Mądrzejsi problemami innych – czyli dlaczego Polsce potrzebny jest nadzór makroostrożnościowy
Skutki globalnego kryzysu gospodarczego postawiły w stan alarmu wiele państwowych „straży pożarnych”. Okazało się bowiem, że nowotwór, który początkowo zaatakował amerykański system bankowy, szybko zainfekował światowe rynki finansowe, a potem jego ofiarami padły (w różnym stopniu i w różnych obszarach) finanse publiczne wielu państw

Chodzi o to, by zarówno na szczeblu europejskim, jak i krajowym powstały formalne ciała, które pod względem potencjalnie nadciągającego ryzyka, będą miały kompetencje, możliwości i narzędzia, by ostrzegać: „Houston, mamy problem”.

 

Skutki globalnego kryzysu gospodarczego postawiły w stan alarmu wiele państwowych „straży pożarnych”. Okazało się bowiem, że nowotwór, który początkowo zaatakował amerykański system bankowy, szybko zainfekował światowe rynki finansowe, a potem jego ofiarami padły (w różnym stopniu i w różnych obszarach) finanse publiczne wielu państw.

Najdotkliwiej i najliczniej - europejskich. Wystarczy wymienić Irlandię, Hiszpanię, Grecję, Portugalię, Włochy, Słowenię, czy Łotwę. W przypadku każdego z wymienionych krajów niezbyt dostatecznie i uważnie analizowano aktywność rynków finansowych w powiązaniu z finansami sektora publicznego. Efekt był taki: bańki spekulacyjne np. w obszarze kredytów hipotecznych, wartość wykupu obligacji skarbowych wymykająca się spod kontroli państwa, nadmierny deficyt finansów publicznych. Wówczas unijni i krajowi „strażacy” wkroczyli do akcji. W 2010 roku Parlament Europejski wydał rozporządzenie powołujące Europejską Radę Ryzyka Systemowego przy Europejskim Banku Centralnym (EBC). Chodzi o to, by zarówno na szczeblu europejskim, jak i krajowym powstały formalne ciała, które pod względem potencjalnie nadciągającego ryzyka, będą miały kompetencje, możliwości i narzędzia, by ostrzegać: „Houston, mamy problem”.

W Polsce trwają prace legislacyjne dotyczące tzw. nadzoru makroostrożnościowego. Chodzi przede wszystkim o powołanie do życia Rady ds. Ryzyka Systemowego. W jej skład mają wchodzić cztery osoby: prezes Narodowego Banku Polskiego, minister finansów oraz szefowie Komisji Nadzoru Finansowego i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Cztery osoby, ale najważniejsze dla rynku finansowego i finansów publicznych. Rada ma „z lotu ptaka” patrzeć na polski system finansowy, stan budżetu państwa, kondycję ekonomiczną polskich rodzin, firm i dokonywać analizy: grozi nam jakaś kula śnieżna, która może zamienić się w groźną i nieprzewidywalną w skutkach lawinę, czy nie? Jeśli Rada dostrzeże jakieś istotne zagrożenia, będzie mogła zareagować podając do publicznej informacji stosowne opinie, ostrzeżenia i zastrzeżenia. Rynek finansowy jest na tyle wyczulony na rekomendacje działań (zwłaszcza po 2008 roku), że podanego do publicznej wiadomości zdania takiego gremium nie zignoruje. Bo cena, jaką mogłyby zapłacić poszczególne instytucje aktywnie działające na rynku finansowym, mogłaby być zdecydowanie przewyższać korzyści z symulowanej choroby głuchoty. Pytanie, czy powoływanie takiej instytucji jak Rada ds. Ryzyka Systemowego w Polsce ma w ogóle sens? Przecież całkiem nieźle działa Komisja Nadzoru Finansowego. No tak – ale KNF ogarnia swoją analizą i rekomendacjami tylko instytucje finansowe. Nie ma dotychczas w Polsce instytucji, która potrafiłaby ogarnąć i okiełznać szeroko, a nie wąsko pojęty rynek finansowy. Jeśli Belka, Szczurek, Jakubiak i Pruski chcą za darmo chronić Polskę przed zagrożeniami, to raczej klaszczmy niż wygwizdujmy. Dla własnego dobra i dobra wspólnego.

 

Dodatek powstaje we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej

 

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP