Nie ma podróży bez pasji
Pierwsze większe wyprawy to lata 70. Wówczas wyjazdy nie były tak proste jak dziś. Transport lotniczy nie był rozpowszechniony, dla Polaków wszystko było drogie…

Agnieszka Niewińska


W życiu odkrywcy w dobie globalizacji, Nowym Jedwabnym Szlaku i pierwszych w życiu wakacjach z Jackiem Pałkiewiczem, podróżnikiem, odkrywcą i członkiem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, rozmawia Agnieszka Niewińska.

Kiedy czytam listę pana wypraw i doświadczeń, choćby tych związanych z pracą w kopali diamentów w Sierra Leone czy złota w Ghanie, mam wrażenie, że to gotowy scenariusz na film. Kiedy postanowił pan, że zostanie podróżnikiem?

Pamiętam głównie opowiadania swojej mamy na ten temat, bo moja droga do kariery podróżniczej miała swój początek w dzieciństwie. Nie chodziłem jeszcze do szkoły, gdy ciocia czytała mi dostępne książki podróżnicze. Od taty dostałem globus i podróżowałem po nim palcem. Egzotyczne nazwy jak Timbuktu czy Samarkanda leżąca na starożytnym Jedwabnym Szlaku utkwiły mi w pamięci i już jako dziecko marzyłem o tym, żeby tam pojechać. Kiedy do domu przychodzili goście i pytali mnie, kim chcę być, jak dorosnę, odpowiadałem, że będę podróżnikiem. Nawet nie, że chcę nim zostać, tylko że nim będę.

Pana pierwsze większe wyprawy to lata 70. Wówczas wyjazdy nie były tak proste jak dziś. Transport lotniczy nie był rozpowszechniony, dla Polaków wszystko było drogie…

Przede wszystkim problemem było zdobycie paszportu. A kiedy się już go miało, to można było wywieźć z kraju pięć dolarów. Nie było ani tak dostępnego transportu jak dzisiaj, ani sprzętu, komputera, Internetu czy kart płatniczych. Kiedy w 1975 roku samotnie przepływałem szalupą ratunkową Atlantyk, miałem tylko kompas. Nikt nie wyobrażał sobie, że powstanie jakiś GPS. W Afryce, gdy chciałem się z kimś skontaktować, szedłem na pocztę, podawałem numer telefonu w Polsce, tłumaczyłem, że to w Europie, że sąsiadujemy z Rosją. Gdy pytałem, kiedy możliwe będzie połączenie, dowiadywałem się, że może za godzinę, może za trzy, a może następnego dnia.

Ale paradoksalnie chyba kilkadziesiąt lat temu łatwiej było stać się podróżnikiem. Dziś jest już niewiele miejsc do odkrycia i opisania.

Wówczas potrzebna była pasja do tego, by w ogóle się ruszyć, znaleźć sposób na wyjazd. Dzisiaj tej pasji tak wiele nie potrzeba, bo wszystko mamy podane na tacy. Świat się skurczył. Dwa lata temu zjadłem śniadanie w Warszawie, obiad w Lizbonie, kolację w Buenos Aires i nocowałem w Montevideo. Tymczasem mój tata w latach 30. do Ameryki Południowej płynął statkiem miesiąc. Dziś w Europie nie ma granic, zdobycie wizy na jakiś dalszy wyjazd jest bardzo proste, a koszty nie są już tak duże. Dawniej daleko od kraju spotykałem Polaka może raz na rok, dzisiaj rodacy są w każdym zakątku globu. Uważam jednak, że i teraz potrzebna jest chociażby minimalna doza pasji, bo bez tego trudno wrócić zadowolonym z wyjazdu. Potrzebna jest do tego, by w odwiedzanym miejscu znaleźć coś niebanalnego, wyjść poza zapchane turystyczne ścieżki, spotkać miejscową ludność, spróbować lokalnej kuchni. Dziś w odległych zakątkach świata proponowane nam jedzenie to pizza i McDonald’s. Niedawno byłem z rodziną w Laosie. Nie mogliśmy znaleźć w pobliżu innego lokalu jak tylko taki z kebabem. W dodatki okazało się, że arabskie danie w Laosie przygotowuje przybysz z Buenos Aires.

Co zrobić, by podczas podróży zobaczyć kawałek prawdziwego życia?

Trzeba sobie najpierw wszystko dobrze zaplanować.

Jeszcze przed wyjazdem?

Tak. Organizacja wyjazdu to temat podstawowy. Jeśli ktoś się do tego nie zabierze, ryzykuje, że straci czas, wróci bez żadnego wyniku i niezadowolony. Nie raz o mnie mówią, że ponieważ urodziłem się w Niemczech, to wyprawy organizuję z pruską dokładnością. Ja wolę przesadę niż zdanie się na szczęście. O tym, jak ważna jest organizacja, świadczy taka scenka. Jurek Kukuczka zaprosił mnie kiedyś na zimową, a więc bardzo trudną wyprawę na Annapurnę. Lecieliśmy samolotem, kiedy Jurek powiedział: „Jacek, ja to już jestem na szczycie”. Wyjaśnił, że po raz pierwszy mógł zaplanować wyprawę perfekcyjnie, w najdrobniejszych szczegółach, więc od szczytu dzielił go krok. Skrupulatne przygotowanie to podstawa. I nie musi to być wyprawa w Himalaje. Wyjazd w Bieszczady czy nad polskie morze też dobrze jest zaplanować w każdym szczególe.

Pan właśnie planuje wyprawę Nowy Jedwabny Szlak, która wyruszy w czerwcu 2017 roku.

Nawiązuje ona do historycznego Jedwabnego Szlaku, a jeszcze silniej do inicjatywy prezydenta Chin Xi Jinpinga, który rzucił ideę zbudowania sieci korytarzy transportowych i handlowych z Chin do Europy. Projekt ma szanse popchnięcia polskiej gospodarki do przodu. Prezydent Duda już w zeszłym roku podpisał w Chinach stosowną umowę. Nasz kraj to niezwykle interesujący partner dla Chin dlatego, że jest bramą do Europy. Przeanalizowałem wszystko i doszedłem do wniosku, że daje to możliwości szerszego zaprezentowania Polski. Postanowiłem zorganizować wyprawę – dwa miesiące i konwój samochodów, który jedzie z Chin. W każdym mijanym kraju spędzamy 7-10 dni i pokazujemy tam Polskę. Projekt spodobał się od razu w MSZ, które objęło go patronatem podobnie jak Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Infrastruktury.

Dziś stawia pan sobie właśnie takie wzywania jak promocja Polski?

Dwadzieścia lat temu bym się tym nie zajął, bo były rzeczy bardziej intrygujące – miejsca, w których nie byłem, jakieś nowe odkrycia. Nawet nie przyszłaby mi taka myśl do głowy, żeby zająć się PR-em Rzeczypospolitej na świecie, choć powiewałem polską banderą. A Nowy Jedwabny Szlak to wyzwanie nie mniejsze niż samotna wyprawa przez Atlantyk. Niedawno wicepremier Piotr Gliński powiedział, że należy wzmocnić walkę o wizerunek Polski, nie skrywając przy tym, że „tworzenie polskiej marki to jednak skomplikowana misja”. I chyba się nie pomylił, bo mimo że w maju zaczął pracę międzyresortowy zespół do koordynowania takich działań, mimo że powstaje Polska Fundacja Narodowa i wymieniono kierownictwo Departamentu Dyplomacji Publicznej MSZ i zwolniono połowę dyrektorów podległych mu instytutów polskich, to efektów kreowania polskiej marki wciąż nie widać. Ja chcę pokazać, że nie potrzeba ogromnego aparatu, żeby dobrze sprzedać Polskę.

Jest pan autorem kilkudziesięciu książek. Ostatnio głośno jest o wywiadzie-rzece. Tomasz Michniewicz, który go przeprowadził, ogłosił, że wycofał się pan z projektu, nie zaakceptował pan spisanego już materiału. Dlaczego?

Nie zaakceptowałem, bo autor narzucił swoje poprawnie politycznie spojrzenie na islamizację Europy. Tracił instynkt samozachowawczy i naiwnie kwestionował inwazję islamską, naruszanie naszych wartości, które oburzają każdego człowieka z ulicy. Dołączył do brukselskich oszustów, którzy nie potrafią obronić cywilizacji europejskiej przed islamem niezgodnym z modelem naszej egzystencji. Wolą nie drażnić wrażliwości muzułmańskiej. Lepiej jest narzucić wymuszoną propagandę i przekłamane analizy naukowe.

Ostatnia pana książka dotyczy Dubaju. Skąd pomysł, by opisać właśnie to miejsce?

Książka powstała za sprawą mojej żony Lindy. Nigdy nie byliśmy na prawdziwych wakacjach. Linda uznaje tylko pięciogwiazdkowe wyjazdy, a u mnie z tymi gwiazdkami było różnie. Jeździliśmy na kilka dni do Paryża, Barcelony czy Istambułu, ale to nie były normalne wakacje. Żona biegała po muzeach, a mnie to nie interesuje, więc spotykaliśmy się tylko na kolacji. Kiedy w 37. rocznicę ślubu wszedłem do domu, zobaczyłem wielki bukiet kwiatów z bilecikiem „Dla siebie samej. Z szacunkiem, Linda”. Te kwiaty tak mnie wzruszyły, że postanowiłem wyjechać z żoną w podróż życia. Zwłaszcza, że rok wcześniej obiecywałem jej to na kolanach. Padło na Azję południowo-wschodnią. Była biznes klasa w samolocie, odwiedziliśmy Bali i Dubaj. Ostatnie trzy dni mieszkaliśmy w ekskluzywnym Burdż al-Arab – to był element wyjazdu, który dodał mu splendoru. Bałem się nawet, że żona będzie chciała wrócić do tego hotelu, ale kiedy jeszcze byłem pogrążony w tych myślach powiedziała, że na takie wakacje można sobie pozwolić raz w życiu. Odetchnąłem.

I na „wakacjach życia” powstała książka o Dubaju?

Musiałem tam pojechać jeszcze kilkukrotnie, żeby zebrać materiał, ale więcej już się tam nie wybiorę. Za to, co napisałem o Dubaju, grozi mi tam kilka ładnych lat więzienia.


Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP