Modni Panowie
Każdy z tych facetów, gdyby go obedrzeć ze zbrodni, to prawdziwie europejski elegant, taki jakiego żadna z telewizji informacyjnych nie powstydziłaby się w swoim studio.

Wiktor Świetlik


Przeczytałem ostatnio biografie dwóch gości. Pierwszy z nich to miły, elegancki facet. Dobrze wykształcony, zaradny. Kulturalny przedstawiciel klasy średniej. Drugi to oczytany dyplomata. Uwielbiany w towarzystwie za swój indywidualizm, kochany przez kobiety. 

 

 

Pierwszy nieźle ubrany, ceniący sport, turystykę, sztukę i dobrą lekturę. Zawsze nowoczesny i zawsze na czasie, rozumiejący współczesność. Pracowity i kreatywny. Odnajdował się w korporacjach, partiach i samorządzie. Ludzie, którzy mu podlegali bardzo go chwalili. Bez względu na czasy, czy był młodym, ambitnym aktywistą, czy pewnym swej siły mężczyzną w średnim wieku, czy starszym dżentelmenem, znakomicie łapiącym kontakt z młodzieżą, zawsze można było śmiało go nazwać nowoczesnym Europejczykiem, reprezentantem najbardziej aktualnych zachodnich trendów.

 

Drugi mieszkał na wschodzie. Pod kątem intelektu porównywano go do Charlesa Maurice’a de Talleyranda-Périgorda, ikony dyplomacji kroczącej ponad szaleństwami dziejów. Najzdolniejszy w swojej miejscowości. Chłonął książki i od młodego zachowywał dystans. Robił błyskawiczną karierę i szybko łapał kontakty, nie dając się ponosić burzliwym prądom ideologicznym, które kłębiły się wokół niego. Modny i elegancki. Ulubieniec kobiet. Reformator, organizator, świetny menadżer. Człowiek zawsze wiedzący swoje i, jak kot, chodzący własnymi ścieżkami. Kosmopolita.

 

Pierwszy z tych gości to Heinz Reinefarth zbrodniarz hitlerowski, członek NSDAP i Gruppenfuhrer SS, któremu książkę poświęcił wytrawny szwajcarski historyk Philipp Marti. Bezpośredni sprawca Rzezi Woli, kiedy w ciągu kilkudziesięciu godzin zamordowano kilkadziesiąt tysięcy osób, przeważnie kobiet, dzieci i starców. Po wojnie był burmistrzem miasta Westerland, rozwijał turystykę, za osiągnięcia chwalono go w całych Niemczech. Zmarł pod koniec lat 70., wykonując dostojny zawód adwokata. Dopiero niedawno w mieście tym postawiono tablicę upamiętniającą powstańców warszawskich – gest wstydu za to, że zbrodniarz przez lata był tam traktowany jako pierwszy z obywateli.

 

Drugi z bohaterów moich najnowszych lektur to Ławrientij Beria, którego opisała z kolei francuska sowietolog Françoise Thom. Beria do historii przeszedł nie jako arbiter elegancji, ale jako masowy morderca, sadysta i zboczeniec. Współsprawca mordu katyńskiego i organizator syberyjskiego systemu obozów pracy i zagłady, po śmierci Stalina nie został reformatorem czy nawet likwidatorem komunizmu, bo szybcy koledzy w ramach walki o władzę zdążyli go rozstrzelać. Kto wie, gdyby historia się inaczej ułożyła, być może przeszedłby do historii jako ktoś w rodzaju reformatora Gorbaczowa, tylko 45 lat wcześniejszego (miał podobne pomysły).

 

Takie to właśnie dwie biografie przeczytałem. Każdy z tych facetów, gdyby go obedrzeć ze zbrodni, to prawdziwie europejski elegant, taki jakiego żadna z telewizji informacyjnych nie powstydziłaby się w swoim studio. A jednak dużo ważniejszy jest fakt, że obaj byli masowymi mordercami, zbrodniarzami, zakałą XX-wiecznej historii ludzkości. Sprawcami nieszczęść setek tysięcy rodzin.

 

Myślę, że warto o tym pamiętać, kiedy słyszymy, jaki to autorytet ze starszego profesora socjologa, okrzykniętego gwiazdorem, mimo tego, że nawet nie przeprosił za udział we wzmacnianiu agentury stalinowskiej w Polsce (Informacji Wojskowej). I kiedy oglądamy starszych panów, czasem dziś już dziadziów, domagających się przywilejów emerytalnych wysłużonych w esbecji i wojskowych służbach PRL. I kiedy oglądamy kolejne (całkiem niezłe zresztą) filmy o przedśmiertnych dylematach i bólach rozmaitych stalinowskich zbrodniarek i sadystek. Jakkolwiek wsteczna, zaściankowa i nieeuropejska byłaby ta pamięć.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP