.

Profesor Andrzej Nowak, o którego książce niedawno tu pisałem, tłumaczył mi kiedyś, że Rosjanie czują się często trochę jak małpa, która ciągle się przegląda się w lustrze Zachodu, puszy się, robi groźne miny, straszy, nie znosi lustra, ale nim żyje. A Chińczycy? Czemu oni nie mają z tym problemu? Bo oni przyglądają się sami sobie, interesują sobą, a całą resztę świata uważają za małpy. Nie namawiam oczywiście do tego, by sąsiadów traktować jak małpy, ale myślę, że skupiać powinniśmy się chyba najpierw na sobie. W końcu nawet biblijne przykazanie miłości nakazuje kochać innego aż tak bardzo jak siebie samego, a nie zamiast siebie. I chyba tego najlepiej się trzymać.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP