​Nauka przynosi pecha
Początek roku akademickiego to jedna z tych ważnych chwil, których absolutnie nie należy brać na poważnie. Ani na trzeźwo.

Mateusz Zardzewiały


Październik. To właśnie wtedy kampusy uniwersyteckie zapełniają się świeżo upieczonymi absolwentami liceów. Zresztą liczne studenckie knajpy też się nimi zapełniają – i to zdecydowanie szczelniej. W końcu zgodnie z odwiecznym prawem życia akademickiego szanujący się student pojawia się na uczelni wyłącznie w czasie sesji egzaminacyjnej. A przecież trzeba czymś wypełnić te miesiące oddzielające kolejne kampanie. Jak więc zabrać się za studiowanie, żeby coś z tego wyszło? Tego oczywiście nikt nie wie. Naturalnie jeśli nie macie nic lepszego do roboty, możecie się po prostu uczyć. No, ale chyba nie po to poszliście na studia, prawda? No i bądźmy szczerzy – nauka przynosi pecha. Choć, przyznam bez bicia, brzmi to nieco prowokacyjnie. Jednak mimo wszystko będę twardo bronił tego stanowiska. W końcu nic bardziej nie zabija twórczego myślenia, niż wykucie podręcznika „na blachę”. Oczywiście może to być pomocne przy próbie zaliczenia niejednego egzaminu, ale z drugiej strony nie ma też co zbytnio fetyszyzować tych trój w indeksie – w końcu nie na darmo stare, studenckie porzekadło: „nie ma spiny, są drugie terminy”, znane jest w każdym zakątku Polski, do którego tylko dotarło życie akademickie. Więc to po prostu musi być prawda!

Naturalnie jeśli nie macie nic lepszego do roboty, możecie się po prostu uczyć. No, ale chyba nie po to poszliście na studia, prawda?

A co, jeśli z tym drugim terminem również nie wypali? Naturalnie tu też nie ma co dramatyzować. Ostatecznie powtarzanie przedmiotu też może mieć swój specyficzny sznyt, a jeśli kogoś ta praktyka zauroczy na tyle, że z kategorii „student” przejdzie płynnie do koszyka pełnego geniuszu opatrzonego metką „wieczny student” – też nie ma co załamywać rąk. Wystarczy wtedy pamiętać o maksymie powtarzanej przez mędrców stoicyzmu: „żony się starzeją, a studentki drugiego roku – nigdy!”.

Gdy ci zależy

No, ale nie siejmy zbędnego defetyzmu. Jest dopiero październik, więc o żadnej sesji (a tym bardziej sesji poprawkowej) mowy być nie może. Porozmawiajmy więc o zajęciach. Oto pewien szanowany profesor lwowskiego uniwersytetu Jana Kazimierza zwykł materializować się na swych wykładach z naprawdę solidnym spóźnieniem. I zawsze, gdy w podobnych okolicznościach wchodził zamaszystym krokiem na aulę, tłumaczył to zebranym żakom w sposób następujący: „Tak, wiem, wykład zaczynam z opóźnieniem. Ale w zamian za to skończę go wcześniej!”. Była to oczywiście świetna wiadomość dla wszystkich weteranów prawdziwie studenckiego życia. Ale już dla pilnych żaków, którzy nie zwykli wyciągać nosa ze stosu książek, te chwile mogły być frustrujące. Jednak przynajmniej mieli wykład. A to wcale nie jest takie oczywiste, o czym przekonują losy Franciszka Fiszera, znanego bon vivanta i metafizyka. Był on najbarwniejszą postacią polskiej cyganerii, a część swojego studenckiego życia spędził w Niemczech, gdzie pobierał nauki na uniwersytecie w Lipsku. Uczęszczał tam na wykłady dotyczące filozofii immanentnej, które prowadził Richard von Schubert-Soldern. Filozofia immanentna... chyba nie muszę mówić, że nie brzmi to zbyt zachęcająco. Bo i zbyt zachęcające raczej nie było. I to do tego stopnia, że bardzo trudno było zebrać komplet studentów niezbędny do rozpoczęcia wykładu. A ten wymagany komplet to było raptem trzech żaków... Fiszerowi bardzo zależało na słuchaniu słów von Schuberta, więc – jak głosi anegdota – opłacał kloszarda, który pojawiał się na wykładach, aby spełnić w ten sposób warunek obecności minimum trzech słuchaczy.

Ale z tą pilnością i ambicją Fiszer nie szalał zbyt długo. Po jakimś czasie przerwał naukę, dochodząc do przekonania, że umie już więcej od swoich nauczycieli. Prawdopodobieństwo tego, że mówił prawdę, jest dość duże. Bo spójrzmy na innego geniusza, który również miał pewne rozterki z uniwersyteckimi dyplomami.

1

Przypadek Stefana Banacha

Tym geniuszem był Stefan Banach, wybitny polski matematyk, którego czas działalności naukowej przypadł na okres międzywojenny. Został profesorem na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. I było to osiągnięcie o tyle nietypowe, że Banach w czasie swojej intensywnej – choć jednocześnie nad wyraz krótkiej – kariery żaka zaliczył... tylko dwa lata studiów! Jakby tego było mało, nie miał też doktoratu, który był warunkiem niezbędnym dla rozwoju dalszej kariery naukowej w ramach ścieżki uniwersyteckiej.

Dlaczego tak się stało? Jak to możliwe, że jeden z najbardziej innowacyjnych polskich matematyków nie legitymował się dyplomem doktora? Sprawa jest prozaiczna – ten genialny naukowiec uroki studenckiego dolce vita (jak widać mogą je prowadzić również profesorowie) stawiał wysoko ponad nudę oficjalnego funkcjonowania w ramach uniwersytetu. Mówiąc bez ogródek – zdecydowanie łatwiej można go było spotkać przy kawiarnianym stoliku, gdy sprawdzał, czy aby na pewno kropla wody dodaje aromatu kieliszkowi koniaku.

Owoc umysłu Stefana Banacha, nieposiadającego wówczas nawet doktoratu, uznawany jest za przełomową pracę w historii matematyki.

I w takich warunkach – choć będąc uczciwym, trzeba powiedzieć, że koniak był czasem zastępowany kawą – Banach wyrzucał z siebie coraz to nowe (i często odkrywcze) koncepcje matematyczne. Przy tym absolutnie nie trudził się, by w jakikolwiek sposób je utrwalić, zapisać, przekazać dalej. A to bardzo niedobrze, to byłaby ogromna strata. Z tego faktu doskonale zdawał sobie sprawę inny pracownik naukowy lwowskiego uniwersytetu, prof. Stanisław Ruziewicz. A że jak na profesora przystało, głowę miał nie od parady, wymyślił więc sprytną sztuczkę, by jednak szerokie koła towarzyskie zrzeszające matematyków z całego świata mogły poznać genialne koncepcje krnąbrnego Banacha.

Co konkretnie zrobił Ruziewicz? – „Polecił swemu asystentowi, aby chodził za Banachem do kawiarni, wypytywał go i notował twierdzenia i dowody" – wspominał matematyk i benedyktyn, Andrzej Turowicz. Powstała z tego praca „O operacjach na zbiorach abstrakcyjnych i ich zastosowaniach do równań całkowych”, która została opublikowana w prestiżowym czasopiśmie „Fundamenta Mathematicae”. Warto zaznaczyć, że ten owoc umysłu Stefana Banacha, nieposiadającego wówczas nawet doktoratu, uznawany jest za przełomową pracę w historii matematyki.

Jak obronić dyplom?

Wszystko pięknie, historia jest barwna. Ale jednak większość odwiedzających uniwersyteckie mury wcale nie ma ambicji, by rewolucjonizować myśl w zakresie politologii czy też położyć podwaliny pod nowe spojrzenie na kulturoznawstwo. Plan zazwyczaj bywa prostszy – pięć lat, potem dyplom i adios. Jednak tak się składa, że za zdobyciem tytułu naukowego również może stać fascynująca historia. Wróćmy do wspomnianego już Stefana Banacha. Jak wiecie, z codziennością życia akademickiego był on nieco na bakier. Ale, aby móc zostać profesorem, najpierw musiał stać się doktorem. Rzecz tyle logiczna, ile absolutnie nie zaprzątająca głowy wielkiego matematyka. Za to jego przyjaciele z katedry nie mogli dopuścić do tego, by tak ważna dla polskiej nauki postać nie zdobyła tytułu doktora. Andrzej Turowicz wspominał, że „któregoś dnia [Banach] został poproszony do dziekanatu, gdzie czekają jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne i tylko on może pomóc im je rozwiązać”. A że geniusz lwowskiej szkoły matematycznej był ze swej natury człowiekiem pomocnym, udał się do tego dziekanatu, by pomóc przyjezdnym. Tak się złożyło, że ci przyjezdni byli w rzeczywistości członkami komisji, która przybyła z Warszawy, by... doktoryzować nieświadomego podstępu Banacha! Co naturalne, egzamin zaliczył śpiewająco.

2

Może „Koncept”?

Ale wróćmy do tytułowej prawdy – jeśli nauka przynosi pecha, to jaką treścią można wypełnić te uniwersyteckie lata? Z pewnością warto umiejętnie rozłożyć akcenty pomiędzy nieobecnościami na wykładach, erudycyjnymi popisami na ćwiczeniach, zawadiackimi żartami w studenckich knajpach i angażowaniem się w życie intelektualne żaków – choćby poprzez współpracę z naszym magazynem. Czy warto? Toż to siedlisko geniuszu, posłuchajcie tylko historii związanej z innym wybitnym lwowskim matematykiem – Hugonem Steinhausem. „Steinhaus opublikował swoje tezy w studenckiej jednodniówce, która, jak każdy druk ulotny, zaginęła. Przed wojną do nich nie wracał, ale kiedy w czasie II wojny światowej teoria gier zrobiła zawrotną karierę, zaczął tamtej jednodniówki szukać. Już we Wrocławiu dał ogłoszenie w prasie, obiecał nagrodę i ktoś mu ten druk przyniósł. W USA stało się prawdziwą sensacją, że dwadzieścia lat przed rozwojem teorii gier wiele z jej podstawowych pojęć było już we Lwowie znanych” – pisał Mariusz Urbanek.

A więc studia!

Po przeczytaniu tego krótkiego wprowadzenia w historię życia akademickiego warto rozpocząć budowanie uniwersyteckiej legendy naszych czasów. Tylko pamiętajcie, by sprawdzić na Google Maps lokalizację kampusu PRZED wybraniem się na pierwszy egzamin.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP