Miłość nam wszystko wybaczy
Co chce dziś powiedzieć widzom polski teatr? Przesłanie spektakli zaprezentowanych podczas XXIII Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi podsumować można prostym stwierdzeniem: kochajcie się, bo nienawiść to prawdziwie niszczycielska siła.

Przegląd ten, nawet jeśli z konieczności wybiórczy, pozwala wychwycić tendencje kierujące dramaturgami i reżyserami. Co zatem mówiła polska scena AD 2016?

Rewolucja i Zagłada

W spektaklach „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” (Teatr Polski w Bydgoszczy, reż. W. Rubin, scen. J. Janiczak) i „Punk zero. Łaskawe” (Teatr Provisorium w Lublinie, reż. i scen. J. Opryński) twórcy sięgnęli do przeszłości, by opowiedzieć o społeczno-politycznym tu i teraz, które może i głośniej mówi o problemach, ale wcale nie dąży usilniej do ich rozwiązania. W „Żonach…” powraca motyw feminizmu, ukazując z perspektywy kobiet działających w czasie Rewolucji Francuskiej społeczny mechanizm wyparcia gwarantujący zachowanie status quo. Jednocześnie ze sceny płynie przestroga: nie można zmienić istniejącego systemu, wykorzystując jego własne narzędzia. Jak zatem dokonać przełomu? Z czasem historia sama dochodzi do momentu zwrotnego. W „Łaskawych” twórcy sięgają do tematu Zagłady, analizują biografię hitlerowskiego kata, żeby postawić pytanie o to, co nastąpiło potem. Czy właściwie zrozumieliśmy mechanizmy kierujące bezwzględną wojenną machiną? Czy wywiązaliśmy się z obowiązkowego rachunku sumienia?

Lekarstwem na rezygnację w obliczu straty i przemijania może być tylko miłość. Naiwne? Takie miało być.

Zamknięci

„Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” (Teatr Polski w Poznaniu, reż. G. Kania, scen. M. Sperr) odpowiadają na powyższe pytania smutnym wzruszeniem ramion. W spektaklu niezrozumienie prowadzi do tragedii – dowodu nieprzetrawionych traum i niewyciągniętych wniosków. Zamknięte społeczności – lokalne, rówieśnicze czy nawet wirtualne – wyznaczają kodeksy niedopuszczające żadnych form odmienności. Choć w teorii jesteśmy bardziej otwarci, trwamy w niechęci, bo na niej budujemy swój bezpieczny świat – tak, jak czyni to bohaterka sztuki „Matki i synowie” (Teatr Polonia w Warszawie, reż. K. Janda, scen. T. McNally). Wprawdzie chodzi tu przede wszystkim o niełatwe relacje między matką a zmarłym już synem, jednak tym, co je komplikowało, był brak akceptacji tej pierwszej dla homoseksualizmu tego drugiego. Serwowana przez twórców konkluzja jest za to prosta: lekarstwem na rezygnację w obliczu straty i przemijania może być tylko miłość. Naiwne? Takie miało być.

Rozrachunek ze śmiercią

„Wszystko o mojej matce” (Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, reż. M. Borczuch, scen. T. Śpiewak) i „Garderobiany” (Teatr Narodowy w Warszawie, reż. A. Sajnuk, scen. R. Harwood) to całkiem różne spektakle podejmujące podobny temat rozrachunku z życiem i śmiercią. W krakowskiej odsłonie dwóch synów żegna swoje zmarłe przedwcześnie matki, wskrzeszając strzępy wspomnień i realia Polski przełomu wieków za pomocą almodóvarowskich figur. W wersji warszawskiej umieranie aktora stanowi pretekst do refleksji nad ideą wielkości i ideą teatru, ale też do studium międzyludzkich relacji i wewnętrznego wypalenia. Czy tak trudno przyjąć nam perspektywę śmierci, choć obecnie pozornie wszędzie jej pełno? Czemu retoryczny nadmiar nie może przełożyć się na współodczuwanie?

Czy odpowiedzią na kres faktycznie może być miłość, czy to tylko kpina z naiwnej wiary w skuteczność społecznej psychoterapii?

Gdy nie ma barier

Najpełniej panoramę ludzkich emocji i zachowań oraz zagrożeń i nadziei współczesnego świata oddaje otwierający festiwal „Triumf woli” (Narodowy Stary Teatr w Krakowie, reż. M. Strzępka, scen. P. Demirski). Moment krytyczny stanowi tu rozbicie samolotu na bezludnej wyspie, łączące we wspólnej niedoli gamę postaci skupiających w sobie miniaturę naszego społeczeństwa. Co zatem wychodzi z nas, gdy znikają wszelkie bariery? Jak się okazuje – niekoniecznie frustracja, złość i nienawiść. Jest tu bowiem miejsce i na spełnione po latach marzenia, i na chęć zmiany przebrzmiałego porządku, i na pragnienie wspólnoty. Czy odpowiedzią na kres faktycznie może być miłość, czy to tylko kpina z naiwnej wiary w skuteczność społecznej psychoterapii? Podświadomie chcemy przecież finału jak u Strzępki i Demirskiego – autentycznie optymistycznego, a nie jedynie ubarwionego sztucznym, pastelowym filtrem.

Polski teatr nie wydaje nam pozytywnej diagnozy. Za dużo w nas jeszcze lęku – przed innością, przed bliskością, przed własnymi wadami. Dobrze jest więc otworzyć się na krytykę, a przy okazji trochę na resztę świata. Scena pozostaje zaś wciąż wyjątkowo dobrym zwierciadłem zarówno tego, co na zewnątrz, jak i wewnątrz.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP