Patroni (po)na(d) miarę czasu
W polskich realiach nadawanie ulicom nazw to bardziej rzemiosło niż dziedzina sztuki. Z każdym rokiem mnożą się dziesiątki ulic Lazurowych, Widokowych i Mickiewicza.

Mają być łatwe do zapamiętania i nie budzić kontrowersji, ponieważ narażanie mieszkańców na kosztowne zmiany może skończyć się dla samorządowców utratą mandatów.

Zdarzają się jednak przypadki, kiedy radni próbują uczynić z nazewnictwa odbicie specyfiki danego regionu i jego przeszłości, ewentualnie uczcić osoby względnie mało znane, a godne naśladowania.

Casanova zakochana w Polsce

Nazwy ulic na poznańskim osiedlu Strzeszyn zwyczajowo noszą imiona wybitnych literatów. 12 lipca 2016 r. nazewnictwo tej okolicy uległo wyraźnej feminizacji. Wśród pięciu nowych patronek zdecydowanie najbardziej znana jest Sofia Perez Eguia y Casanova (1861-1958). Wywodziła się ona z hiszpańskiej elity społecznej, co zapewniło jej wszechstronną edukację pod okiem wychowawcy dzieci z rodziny królewskiej. Ojciec dziewczynki prawdopodobnie utonął na statku płynącym do USA, choć... nie było go na oficjalnej liście pasażerów. Spadkobiercy nigdy nie próbowali rozwiązać tej zagadki.

Sofia była jedną z pierwszych Hiszpanek, która zwróciła na siebie uwagę współczesnych talentem poetyckim. Planowała poświęcić się całkowicie sztuce, lecz w 1886 r. poznała Wincentego Lutosławskiego. Ich małżeństwo przetrwało dwadzieścia jeden lat. Wybitny filozof opuścił ją, nie doczekawszy się męskiego potomka. Rodacy tak wysoko cenili jej wiersze i powieści, że w latach międzywojennych wysuwali kandydaturę Casanovy do literackiej Nagrody Nobla, planowali też wystawić jej pomnik. Pozbawiona wsparcia męża, musiała jednak wykorzystać zebrane na ten cel pieniądze na utrzymanie siebie i czterech córek. Mimo tego pozostała wierna Polsce, o której niepodległość walczyła za młodu w publicystyce. Przetłumaczyła na hiszpański m.in. „Quo vadis” i przez ponad dwadzieścia lat przesyłała korespondencje z Warszawy do madryckiego dziennika „ABC”.

Po drugiej wojnie światowej tracąca wzrok, ale wciąż pełna siły ducha z męża Lutosławska przeniosła się do Poznania. Można półżartem powiedzieć, że swoim piórem w pełni wynagrodziła wybryki swojego włoskiego imiennika Girolamo na polskiej ziemi. Sławny uwodziciel w 1764 r. złamał lokalne prawo, pojedynkując się pod Warszawą z hetmanem Franciszkiem Ksawerym Branickim, a w pamiętnikach skarżył się na rzekomo wyjątkową brzydotę Polek.

Poetka Sofia Perez Eguia y Casanova przetłumaczyła na hiszpański m.in. „Quo vadis” i przez ponad dwadzieścia lat przesyłała korespondencje z Warszawy do madryckiego dziennika „ABC”.

Między salonami a prowincją

Im większa miejscowość, tym więcej przestrzeni do zagospodarowania, dlatego oryginalne nazwy ulic to głównie domena metropolii. Można jednak znaleźć sporo wyjątków od tej reguły, np. lubuski Żagań. We wrześniu ubiegłego roku w garnizonowym mieście deptak nad kanałem rzeki Bóbr nazwano bulwarem księżnej Doroty de Talleyrand- Périgord (1793-1862). Skojarzenie z nazwiskiem szefa napoleońskiej dyplomacji Charles-Maurice de Talleyrand jest całkowicie uprawnione. Córka księcia Kurlandii Piotra Birona była bowiem żoną jego bratanka Edmonda. Mąż, oficer, jednak ją zdradzał, dlatego szukała pocieszenia w ramionach Charlesa, któremu dzięki wrodzonej inteligencji i urokowi osobistemu często pomagała w negocjacjach międzypaństwowych.

Na początku XIX wieku nic nie wskazywało na to, że należący do Bironów Żagań znajdzie się kiedyś w granicach Polski. Dorota miała jednak różnorakie związki z naszym krajem. Do chrztu trzymała ją księżna Luiza Radziwiłł, a wychowywał sekretarz Stanisława Augusta ksiądz Scypion Piattoli. Plotka głosiła, że prawdziwym ojcem księżniczki był sekretarz poselstwa Rzeczypospolitej w Berlinie Aleksander Batowski. W sferze planów pozostał jej mariaż z Adamem Jerzym Czartoryskim. Korespondowała z Fryderykiem Chopinem i Aleksandrem Fredrą.

Arystokratka wróciła do Prus w 1840 r. po śmierci obydwu Talleyrandów. Od 1844 r. posiadała pełnię władzy nad księstwem żagańskim. Poświęciła się wzbogacaniu kolekcji sztuki i rzemiosła artystycznego w rodowym pałacu. W jego sąsiedztwie założyła park krajobrazowy. Zdobyła też uznanie poddanych działalnością charytatywną, obejmującą m.in. założenie szpitala, kilku szkół oraz odbudowę kościoła i wieży ratuszowej.

Nieposłuszni poddani Hitlera

W ostatnich latach upamiętnienia w rodzinnym mieście doczekało się wielu bydgoszczan. Np. jedna z przecznic ulicy Nakielskiej otrzymała imię Augustyna i Romana Trägerów, obywateli Niemiec, którzy w czasie II wojny światowej okazali wydatną pomoc alianckiemu wywiadowi. Posiadający austriackie korzenie kupiec Augustyn Träger (1896-1957) jeszcze w okresie pokoju współpracował z Oddziałem II Sztabu Generalnego. Po wkroczeniu hitlerowców działał w podziemnej organizacji „Miecz i Pług”. W 1943 r. jego służący w Wehrmachcie na wyspie Uznam syn Roman uzyskał informacje na temat odbywających się tam testów broni rakietowej. Umożliwiły one w ramach operacji „Hydra” zbombardowanie tajnego ośrodka Luftwaffe w Peenemünde przez lotnictwo brytyjskie w sierpniu tego roku.

Jedna z przecznic ulicy Nakielskiej w Bydgoszczy otrzymała imię Augustyna i Romana Trägerów, obywateli Niemiec, którzy w czasie II wojny światowej okazali wydatną pomoc alianckiemu wywiadowi.

Po wojnie Augustyn był więziony przez NKWD i UB, a większość kopii raportu Romana, który podjął pracę w fabryce telefonów, uległa zniszczeniu. Warto dodać, że Trägerowie nie byli jedynymi urodzonymi w Polsce antyhitlerowcami udającymi lojalnych obywateli III Rzeszy. W ubiegłym roku jedna z ulic Szczytna otrzymała imię Emila Leyka (1893-1972). Mimo, że za młodu został dotkliwie pobity przez Niemców za działalność na rzecz społeczności mazurskiej, ten inżynier budownictwa doszedł do wysokich godności w niemieckim przemyśle wojskowym na terenie okupowanej Grecji. Wykorzystywał to do przeprowadzania akcji dywersyjnych, których nie powstydziłby się legendarny Jerzy Iwanow-Szajnowicz. Czynił to na tyle umiejętnie, że zamiast trafić do celi, został przeniesiony na równorzędne stanowisko do Danii, gdzie nadal służył sprawie aliantów.

Polscy komuniści byli tak samo nieprzyjaźni podkreślaniu odrębności przez Mazurów, jak niemieccy nacjonaliści, Leyk nie uniknął więc aresztowania w 1950 r. Nazwanie ulicy jego imieniem można więc potraktować jako formę zadośćuczynienia. Oby takich przejawów dbałości o lokalną historię pojawiało się więcej, ponieważ Polska może poszczycić się licznymi, niekoniecznie bardzo znanymi bohaterami, a postaci z jej przeszłości mogą i powinny inspirować kolejne pokolenia.

2

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP